Nasi są wszędzie

Kilka tygodni temu pisałem o fascynującej przygodzie, jaka spotkała mnie na porannej mszy w warszawskiej bazylice Świętego Krzyża. Okazuje się, że charyzmat trafiania na liturgię, w której uczestniczą wierni zgoła niestandardowi, chyba mi się utrwala.

Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Nasi są wszędzie

Podczas ostatniego pobytu w Rzymie wybrałem się na poranną eucharystię do znajdującego się jakieś dwieście metrów od Placu św. Piotra kościoła Ducha Świętego, który obecnie jest też rzymskim sanktuarium Bożego Miłosierdzia. Poszedłem tam nie będąc pewien, czy uda mi się później tego dnia uczestniczyć we mszy w Bazylice św. Piotra, a ponieważ ostatecznie mi się udało, jestem zdania, że to czego doświadczyłem wcześniej, było potrzebne żeby otworzyć mi oczy i nosi znamiona eschatologicznego objawienia.

Już gdy wszedłem (jakieś dziesięć minut przed dzwonkiem) uwaga wiernych w świątyni orientowała się na dwa wyraziste punkty. Jednym był siedzący w prawej nawie człowiek w średnim wieku, który z dynamiką Piotra Skargi wygłaszał właśnie kazanie (po polsku) do siedzących w nawie lewej i udających, że to nie do nich, grupki czterech kleryków albo księży (zdradzały ich koloratki). Profesjonalnie modulował głos, to groźnie karcił, to – niemal zawodząc – błagał, pozwalał wybrzmieć retorycznym pauzom, wymachiwał zawieszoną w powietrzu ręką wyciągniętą w stronę biednych przedstawicieli kleru (drugiej nie mógł użyć, bo wypadłby z ławki). „Czcicie Jana Pawła II, a o świętej Faustynie zapominacie! Ale ona nie zapomni o was, o nie! Boże Miłosierdzie dosięgnie wszystkich, dlaczego wy księża tego nie głosicie?! No dlaczego? Ale Faustyna nierychliwa, ale sprawiedliwa. I Bóg też. I znajdzie was. Więc lepiej już głoście Boże Miłosierdzie, bo jak nie, to biada wam, księżyki!!!“.

W chwilach, gdy kaznodzieja zawieszał się w poszukiwaniu nowej, pobożnej frazy, którą mógłby wystrzelić w duchowieństwo (które zupełnie nie rozumiało, o co gościowi chodzi, gdyż było to duchowieństwo raczej cudzoziemskie), słowo daję, widziałem oczami duszy co najmniej kilku znanych mi homiletów. Ten człowiek idealnie odegrał i patetyczny ton, i emocje (ludzie zawsze lepiej słuchają, gdy się ich straszy, niż gdy się ich uczy), a treściowa zawartość też była tym, co wciąż za często słyszymy z naszych ambon: zatykającej szczelnie uszy ogólnopobożnościowej pianki.

fot. John

W lewej nawie miała jednak miejsce sytuacja o wiele ciekawsza. Mężczyzna po trzydziestce, włosy w kitkę, ubrany jak zamożniejszy turysta, markowe sandały, dobry plecak.

Nigdy nie widziałem podobnego spektaklu. Ów człowiek podchodził do każdego po kolei bocznego ołtarza (w tym kościele jest ich osiem), a podchodząc reagował dosłownie jak dziecko, które wita się z niewidzianymi całe lata rodzicami. Gdyby nie kamienne balaski, przytulałby się pewnie do widniejących w ołtarzach obrazów. Najpierw promiennie się uśmiechał, później dosłownie drżąc cały z ekscytacji, rozkładał szeroko ręce, potrząsając nimi jakby widział, że postaci Maryi czy świętych, biegną by się z nim przywitać. Nie da się tego oddać w piśmie, gdyby w tym niemym filmie były jednak słowa, musiałaby pewnie brzmieć jakoś tak: „Och, o matko, o mój Boże, a kogóż my tu mamy!!! Jejku, czy wy wszyscy to widzicie?! Toż to sam Święty (dajmy na to Józef)! Mój kochany święty Józef! Fantastycznie! Tyle lat! Przyjacielu! Wspaniale! Jak ja się cieszę! No co za przygoda, co za spotkanie! Kochany święty Józef! Aaaaaa! Cudownie!!!“

Gdy coś go szczególnie wzruszyło – wyciągał ręce na wprost obrazów, jakby oddawał się im, albo chciał o coś prosić. Ołtarz po ołtarzu, przed każdym ta sama pantomima. Dosłownie oniemiałem. Nie mogłem oderwać od niego wzroku. Pierwszy raz zobaczyłem na własne oczy, co musi dziać się ze świętym człowiekiem po śmierci. Ten człowiek przecież po prostu zwiedzał raj!

Pierwszy z mężczyzn przypomniał mi zaś, czym ów raj różni się od ziemi. I tu i tu relacja z innymi. W raju jednak wyszukująca w innym bycie piękno, dobro, wszystko co najlepsze i zachwycająca się tym. Na ziemi – skoncentrowana na stronie ujemnej, na wypominaniu tego, czego brakuje. Nie można wykluczyć, że ślady takiego myślenia leżą też u fundamentów piekła.

Dwóch mężczyzn (pominąłem starszą panią w seledynowym sweterku, różowych legginsach w Smerfetki i wielkiej kwiecistej konstrukcji na głowie, ale ona niczego mi nie objawiła), jak większość osób które na tym świecie dotknęła choroba i które swój czyściec przerobiły na ziemi, po śmierci z pewnością trafi do nieba. A ja muszę modlić się o to, bym mógł ich, pędzących już niebieską autostradą dogonić, bym mógł ich tam kiedyś spotkać. Wraz z całą trójką trafić ostatecznie do tej lewej nawy.


Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas
Szymon Hołownia

Szymon Hołownia

Zobacz inne artykuły tego autora >
Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Wiara idzie z dołu do góry

Spotkanie z kardynałem Oscarem Andresem Rodriguezem Maradiagą, symbolem Kościoła w Ameryce Łacińskiej, dyplomowanym pianistą, doktorem teologii i psychologii, licencjonowanym pilotem, szefem Caritas Internationalis, ale przede wszystkim od prawie ćwierć wieku metropolitą stolicy Hondurasu, Tegucigalpy.

Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Dom Świętej Marty, hotel dla kardynałów, w którym od czasu przyjazdu na konklawe mieszka papież Franciszek, to dziś jedno z najlepiej strzeżonych miejsc za Spiżową Bramą. Oczywiście żeby dostać się do serca Watykanu, trzeba zostać wstępnie zweryfikowanym przez dyżurujących przy bramach szwajcarskich żandarmów, którzy dzwonią gdzie trzeba i sprawdzają, czy rzeczywiście jesteś oczekiwanym gościem. Później pytania zadaje ci Szwajcar blokujący wejścia do hotelu. Wewnątrz przejmuje cię dwóch panów w garniturach i ze słuchawkami, stanowczo sugerujący by nie kręcić się po korytarzu i czekać w wyznaczonej rozmównicy.

Mimo ich wysiłków przez kilka godzin pobytu w Domu Świętej Marty udaje mi się zajrzeć w kilka kątów. Po hotelowym lobby kręci się kościelna high society. Przemiłym uśmiechem wita się ze mną rzecznik Watykanu, ks. Lombardi (z którym się nie znamy, ale przecież nie muszę mu teraz o tym przypominać). Kardynał Pell z Sydney (któremu papież zlecił misję zrobienia porządku w watykańskiej kasie) odbiera pocztę na recepcji, a ja wymuszam na papieskich BOR-owikach, żeby pozwolili mi pójśc do słynnej kaplicy, w której Franciszek codziennie rano odprawia (słynną już na cały świat z powodu świetnych, krótkich homilii) mszę z udziałem pracowników i obsługi.

Wiara idzie z dołu do góry

Jestem tu na zaproszenie hierarchy, który – to dla mnie zaszczyt – nazywa mnie przyjacielem i sam pozwala mi tak do siebie mówić. Kardynała Oscara Andresa Rodrigeuza Maradiagę, poznałem przygotowując książkę „Last Minute. 24 h chrześcijaństwa na świecie”. Zaciekawił mnie człowiek uznawany za jeden z symboli Kościoła w Ameryce Łacińskiej, po śmierci Jana Pawła II wymieniany w ścisłym gronie papabile. Dyplomowany pianista, doktor teologii i psychologii, licencjonowany pilot, szef Caritas Internationalis, ale przede wszystkim od prawie ćwierć wieku metropolita stolicy Hondurasu, Tegucigalpy. Z głupia frant napisałem do niego majla, odpisał, zaprosił do Hondurasu. Reportaż i wywiad z kardynałem można znaleźć w książce.

Nie widzieliśmy się dość długo, miesiąc temu umówiliśmy się więc na lunch. Kardynał przyszedł prosto z roboczego spotkania z papieżem. Przewodniczy grupie ośmiu (teraz de facto – po dołączeniu nowego Sekretarza Stanu, kard. Parolina – dziewięciu) purpuratów, którzy mają pomóc mu w bieżącym zarządzaniu Kościołem oraz zreformować kurię rzymską.

„Kiedy jesteśmy w Watykanie, siedzimy z papieżem całymi dniami. Widać, że jest zmęczony, w ubiegłym roku nie miał wakacji, on jednak wciąż jest na chodzie, ciągle załatwia sprawy. Zdarzało mi się dawać mu jakieś dokumenty z prośbą, by z kimś je skonsultował, a gdy po jakimś czasie zapytałem, czy coś wiadomo, powiedział mi: „ach tak, już dzwoniłem do tego człowieka”. Bez żadnych sekretarzy, pośredników, żeby było szybciej – od razu”.

Kardynał Maradiaga mówi, że zarządził, że wspólna popołudniowa sesja robocza będzie się zaczynała godzinę później (o 17. zamiast o 16.), tę godzinę kardynałowie poświęcą na osobistą lekturę dokumentów, a papież w tym czasie będzie mógł odpocząć. Nowy papieski sekretarz, o którego stanowczości krążą już między watykanistami legendy, zarządził że w lipcu i sierpniu poranne msze będą odprawiane przez Franciszka wyłącznie w gronie kardynałów, że nie będzie na nich świeckich gości ani homilii, tak by maksymalnie oszczędzać nadwątlone papieskie siły.

Franciszek pracuje tak intensywnie, bo po prostu się spieszy.

„On sam o tym mówi: wie, że jego pontyfikat może być krótki (ang. brief). Ale przecież nie zabiegał o tę godność. Pan mu ją dał. I on chce po prostu postawione mu przez Boga zadanie doprowadzić do punktu, w którym zmiany ruszą z miejsca”.

Zmiany, o których mówi to nie tyle wymiana tego czy innego urzędu, a korekta myślenia. Reforma Kościoła to dla tego papieża – o czym mówi wielu jego współpracowników – przede wszystkim wielka przygoda duchowa. Krytykuje się go za „PR-owskie” gesty, a przecież on pokazuje nimi, że chrześcijanie (zwłaszcza w Europie), powinni dostrzec, że głoszenie Ewangelii zaczyna się zwykle nie od wielkiej tyrady, a od małego gestu. Papież zatrzymując się i błogosławiąc w milczeniu kobietę, która go o to prosi, nie rozwiązuje przecież wszystkich problemów, nie puszy się, nie angażuje w wielkie spory. Daje to co ma najcenniejszego – nadzieję.

Wiara idzie z dołu do góry

Łatwo nie ma. Watykaniści non stop donoszą, z jak wielką niechęcią i oporem spotyka się ten papież w wielu kościelnych środowiskach, od zarzucających mu relatywizm i demontaż zasieków tradycjonalistów, po spore grono zasiedziałych kurialnych wyjadaczy. Ogłoszono już wszak, że w planach jest m.in. likwidacja wielu papieskich Rad, jest też na tapecie idea powołania Kongregacji ds. Świeckich. Jeśli temu papieżowi dane będzie porządzić choć kilka lat, nieuniknione stanie się „odbizantynizowanie“ Watykanu, który – obok sensownych duchownych, którzy władzę pojmują jako służbę – żywi też zastępy biurokratów w koloratkach, którzy nigdy nie pokalali się pracą duszpasterską. Zanosi się na uproszczenie procesów decyzyjnych, jasny podział kompetencji i odpowiedzialności, wyczyszczenie spraw finansowych w tym dziwnym miejscu, gdzie pieniądze były wszędzie, ale nikt nie wiedział ile i gdzie dokładnie (teraz kardynał Pell – z tego co słyszałem od innych znajomych watykanistów – wziął się właśnie w pierwszym rzędzie za inwentaryzację mamony, ogłosił: „nic nikomu nie zabieramy, ale musimy dokładnie wiedzieć, co gdzie jest”).

Siedzieliśmy w hotelowej stołówce, trzy stoły od stołu, przy którym zwykle jada następca Piotra. Po sąsiedzku pożywiał się kardynał Reinhard Marx (człowiek z wielkim poczuciem humoru, który uznał że skoro ma nazwisko jakie ma, jedną ze swoich książek zatytułuje: „Kapitał”), przewodniczący niemieckiego episkopatu i konferencji Episkopatów UE (COMECE). A ja po prostu cieszyłem się jak dziecko spotykając w centrum katolickiego świata człowieka, z którym choć różni nas prawie wszystko: stan, pochodzenie, wychowanie, wiek – łączy nas to, że o tym, co w naszym życiu najważniejsze myślimy dokładnie to samo. Nad pastą i warzywnym szaszłykiem wchodziliśmy sobie w słowo, wymieniając fronty, na które zaraz chciałoby się biec i działać. Konieczna jest „rechrystianizacja” chrześcijaństwa, w którym w ostatnich kilku wiekach nakazy moralne, choć słuszne, przesłoniły osobę Jezusa. Laicyzacja się nie zatrzyma, jeśli rozleniwiający i frustrujący kierunek: „wiara idzie z góry do dołu”, nie zostanie uzupełniony kierunkiem odwrotnym: przyszłość należy do małych wspólnot ludzi, którzy spotkali żywego Jezusa, i którzy – jak w pierwszych wiekach chrześcijaństwa – są gotowi radość z tego spotkania wykrzyczeć całemu światu. Zamiast straszyć ów świat śmiercią, trzeba zachwycić go nieprawdopodobnie piękną wizją bosko – ludzkiego życia. Etc. Etc. Etc.

Opowiadałem kardynałowi o tym, co moja Fundacji robi w Afryce, o spotykanych podczas podróży po Polsce fantastycznych księżach, którzy przeżyli „nawrócenie pastoralne”, o nowych wspólnotach ludzi, którzy zamiast logiki wojny ze światem po prostu robią nową ewangelizację. Mówiłem mu o tym, jak wielu bliskim mi ludziom papież Franciszek przywrócił nadzieję, na to że jest dla nich miejsce w Kościele (co wkurza tych, cierpiących na „syndrom starszego brata”), i że gorąco modlę się o to, żeby Bóg dał mu siły dożyć do chwili, w której swoje reformy rzeczywiście doprowadzi do punktu, w którym nie da się ich zatrzymać, do „point of no return”, miejsca w którym samolot jest już tak rozpędzony, że musi wystartować, pilot nie ma innego wyboru.

Na kolejne spotkanie umówiliśmy się w Hondurasie, gdzie wojna z rujnującymi kraj handlarzami narkotyków, wchodzi w nową fazę (obecny prezydent zezwolił zestrzeliwać potajemnie przewożące kokainę z Wenezueli samoloty, a jednego z głównych narkobaronów, dotąd bezkarnego, aresztował i wydał Stanom Zjednoczonym, co oznacza dla niego definitywny koniec działalności). Na kardynała i jego biskupa pomocniczego handlarze śmiercią już parę razy organizowali zamachy, ale jego największym zmartwieniem jest nie osobiste bezpieczeństwo, a totalna dezorganizacja życia społecznego jaki handel narkotykami z sobą przyniósł. Prawie 20. tysięcy honduraskich dzieci siedzi dziś wraz z rodzicami w obozach dla nielegalnych imigrantów w USA, rosną zastępy ludzi, którzy urodzili się za drutem kolczastym i nic poza nim aż do dorosłych lat nie zobaczą. Te, które zostały w kraju bardzo często nie znają swoich ojców albo matek (bo ci też uciekli do USA). Na ludzkiej biedzie (a to taka bieda, że na naszą, polską, ci ludzie zamieniliby się z pocałowaniem ręki), żerują handlarze ludźmi i sekty.

Wiara idzie z dołu do góry

Te ponure elementy krajobrazu można w różnej konfiguracji spotkać w większej części współczesnego świata, o którym europocentryczna do niedawna centrala Kościoła Katolickiego nie miała wielkiego pojęcia. „Latynoamerykański“ desant otworzył drzwi, przez które ruch odbywa się w dwu kierunkach: Kościół wraca do ludzi, a ludzie do Kościoła. Na naszych oczach dzieją się prawdziwe eklezjologiczne cuda: oto na Stolicy Piotrowej zasiada kolejny już święty człowiek, który – podobnie jak jego poprzednicy – nie realizuje swoich planów na życie, a po prostu słucha Boga. I to Bóg rozwiązuje wielki wewnętrzny kryzys Kościoła, do którego jeszcze pięć lat temu wielu nie chciało się ze wstydu przyznawać, a dziś znów, dzięki Franciszkowi (a nie byłoby Franciszka bez odwagi i mądrości Benedykta), zaczynają mówić z dumą, że są katolikami.

Ja akurat nigdy się swojej relacji z Kościołem nie wstydziłem, ale – jak żyję w nim świadomie już dobre ćwierć wieku – jeszcze nigdy (piszę to z pełną świadomością) nie byłem tak podekscytowany świadomością, że też jestem jakąś jego częścią.


Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas
Szymon Hołownia

Szymon Hołownia

Zobacz inne artykuły tego autora >
Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >