Mój starszy brat ksiądz

Gdyby o synonim słowa "ksiądz" zapytać kogoś, kto Kościół ma w nosie, odpowiedź (w najlepszym wypadku) brzmiałaby pewnie: "urzędnik" albo "funkcjonariusz". Gdyby o to samo zapytać człowieka zaangażowanego w Kościół, odpowiedziałby pewnie: "pasterz".

Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Z opisu bliżej mi pewnie do tej drugiej kategorii, ale ja księdza pasterzem nazywać nie lubię. Mam wrażenie, że dużo zbędnych napięć, niezrozumienia i frustracji narastających na linii księża – świeccy bierze się właśnie z dosłownego potraktowania przywoływanego w Ewangelii symbolu. Objawienie dokonało się w kulturze rolniczej, Jezus opisując relacje ze światem, mówił językiem którym uczniowie oddychali. Teoretycznie "łapiemy", o co chodzi, wiemy że Biblia nie jest podręcznikiem biologii, czy historii, że gdy Jezus mówi o "drzazdze w oku" nie pisze podręcznika okulistyki, a słów skierowanych do Piotra, "Paś owce moje", nie odbieramy jako wezwania do rozkręcenia hodowli. Mimo to, coś co nazwałem kiedyś "podhalańskim modelem kontaktów", w którym ksiądz wziął Ewangelię nadto dosłownie i mocno uwierzył w to, że jest pasterzem, którego rolą jest kijem zaganiać rozłażące się na boki półgłupie owieczki, wierny zaś – że jego rolą jest beczeć i dawać się strzyc, pokutuje w naszych głowach na całego.

Mój starszy brat ksiądz

Zastanawiam się, jaka metafora mogłaby lepiej oddawać dziś Jezusowy zamysł. Myśląc o tym, kim ma być dla mnie ksiądz, odwołuję się do słowa "prezibter", tj. starszy. Ale – myślę na brudno – dlaczego starszym od razu musi być ojciec (jak się powszechnie utarło)? Dlaczego nie starszy brat?

Mi osobiście (to moje, prywatne odczucie) ciężko jest widzieć ojca w dekadę ode mnie młodszym młodzieńcu, który – owszem, w akcie święceń otrzymał władzę kapłańską – ale życiową mądrość i wiedzę, której oczekuje się od ojca będzie jednak jeszcze nabywał przez wiele, wiele lat. Wśród starszych księży znam takich, którzy z miejsca zaczynają wszystkim mówić per "ty", paternalizują, są przekonani że akt święceń kapłańskich był równoznaczny z aktem adopcji mnie, jako ich przybranego dziecka, w związku z czym mogą ustawiać mi życie (dodatkowo sądząc, że w sakramencie tym otrzymali w pakiecie wszechwiedzę o wszystkim, co jest na świecie – zaczynając od spraw polityczno – społecznych, a na detalach życia rodzinnego kończąc). Tym zwykłem odpowiadać, że mam już dwóch ojców, jednego w Niebie, drugiego w Białymstoku, sierotą się nie czuję i nie szukam trzeciego. Per "ojcze" zwracam się więc zwyczajowo do zakonników. Wyobrażam sobie, że mógłbym się tak zwracać do swojego spowiednika. Na tym basta.

Najlepiej, najprościej, najpełniej układają mi się relacje z księżmi, o których wiem, że są moimi braćmi. Uwaga: nie kumplami. Braćmi. Czasem starszymi, czasem równymi wiekiem. Mającymi inną niż ja drogę realizacji powołania, wyposażonymi przez Boga w specjalną misję i zadania. Starszy brat to ktoś, kto może mi pomóc zinterpretować wolę rodziców, ostrzec przed niebezpieczeństwem, pokazać niedostatecznie dostrzegane piękno świata. Teoretycznie nie mam prawa oczekiwać od niego, by był dla mnie wzorcem (bo zadaniem księdza jest przekazać nienaruszony depozyt wiary i sprawować sakramenty), ale jednak w głębi duszy chciałbym, by nim był. Nie żeby był ideałem, odczłowieczonym wymoczkiem w sutannie, ale by był wzorem w zmaganiu się ze swoją nie-idealnością. Mądrym w zmaganiu się, nie usiłowaniu przeskoczenia swojej natury i stania się aniołem.

Mój starszy brat – ksiądz, powinien po prostu być pełną gębą dążącym do świętości człowiekiem. 

Chciałbym, żeby mi na nim zależało. Jemu powinno zależeć na mnie, a mi na nim.

Mój starszy brat ksiądz

Wielką tragedią wielu polskich księży jest to, że wierni miewają do nich schizofreniczne podejście: raz widzą w nich wyłącznie automaty do okresowego czyszczenia moralnej tapicerki oraz rozdawania komunii (a jak automat działa nie tak jak chce, to będę robił dym, krzyczał że to skandal i jak się klienta traktuje), z drugiej – oczekują czasem, że ksiądz będzie przytulanką, która nic nie mówiąc rozwiąże wszystkie ich emocjonalne problemy. Nie widzą w księżach właśnie swoich braci, fundując im czasem ciężką samotność wśród ludzi.

Jasne, Kościół to rzeczywistość hierarchiczna, ale czy naprawdę nie moglibyśmy na chwilę wydobyć się z pozycjonowania wszystkich relacji, jakie się w nim dzieją w schemacie "wyżej – niżej" (skoro nawet Bóg go na nowo napisał stając się jednym z nas)? Dlaczego nie spróbować pomyśleć, że ksiądz ma po prostu inaczej? Że jesteśmy sobie nawzajem potrzebni. Że oni bez nas, świeckich, wyglądaliby – jak pisał kardynał Newman – "raczej głupio", a my bez nich nie mielibyśmy dostępu do źródła jakie bije w sakramentach i tych wszystkich wielkich darów, jakie Bóg dał im szansę rozwijać robiąc ich Swoimi kapłanami?

Mój starszy brat ksiądz

Gdybym tylko mógł (w polskich warunkach nie jest to nie do pomyślenia) – wszystko, co się da: kancelarię, budowę kościoła, Caritas, katechezę, kasę parafii, lokalną politykę, oddałbym świeckim, księdzu pozwalając realizować powołanie, w którym nikt go nie zastąpi. Poprosiłbym go, by zachłysnął się swoim kapłaństwem, by zostawił to, co mniej istotne. Niech z autentyczną troską czuwa nad drogą swoich młodszych braci. Którzy niechby wreszcie wyzbyli się konceptu, że ksiądz jest od tego, by się modlił i uświęcał za mnie, a ja tu sobie pożyję moje życie (i tym głośniej będę krzyczał, gdy powinie mu się noga).

Jestem głęboko przekonany, że drogą do uzdrowienia i pogłębienia relacji ksiądz – świecki w naszym Kościele jest nie więcej publicystyki i przerzucania się przykładami ("a ja słyszałem o złym księdzu, a ja znam dobrego księdza"), a dużo więcej wypitej wspólnie z miejscowym wikarym herbaty, więcej wspólnych kolacji, dyskusji. Jeśli masz problem ze swoim księdzem, cofnij się o krok i zobacz w nim takiego samego jak ty człowieka. To nie agent Watykanu, nie wlepiająca mandaty moralna Straż Miejska, nie pies ogrodnika i nie urzędnik Boga. To twój starszy brat.

Wesprzyj nas
Szymon Hołownia

Szymon Hołownia

Zobacz inne artykuły tego autora >
Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Oni nie kalkulują

To, co dzieje się w RCA jeszcze raz pokazuje dobitnie, czym różni się misjonarz od pracownika, a Kościół od organizacji charytatywnej. Pracownik w sytuacji analogicznej do tej w jakiej znaleźli się polscy misjonarze, powinien się ewakuować. Misjonarz buduje ze swoimi podopiecznymi zupełnie inny rodzaj relacji, on jest tam nie dla nich a z nimi.

Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Czy polscy kapucyni mają moralne prawo skorzystać z propozycji polskiego rządu, wyciągnąć europejskie paszporty i uciekać z RCA? Jasne, że mają i nikt przytomny nie może wymagać od nich męczeństwa. Nie zdecydują się jednak pewnie na to, tak jak brat nie zdecyduje się zostawić siostry, gdy im obojgu grozi realne niebezpieczeństwo, z którego on mógłby się jednak uratować.

Rozmawiałem kiedyś z misjonarzem, który znalazł się w podobnej sytuacji w innym kraju Afryki. Przekonywał mnie, że wtedy się nie kalkuluje. Zastanawiać się nad własnymi szansami, nad tym że przecież gdyby uciekł, to jako ksiądz mógłby jeszcze pomóc później tylu ludziom, może tylko ktoś kto siedzi przed telewizorem i dla kogo ludzie tam na miejscu są tylko obrazem na ekranie.

"Jak by to wyglądało, że się komuś głosi Boga, który kocha do końca, a później samemu przed końcem się ucieka?" – pytał retorycznie ów kapłan.

Nie wiem, czy ja na taką konsekwencję bym się zdobył, czy zdałbym ten test, tym głębiej chylę czoła przed naszymi w RCA.

Oni nie kalkulują

W chwilach, gdy uzbrojeni bandyci strzelają do wszystkiego co się rusza, zabijają, palą, gwałcą trudno myśleć o miłości nieprzyjaciół. Nie wiem w czym mogłaby się ona przejawiać, w tym że gdy ktoś celuje do ciebie z kałacha, powiedzieć mu: "człowieku, co robisz?!". Nigdy nie znalazłem się w takiej sytuacji, wiem jednak co znaczy konfrontacja z niebezpieczeństwem, gdy wiesz, że nie jesteś w Europie, w której zawsze możesz zadzwonić po policję, pogotowie, czy straż. Gdy nocą wielki pożar buszu podchodzi pod twój dom, a ty wiesz że możesz sobie dzwonić do woli a i tak nikt nie przyjedzie go ugasić. Gdy jedziesz nocą po niebezpiecznej drodze i modlisz się, żeby zza światła które nagle dostrzegasz nie poleciały w twoją stronę kule, bo wiesz, że nie uratuje cię żadna policja.

To nie świadomość, że może cię spotkać przemoc jest najgorsza, najgorsze jest poczucie, że jesteś w tym sam, że kompletnie nikt nie ruszy ci na ratunek.

I to jest dziś największy dramat polskich misjonarzy. Osobiście nie wierzę, że polski rząd nic w tej sprawie nie robi. Gdyby – nie daj Boże – naszym misjonarzom stała się krzywda, koszt polityczny dla władz, które nie były w stanie zadbać o swoich obywateli (i to takich obywateli, którzy przysparzają Polsce chwały; i to w sytuacji gdy my też wysłaliśmy do RCA pięćdziesięciu naszych żołnierzy) byłby niszcząco ogromny. Z pewnością trwają jakieś zakulisowe starania, negocjacje z Francuzami, utrudniane przez fakt, że we wszystkim zależymy tam od nich (na miejscu nie ma polskich placówek dyplomatycznych, nie wiem, czy dotarł tam jakiś polski dyplomata – nie sądzę). Pytanie, ile w praktyce mogą też Francuzi i rząd nowej pani prezydent – RCA nawet przez ONZ oficjalnie uznawana jest przecież po tym co działo się tam w ostatnich latach za "państwo upadłe", tzn. takie którego struktury po prostu nie działają.

Sytuację dodatkowo utrudnia fakt, że Polska misja położona jest na kompletnej rubieży, na ostatnich kilometrach trasy ucieczki bandytów z Seleki do Czadu. Nadzieja w wojsku? Wojska UE, które w RCA lądują mają mandat ONZ, a on zawsze jest bardzo precyzyjnie opisany (i żołnierzom często dużo więcej nie wolno, niż wolno). Zresztą – czy w historii historii świata znany jest konflikt, w którym interwencja międzynarodowa nadeszła o czasie i uchroniła wszystkie jego strony przed tragedią?

Oni nie kalkulują

Świat międzynarodowej polityki rządzi się czasem nieludzkimi prawami, nie jest mu obca zasada "ofiary muszą być". W tym wypadku politycy z pewnością myślą nie o tym, czy ofiar Seleki będzie sto czy dwieście, ale jak działać, by  nie szły w dziesiątki tysięcy oraz by stabilizując RCA nie zdestabilizować np. jeszcze bardziej sytuacji w Czadzie i w całym regionie (RCA i Czad graniczą przecież z Darfurem). Głęboko wierzę jednak, że ludzie w MSZ mają nie tylko głowy, ale i serca i robią wszystko by misjonarzom pomóc.

Bo oni nie kalkulują. Dla nich człowiek nie jest pozycją w notesie polityka, jest skarbem, oni w konfrontacji z ludźmi opętanymi złem, robią jedyną rzecz jaką powinien zrobić chrześcijanin – robią dobro.

Co my możemy zrobić? To co robimy: trąbić o tym gdzie się da. Modlić się. I mieć nadzieję, że ich droga przez piekło szybko się skończy. Że dzięki moblizacji dobrych ludzi zło nie będzie miało ostatniego słowa, nie tylko w wieczności, już tutaj.

Wesprzyj nas
Szymon Hołownia

Szymon Hołownia

Zobacz inne artykuły tego autora >
Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >