Mizerna cicha. I kosmiczny przewrót

Od dawna mam swoją prywatną listę kolędowych przebojów, takich które do żywego mnie poruszają i zapraszają do nieba ale też takich, które mnie drażnią

Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Nie umiem śpiewać, ale lubię słuchać. Tę zasadę stosuję również do kolęd, bez których również osobnikowi tak muzycznie niememu jak pień, trudno wyobrazić sobie święta Bożego Narodzenia. A gdy słucham to nie tylko przeżywam, ale również analizuję, myślę, przyglądam się temu, gdzie przenosi mnie tekst.

A gdyby tak śpiew kolęd potraktować jak lustro, w którym przeglądamy się co roku, generując regularny raport o stanie naszej wiary, nadziei i miłości?

Od dawna mam więc swoją prywatną listę kolędowych przebojów, takich które do żywego mnie poruszają i zapraszają do nieba i takich które mnie drażnią. Każdy z nas taką listę byłby w stanie pewnie zrobić. Może warto, bo pomoże nam się zastanowić, co my tak naprawdę wyśpiewujemy pod choinką? Jak to się ma do tego, w co wierzymy, na co mamy nadzieję?

1. Bóg się rodzi

Mizerna cicha. I kosmiczny przewrót

2. Mizerna cicha, stajenka licha

Gdy po raz pierwszy usłyszy się melodię tej kolędy, można odnieść wrażenie, że narodzenie Jezusa było jednym z najsmutniejszych wydarzeń w historii ludzkości. To przypadek podobny do słynnej pieśni wielkanocnej Zmartwychwstał Pan, która z powodzeniem mogłaby swą dynamiką „obsłużyć“ niejeden pogrzeb, albo Wesoły nam dzień dziś nastał, które śpiewa się zwykle tak, że wesołości nie ma w tym za grosz, Alleluja brzmi jak wycie do księżyca, słowem – przekonujemy świat, że choć grób jest pusty, choć śmierci już nie ma, to nam i tak mimo wszystko jest smutno.

Melodia tej kolędy wpisuje się w poetykę często obecną w starych, kościelnych pieśniach. Piękno równa się powaga plus patos, a jedyną dopuszczalną formą kontemplacji tajemnicy Wcielenia jest lamentowanie i wyrażanie współczucia Jezusowi, że musiał stać się człowiekiem. A co, jeśli nie musiał, ale chciał? Jeśli doświadczenie stania się Człowiekiem nie było dla Niego zesłaniem, degradacją a cudownym, pięknym i głębokim doświadczeniem (bo pozwoliło najbardziej przezeń ukochanym ludziom, zbudować z Nim zupełnie nowej jakości relację)?

Mizerna cicha. I kosmiczny przewrót

Dlaczego więc ten utwór aż tak wysoko w zestawieniu? Ze względu na przepiękny tekst Teofila Lenartowicza. Wszystko tu tchnie spokojem, nadzieją, jest tak proste, jak to tylko możliwe i odbywa się pod romantyczną malowaną tęczą.

Ta cisza, a zarazem ten kosmiczny przewrót, którego znakiem są anieli, którzy w locie stanęli i pochyleni klęczą (to zresztą obraz wzięty z Protoewangelii Jakuba, widać, że autor porządnie naczytał się apokryfów). Owo Piekło zawarte, niebo otwarte – czyż można prościej i dobitniej wytłumaczyć konsekwencje narodzenia Jezusa na ziemi, jakościową zmianę, która dokonała się w kondycji śmiertelników? Tę zmianę orinetacji religijnego myślenia, ukierunkowania refleksji, dotąd skupionej na unikaniu Szeolu i Bożego gniewu, odtąd – przepełnionej nadzieją na wieczne życie w pełni szczęścia z Bogiem i jego świętymi? Hej ludzie prości, Bóg z nami gości, skończony czas niedoli! On daje siebie, chwała na niebie, mir ludziom dobrej woli. Cóż więcej można do tego dodać?

3. Cicha noc, święta noc

Mizerna cicha. I kosmiczny przewrót

Bo tu wreszcie nie ma lamentów, płaczów, biadolenia że Jezusowi zimno w nóżki, a rodzice przybici i zalęknieni, bo oczami duszy widzą już Golgotę. Tu Maryja czuwa sama uśmiechnięta nad Dzieciątka snem. Zastanawia mnie zawsze, co prawda, dlaczego Maryja czuwa sama, dlaczego autor kolędy, austriacki wikary, ks. Józef Mohr (kolędę „spolszczył“ kompozytor Piotr Maszyński), znalazł w niej miejsce dla aniołów i trzód, a nie znalazł dla świętego Józefa, ale zakładam roboczo, że imiennik autora po prostu w tym momencie położył się zmęczony (i pewnie zestresowany całą sytuacją) spać. Melodia (ułożona podobno przez organistę parafii, w której pracował ks. Mohr) idealnie ilustruje zresztą wizję autora tekstu: w tej kolędzie słyszę ciszę, ale tak jasną i radosną, że jakby miała za chwilę wybuchnąć. Widzę świat, w którym za chwilę dojdzie do Wielkiego Wybuchu Miłości. W chwili, którą uchwycił ksiądz Mohr, ten proces już się toczy, już wiadomo, że to się stanie. Każdy zawodowy teolog zarzuci mi bełkot, ale ja nie umiem tego określić inaczej: w tej kolędzie widzę zbawienie w chwili stworzenia.

4. Dzisiaj w Betlejem

Bo to czysta radość i nic więcej (podobnie zresztą jak Triumfy Króla Niebieskiego albo Przybieżeli do Betlejem. Z całej tej kolędy najbardziej lubię zaś ten jeden wers, w którym i Józef święty, i Józef święty Ono pięlęgnuje. Ja wolę właśnie tak: święty Józef, a nie: Józef stary (co przez niektórych przekręcane było podobno na Józef Stalin, podobnie – skoro już jesteśmy w okołobożonarodzeniowych klimatach – jak notorycznie zmieniano Pan Bóg przyjdzie, z rzeszą świętych k’nam przybędzie na z rzeszą świętych na mszy będzie etc.).

Mając do wyboru dwie funkcjonujące w naukach teorie, wybieram tę, według której Józef był po prostu rówieśnikiem Maryi, młodym chłopakiem, który nie zostawił żony z noworodkiem, zakładając, że to kobieca rzecz, a po prostu pielęgnował Małego: może go przewijał, może tulił, może pomagał karmić. Wolę takiego Józefa, młodego tatę z wypiekami na twarzy, uważającego by nic nie zepsuć, by jakimś niezgrabnym ruchem nie urazić kruchego dzieciaczka, od starca co widział już wszystko, zadumanego nad żłóbkiem nad losami ludzkimi, konceptami Jahwe i kondycją Wszechświata. Wolę życie, bo o czym jest ta noc, jeśli nie o życiu, nie o pięknie życia?

Mizerna cicha. I kosmiczny przewrót

6. Gdy śliczna Panna

Bo to jedna z tych kolęd, gdzie mniej jest o wszelkiej maści bydlątkach (choć tu one też chuchając, ogrzewają Jezusa), a więcej o Maryi, która zdaje się była jednak dużo bardziej pierwszoplanową bohaterką tej nocy. Bo gdy jej słucham, mam wrażenie, że Maryja, kołysząc Dziecko do snu, musiała wracać myślami do chwili zwiastowania. Przypominam sobie jej wątpliwości (jakże się to stanie, skoro nie znam męża), rozwiane przez anioła nie rozkazem albo teoretycznym rozważaniem, ale informacją o cudzie, który wydarzył się już w życiu świętej Elżbiety. To konkret. To znak, że to co mówi anioł to nie obiecanka, ale obietnica. Bardzo realna propozycja od kogoś dla kogo nie ma nic niemożliwego, którą Maryja może sygnować, ale wcale nie musi.

To kolejna myśl, którą warto obudzić w sobie, nucąc przy żłóbku tę kolędę: nowe życie może pojawić się na świecie, gdy dwoje ludzi otworzy się na jego przyjęcie, zaryzykują i z ich miłości zrodzi się nowy człowiek. Nie byłoby Bożego Narodzenia bez tego superodważnego tak Maryi, która mogła też powiedzieć nie. Nie byłoby być może Wielkanocy gdyby nie hiperodważne tak Józefa, który z pewnością zaskoczony całą sytuacją, pokazał że naprawdę kocha, bo nie myśli o sobie (gdyby odszedł, trudno powiedzieć co by było bo los samotnej matki nie był wówczas do pozazdroszczenia, ale pewnie nie byłoby ucieczki do Egiptu i dziecko zginęłoby z rąk egzekutorów Heroda)

7. Nie było miejsca dla Ciebie i Jezus Malusieńki

Obie na końcu listy, bo obu nie lubię. Pierwsza kolęda, napisana przed wojną przez dwóch polskich jezuitów, pełna jest czartów, skrwawionych ramion, łez, jęków i katuszy. Nie jest to, mam wrażenie, dokładnie to przesłanie, jakie Bóg chciał przynieść ludziom wcielając się w swoim Synu. Z tajemnicy Wcielenia wypreparowano tu, prawdopodobnie w celu pobudzenia emocjonalnego słuchaczy czy śpiewających, całą ciemność i zło z jaką przyjdzie Jezusowi zderzyć się w ziemskim życiu.

Mizerna cicha. I kosmiczny przewrót

Tę kolędę de facto powinno śpiewać się w Wielki Piątek. I w naszej historii rzeczywiście często śpiewana była przez ludzi, którzy właśnie swój Wielki Piątek przechodzili (była podobno bardzo popularna podczas wojny i okupacji). Jeśli dodawała im otuchy świadomość, że Jezus od samego początku swojego ziemskiego życia zanurzony był – jak każdy z nas – w śmiertelności i doświadczył na sobie tajemnicy ludzkiej podłości, niesprawiedliwości i zła – to dobrze. Jezus przyszedł jednak na świat nie po to, by owo zło kontemplować, ale by wybić śmierci zęby, by dać nadzieję, a tej w tej kolędzie (ale to tylko moje, subiektywne wrażenie) bardzo mało.

Pieśń (przez niektórych uznawana nie za kolędę, a za pastorałkę) Jezus Malusieńki to zaś, znów w mojej subiektywnej ocenie, zapis depresji poporodowej, a nie radosne przywitanie przychodzącego na świat Zbawiciela. Frazy Panienka truchleje, a mówiąc łzy leje, albo „Tylko nie płacz, proszę, bo żalu nie zniosę, dosyć mam go z męki Twojej, którą w sercu noszę“, podpowiadają mi, że siostry zakonne (bodaj karemiltanki), które ją napisały, nie miały specjalnego pojęcia o tym jak piękny może być cud przyjęcia na świat nowego życia, albo – przeciwnie – miały bardzo bogatą wiedzę na temat wzmiankowanego wyżej towarzyszącego czasem porodowi zespołu. Możliwe też, że „duchowość pasyjna“ tak przeniknęła ich myślenie, że kontemplacja cierpienia wygrała u nich z apostołowaniem nadziei, jaką Narodzenie Jezusa temu światu przyniosło. Wierzę głęboko, że dziś, tam gdzie są (a pewnie są w niebie), jest im już dużo weselej.


Przeczytaj także artykuł Szymona Hołowni:

Do shopu, hej, pasterze!


Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas
Szymon Hołownia

Szymon Hołownia

Zobacz inne artykuły tego autora >
Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Innego nie będzie!

O co ja się właściwie modlę, powtarzając codziennie przyjdź Królestwo Twoje?

Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Dokładnie o to, o co modlili się pobożni żydzi przed przyjściem Chrystusa (choć nie znali jeszcze przecież tekstu „Ojcze Nasz“). O to, żeby Pan Bóg kiedyś przyszedł i zrobił wreszcie z tym wszystkim porządek. By złoił skórę tym, co dręczą ludzi: okupantom, spekulantom, malwersantom. By społeczne relacje zaczęły się wreszcie opierać na sprawiedliwości. To moje, amatorskie, wrażenie, gdy czytam Stary Testament: Zbawiciel ma przyjść na ten świat jako król państwa, którego konstytucją będzie sprawiedliwość.

nie ma takiego państwa na świecie, którego konstytucją byłaby po prostu miłość

Zbawiciel przyszedł, ale nie ten na którego czekamy. Ten, Jezus z Nazaretu, ogłosił co prawda przyjście Królestwa, ale zaznaczył że nie jest ono z tego świata. Bo faktycznie – są na świecie państwa, które wpisują sobie do katalogu ustrojowych zasad wolność, równość, braterstwo, a nawet sprawiedliwość, ale nie ma takiego, którego konstytucją byłaby po prostu miłość.

A jeśli miłość jest wartością nadrzędną – wszystko staje na głowie: władza w takim państwie musi być służbą, „święte prawo własności“ czyli gromadzenia, zastępuje obowiązek rozdawania, nie ma już powinności – jest troska. Itd. Itp. Etc.

Piękne. Ale my wciąż czekamy chyba na coś innego, nieco bardziej konkretnego. Na jakąś zmianę epok, grubą kreskę, wielki dziejowy prysznic, na rewolucję, na coś co da się umiejscowić w czasie, co będzie kolejnym aktem Bożego Objawienia.

Innego nie będzie!

Na moment, w którym Bóg wjedzie jak król na ten świat i zasiądzie na tronie. Ewangelia mówi tymczasem: już wjechał, na osiołku. Jego tronem był krzyż i droga do Emaus.

Królestwo Boże już jest na tym świecie i innego nie będzie.

Czekamy na moment, w którym Bóg wjedzie jak król na ten świat i zasiądzie na tronie

To nie pojęcie historyczne, geograficzne, polityczne czy instytucjonalno – religijne. Obywatelami Królestwa są już dziś wszyscy ci, którzy dobrowolnie zgodzili się żyć według naszkicowanej przez Jezusa wspomnianej wyżej konstytucji. Ono jest wszędzie tam, gdzie jest dobry, kochający człowiek.

Innego nie będzie. Wszystko, co czeka nas później, gdy nastąpi koniec świata, będzie po prostu drugim i ostatecznym wezwaniem, by zupełnie za darmo wziąć paszport do Królestwa, w którym na liście najbogatszych nie spotkamy zdaje się wielu tych, których oglądaliśmy dotąd, znajdą się zaś tam ci, którzy umieli kochać. Ludzie o których myślimy sobie (a czasem naszą intuicję potwierdza później Kościół): „święty człowiek“.

Może to kwestia środowiska w którym się obracam, może swoistego zinstytucjonalizowania polskiego głodu i biedy (gdy tylko pojawia się problem, potrzebujący człowiek znika w trybach działającej sensownie lub nie instytucji), może nie do końca słusznego przekonania, że również nasz polski Kościół jest dziś Kościołem najedzonym, w którym często robi się z igły widły, bo można sobie na taki luksus pozwolić wciąż mając pełne świątynie i tak potężną strukturę.

Innego nie będzie!

Jeszcze dziesięć czy piętnaście lat temu, nie umiałbym szczerze powiedzieć: tak, ja też na coś czekam. Na nic nie czekałem. Na co czekać, skoro wszystko jest w miarę OK. Jakoś sobie przecież radzimy, jakoś to wszystko powolutku idzie, wskaźniki spadają, ale przecież nie na łeb na szyję, Caritas funkcjonuje, prześladowań nie ma, więc czasem by nie zasnąć musimy je sobie wymyślać – Pan nam pobłogosławił, mamy spokój. Wezwanie przyjdź Królestwo Twoje znaczyło więc dla mnie tyle, co: super nie jest, ale nie jest najgorzej, daj jednak, Panie, żeby po śmierci było jeszcze lepiej.

Musiałem wyjechać z kraju, wyrwać się z lokalnego kontekstu, w którym hodowałem swoją obojętność, by uświadomić sobie, że:

są ludzie, dla których te słowa z Ojcze nasz, to autentyczny krzyk a nie pobożne murmurando.

fot. www.fundacjakasisi.pl

Że w Papui, w Kongo, w Hondurasie spotykam twarz za twarzą tych, którzy bez miłości jutro zginą. Których nie zbawią opowieści o sprawiedliwości, ale chwila poświęconego im czasu, zauważenie ich i nazwanie ich z imienia, uśmiech lek, woda, kromka chleba. To nie tylko mamy, trzymające na rękach skrajnie niedożywione dzieci. To młody chłopak, którego poznałem w Zambii, który wydał wszystkie oszczędności, by przyjechać do stolicy i od paru lat próbuje stanąć na nogi wykonując jedną z najgorszych prac: sprzedając na skrzyżowaniach zdrapki z doładowaniami do telefonów. To moi znajomi z Meksyku, którzy marzą o tym, by wyrwać się z klatki, w której zamykają ten kraj coraz skuteczniej bezwzględni handlarze narkotyków. To starsi czy chorzy ludzie, których spotykam w Zachodniej Europie, którzy chcieliby się jeszcze na coś przydać, ale nie ma na nich zapotrzebowania, są jak ci robotnicy z Ewangelii, którzy od rana czekają, że coś się wydarzy. Wstają rano, ubierają się porządnie, bo może ktoś zadzwoni, może ktoś wpadnie z wizytą. Nie wpada. Owa słynna cywilizacja śmierci, wszystkie te eutanazyjne kliniki będące dokładną odwrotnością Królestwa pracują dla ludzi, którzy przestali widzieć w oczach innych, że każda ich minuta, zła czy dobra, ma dla kogoś sens. Ci ludzie nie chcą już odejść, bo są tak zmęczeni, chcą odejść bo nie ma już dla nich zajęcia.

Odkąd po raz pierwszy zobaczyłem ten głód Królestwa na świecie, coraz częściej dostrzegam go też w Polsce.

U nas wszystko tylko z pozoru wygląda na „w miarę OK“. U nas też, pod bokiem, za ścianą, na ulicy, ba – w kościelnych ławkach, codziennie spotkać można ludzi, głodnych tego by ktoś wreszcie przestał traktować ich jak interesantów, nupturientów, penitentów, klientów, konsumentów, absolwentów itd. By zobaczył w nich człowieka, którego wewnętrzny reaktor nie wyprodukuje ani odrobiny energii, jeśli nie będzie w nim paliwa miłości.

Innego nie będzie!

To wizja Królestwa, które zapewnia ten właśnie, jedyny niezbędny do życia pierwiastek, tak wybiła z kapci, tych co poszli za Jezusem. To znamienne, że w pierwszym rzędzie poszli za nim właśnie ludzie głodni: biedni, prości, niedoceniani. Syci pozostali w domach. Dziś też zostają. Wychodzą z nich czasem, gdy – zszokowanym – los pozwala im przekonać się na własnej skórze, że ani partie polityczne, ani stan konta, ani dokonania w miłosnych podbojach, ani tytuły, ani nieruchomości, ani podróże ani nawet książki, nie są sensem życia.

Pytanie tylko, czy wtedy natkną się na tych, którzy pokażą im drogę do tego państwa bez ziemi, którego obywatelami mogą stać się już teraz i tu. Czy nadal będziemy ich (i siebie) przekonywać, że teraz trzeba zacisnąć zęby, a później będzie lepiej. A przecież nie będzie lepiej nikomu, kto nie odkrył, że już tutaj może być dobrze. Bo to „tam“, na które czekamy jest tu. I właśnie po to warto już teraz nauczyć się języka Królestwa, by kiedyś, gdy niczego poza nim na ziemi już nie będzie, nie czuć się w nim zagubionym imigrantem.


Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas
Szymon Hołownia

Szymon Hołownia

Zobacz inne artykuły tego autora >
Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >