Mam Jego

Narodzenie przypomina mi, że gdy odczuwam jakiś brak to wina wad mojego ziemskiego wzroku, a nie opis faktycznego stanu rzeczy. Nawet gdy nie mam pieniędzy, jestem sam i wszystko wydaje się nie mieć sensu – mam Jego.

Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Tekstów o Bożym Narodzeniu napisałem już chyba kilkadziesiąt. W mediach nienarzucających się Bogu tłumaczyłem, jak to było ze żłóbkiem (i czy w ogóle był), opisywałem symbolikę pieluszek, próbowałem rehabilitować karczmarza, który nie tyle był niegościnny, co po prostu chciał zapewnić rodzącej kobiecie spokój (a ona sama nie chciała narażać nikogo na zaciąganie związanych z porodem rytualnych nieczystości), opisywałem perypetie z ustaleniem daty Bożego Narodzenia (i „chrzczenie“ pogańskiego święta narodzin „Słońca niezwyciężonego“). W miejscówkach bardziej religijnych cytowałem wielu mądrzejszych ode mnie ludzi wyjaśniających doniosłość tajemnicy Wcielenia.

Dziś nie chce mi się już powtarzać. Chcę po prostu wejść w te Święta, pod tymi wszystkimi pięknymi opłatkowo – kapuściano – kolędowymi tradycjami, wyłapać znów ich główną nutę: wdzięczność. Bo w Boże Narodzenie nie ma już o co prosić, wszystko czego moglibyśmy chcieć, właśnie na naszych oczach, przychodzi. I już na zawsze zostanie. Boże Narodzenie przypomina mi, że gdy odczuwam brak to wina wad mojego ziemskiego wzroku, a nie opis faktycznego stanu rzeczy. Nawet gdy nie mam pieniędzy, jestem sam i nic wydaje się nie mieć sensu – mam Jego. Tak jak Maryja i Józef, na których twarzach przy żłóbku zawsze widać przejęcie, wzruszenie, czułość i właśnie wdzięczność.

Mam Jego

Ten świat rzecz jasna nadal jest zdrowo porąbany. Był również dwa tysiące lat temu. Na świecie zawsze byli skandaliści (i skandalistki), ludzie żyjący z bicia piany, byli kombinatorzy, gniewni młodsi zawsze zrzędzili tu na starszych, a starsi na ogólne urządzenie świata, który jeszcze nigdy tak nisko się nie stoczył. Zawsze była jakaś pani działaczka robiąca głupie happeningi, skaczący (na główkę) owej pani na ratuenk kapłani, były owieczki, którym raz jest wygodnie być owieczkami, a innym razem płynnie zmieniają się w wilki i pasterze, zachowujący się czasem jak dziadek i babcia, zamknięci w osobnym od naszego pokoju z radioodbiornikiem, z którego płyną non stop opisy ruchów wojsk wroga i piszący do nas później listy o tym, że jest wojna. Niech i w tym roku Kevin znów zostanie sam w domu, nieskromna pieśniarka zaśpiewa nagle „Bóg się rodzi“, prezydent wygłosi orędzie, telefon zabrzęczy od życzeniowych rymowanek – świat naprawdę nie wyglądał inaczej, gdy przychodził nań jego Zbawiciel. A On nie przyleciał na chmurze, by głośne problemy świata zaraz rozwiązywać i naprawiać, by razem z nami bieżączką się gorączkować. Najpierw pokazał, że na działanie przychodzi czas, ale działanie jest bez sensu jeśli nie jest zanurzone w miłości i spotkaniu. Maryja z Józefem pokazali zaś, że metodą walki ze złem tego świata jest głęboka kontemplacja dobra, które mamy tuż pod nosem.

Gdy przychodzi Boże Narodzenie szukam więc zacisznego kąta, biorę do ręki czotki lub różaniec i przesuwając koraliki godzinami imię po imieniu, twarz po twarzy wspominam tych, których w całym swoim życiu spotkałem. Na dłużej, na chwilę, było miło czy niefajnie – przywołuję ich z pamięci, dziękując za każdego z osobna i każdemu z osobna za dobro, które mi dali, błogosławiąc ich na dalsze życie (czy tu, czy tam już są). Choć tak próbując im wynagrodzić, to czego dać nie umiałem.

Mam Jego

Proszenie i przepraszanie to odruchy jakoś naturalne. Najtrudniej jest dziękować. Ucieszyć się tym, że się jest, a nie tym czego jeszcze się nie ma. Podziękować, że jestem, choć mogłoby mnie nie być, i że On jest, choć mógł tu nie przychodzić. Nawet jeśli nie ma jeszcze cudu, podziękować za to, że jest nadzieja.

Dziękuję wszystkim, którzy zatrzymują się na stacji7, wszystkim którzy ją tworzą. Miejcie cudowne Święta! A stojąc w kościele nad żłóbkiem a w domu łamiąc się opłatkiem zamiast projektować przyszłość słowami „życzę“ czy „proszę“, zamiast doczyszczać przeszłość pięknym skądinąd „przepraszam“, wypowiedzcie słowo, w którym jest cały sens tych Świąt, które jest w stanie zmienić nasze tu i teraz tak jak Bóg na amen je zmienił rodząc się jako dziecko: „dziękuję!“.


Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas
Szymon Hołownia

Szymon Hołownia

Zobacz inne artykuły tego autora >
Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Nie zabijaj! Nigdy! Nikogo!

A więc stało się – jedna izba przegłosowała, druga to formalność: belgijski parlament za kilka miesięcy (przed majowymi wyborami) zalegalizuje eutanazję dzieci.

Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Znikną obowiązujące teraz ograniczenia wiekowe (w sąsiedniej Holandii granica to 12 lat). Lekarz będzie mógł zabić dziecko, gdy będzie ono nieuleczalnie chore i w stanie „nie dającego się znieść cierpienia fizycznego“ (dorosłych można zabić również gdy cierpią psychicznie). Do aplikacji trucizny potrzeba będzie pisemnej zgody rodziców i paru specjalistów.

Do uchwalenia zmian próbuje (bezksutecznie) nie dopuścić chadecja, wspólny list w tej sprawie wystosowali przywódcy Kościołów chrześcijańskich, żydzi i muzułmanie. Większość w tym sporze stanowią jednak ludzie przekonani, że pozbawienie cierpiącego dziecka życia może być „ostatnim wyrazem ludzkiego wsparcia“, a dzieci bywają w cierpieniu znacznie dojrzalsze od swoich rodziców.

Gdy czytam takie newsy, czuję że w Europie naprawdę zaczyna brakować mi powietrza. Stary kontynent coraz bardziej przypomina mi zamknięty szczelnie pokój, w którym ludzie toną we własnym sosie, bo nie ma z nimi nikogo innego – ani Boga, ani reszty świata. Pogrążają się w paranoi, sami będąc dla siebie jedynymi punktami odniesienia. Gdy więc wydyskutowali już jak zrobić pieniądze i ustabilizować politykę, podjęli próbę walki z ostatnią rzeczą, która uwiera ich świat, ich osadzone na pluszu europejskie cztery litery – postanowili w demokratycznym głosowaniu usunąć z życia człowieka cierpienie. A z od zawsze wymykającej się człowiekowi śmierci zrobić domowego pudla, przychodzącego na zawołanie. Bo tak będzie lżej.

Nie zabijaj! Nigdy! Nikogo!

I o ile głupiej, straszniej, gorzej. Inna, może bardziej dobitna, metafora – zwolennicy eutanazji przypominają mi ludzi, którzy postanowili walczyć ze ścianą waląc w nią głową tak długo, aż padną, straciwszy świadomość, że ta ściana jest. A ona nadal będzie tam stać.

Dla człowieka wierzącego cierpienie i śmierć pozostaje tajemnicą (choć ich pojawienie się na świecie da się logicznie wytłumaczyć). Chrystus jednak nie wyjaśnia problemu cierpienia, nie prowadzi akademickich wykładów: „skąd zło“. On ten problem rozwiązuje. Wchodzi w cierpienie, przechodzi przez śmierć. A skoro Mistrz musiał przejść tę drogę, to i my nie mamy innej. Jedno jednak już wiemy – On idzie tą drogą z nami. Możesz (z bólu, czy z jakiegokolwiek innego powodu) iść na skróty, popełnić samobójstwo, ale wyobrażam sobie, że cierpienie fizyczne zamienisz wtedy na cierpienie ducha. Stałeś się współpracownikiem śmierci i stając twarzą w twarz z Bogiem, który jest samym Życiem możesz poczuć, jak bardzo boli ta różnica (na tym z grubsza polega chyba czyściec, tu odsłaniający się nadzwyczaj wyraźnie).

Nie zabijaj! Nigdy! Nikogo!

Jasne, musiałbym być kretynem, mówiąc że wiem jakie będą pośmiertne losy samobójców (wszelkiej maści – tego kto prosi o śmiertelny zastrzyk i tego co idzie na tory, łączy to samo: ból tak silny że tłumi nawet instynkt przetrwania). Odebranie życia (komuś, czy sobie) to zawsze jest zło, niech Bóg jednak osądzi jaki był w tym ciężar winy. Inaczej oceniasz sprawę, gdy ktoś zniszczył dany mu prezent z rozmysłem, inaczej – gdy zrobił to miotając się w koszmarnym bólu.

Ludzie mają swoje sprawy z Panem Bogiem. Nie można jednak zła nazywać dobrem. Nawet jeśli chce się eutanazję nazwać mniejszym złem, co to za prawo, które zezwala obywatelom na robienie jakiegolwiek zła?

Rozumiem, że nie każdy jest wierzący, ludzie niereligijni, dla których życie nie jest darem, mogą mieć na to zupełnie inne spojrzenie. Czy ich jednak nie przeraża inny nierozłączny z eutanazją czynnik? Chorego, który ma już dość życia zawsze otacza grono ekspertów, którzy wydają opinię o jego stanie, rodziny, która nie może już patrzeć jak się męczy (słyszałem o belgijskim przypadku dziadka, który postanowił zakończyć życie, ale później się rozmyślił, kłopot w tym, że krewni zaczęli już z całego świata ściągać rodzinę na pogrzeb, dziadkowi wyperswadowano, żeby się nie wygłupiał i poszedł już do Pana). Zawsze jest w tym element arbitralnej oceny innego niż sam chory człowieka.

Nie zabijaj! Nigdy! Nikogo!

Zawsze kontrola nad najważniejszą (nawet w prawie świeckim) wartością, jaką jest życie człowieka będzie cedowana (w choćby najmniejszym stopniu) na kogoś innego – lekarza, który może pomylić się w diagnozie (lub nie wiedzieć o innych metodach leczenia bólu), etyka (który może być mądrym człowiekiem, albo mieć w głowie fiu – bździu), czy rodziców, którym serce autentycznie pęka na widok pokłutego i zbolałego dwulatka i ich własne „nie do zniesienia“ zastępuje autocenę dziecka (której czasem nie można dokonać, tak jak nie można pytać niemowlaka jakie ma preferencje polityczne). A co w sytuacji, w której decyzyję będzie podejmował opiekun prawny, szef jakiejś opiekuńczej instytucji, a nie rodzic? Czy on w ogóle ma moralne prawo brać taką odpowiedzialność? Naprawdę trudno wyobrazić sobie, jak szeroko może to otworzyć drzwi do koszmarnych nadużyć?

Kilka lat temu pisałem duży tekst o tzw. eutanazji okołoporodowej. O dylematach lekarzy, którzy towarzyszą przychodzeniu na świat dzieci śmiertelnie chorych, takich które mają przed sobą liczone w dniach czy tygodniach i pełne bólu życie. Rozmawialiśmy o konkretnych, najcięższych przypadkach, np. bezmózgowiu, które zawsze kończy się śmiercią wkrótce po porodzie. Co robić z dziećmi w tak ciężkich stanach? Rozumiem rodziców, którzy po konsultacji z lekarzami decydują się nie kontynuować wobec swojego dziecka ewidentnie uproczywej terapii (zjawisko piętnowane przez samego JP2). Kłuć je kolejnymi kroplówkami, reanimować kiedy się zatrzyma, podawać presory, raz za razem intubować. Takie nieuleczalnie chore, stojące w drzwiach śmierci dziecko ma prawo godnie umrzeć, lekarze (za zgodą rodziców) przenoszą je wtedy w tryb tzw. opieki komfortu – zapewniają ciepło, jedzenie, terapię przeciwbólową.

Wiedzą już że nie wygrają ze śmiercią. Widziałem rodziców stojących nad takimi dziećmi, okrywających kocykami inkubatory, zmieniających się by być przy maluchu do końca. Większość z nich była spokojna, skupiona, jakby starali się w tych godzinach zawrzeć całą miłość, troskę i uwagę jaką mieli przygotowaną dla dziecka na długie lata życia. Wiedzą, że ich zadaniem jest zrobić teraz wszystko, by odeszło czując, że jest kochane. W takich chwilach można tylko zacisnąć zęby, mocno ich przytulić. Czekać na zmartwychwstanie.

Nie zabijaj! Nigdy! Nikogo!

To jednak nie jest eutanazja. Przynajmniej w moim najgłębszym przekonaniu. To (strasznie trudna) zgoda na to, by nie dodawać człowiekowi bólu szarpiąc się z nim w walce o dodatkowe kilka godzin, czy dni z nami, by pozwolić mu iść w stronę tego, co się wyraźnie zbliża i jest nieuchronne.

A więc w przypadkach gdy nie ma ratunku – nie wstrzykiwanie trucizny, nie odłączanie jedzenia, ale troskliwe bycie przy człowieku do końca. Dbając o to, by zminimalizować ból (medycyna idzie do przodu w szokującym tempie, nie wszystkie nieuleczalne choroby uleczy, ale naprawdę coraz sprawniej radzi sobie z leczeniem bólu – na przestrzeni ostatniej dekady – nie ma porównania!). Co jednak zrobić z dzieckiem, które przeżyje, ale z pewnością będzie cierpieć? Widziałem i takich rodziców, przy których inkubatorze lekarz szeptał mi do ucha: ja wiem, że za dwa lata zobaczę to dziecko w poradni z dramatycznym wielowadziem, a matka wykończona i zapłakana będzie mi krzyczeć: dlaczego pozwoliliście mu żyć?

Na to mam tylko jedną odpowiedź. Zrobić absolutnie wszystko, by dziecko nie czuło bólu, a matka mogła nabrać sił. Pisałem to tu już kiedyś – bólu nie leczy się śmiercią.

Kłopot najczęściej nie w tym, że takie dzieci żyją, ale w tym że nie mają często dostępu do lekarza, który fachowo ograniczy ich cierpienie do mininum, w tym, że ich rodzice zostają sami jak palec bo znajomi odwrócili się nie wiedząc, co powiedzieć. W tym, że są stygmatyzowani w swoim środowisku, przeciążeni obowiązkami, traktowani jak popychadła w poradniach. Im, jak swego czasu Januszowi Świtajowi, nie brakuje przedawkowanej morfiny a ludzkiej uwagi, czasu, oparcia i współczucia. Pisałem o wstrząsie jakim były dla mnie odwiedziny w DPS-ie prowadzonym w Brzozowie dla takich właśnie dzieci przez Siostry Służebniczki. Trafiają tu czasem dzieciaki, których rodzice po prostu nie wytrzymują psychicznie, potrzebują czasem paru lat, żeby się pozbierać. I dobrze, dobrze że jest takie miejsce. Jadąc teraz do Zambii czytam archiwalną księgę przyjęć dzieciaków do Kasiskiego sierocińca. Przy co drugim (a czasem przy każdym) dzieciaku z lat 30. czy 40. – adnotacja, że wkrótce umarł. Czy to dlatego, że Europa to dziś kontynent milionów samotnych ludzi, nie ma już świata w którym nad chorym siedziało się do końca, wiedząc, że jedyne co możesz dać to życie, a nie masz prawa dawać śmierci? I dlaczego eutanazję legalizuje jako pierwsza do niedawna bardzo katolicka Belgia (a wciąż opiera się jej dużo bardziej zlaicyzowana Wielka Brytania)?

Nie wiem. Wiem jedno – nie zabijaj. Bez ale. Nigdy, nikogo. A nie zabijać to zrobić wszystko, by człowiek do swojego naturalnego końca miał przy sobie drugiego człowieka, by nawet w największym bólu mógł do końca godnie żyć.


Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas
Szymon Hołownia

Szymon Hołownia

Zobacz inne artykuły tego autora >
Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >