Małżeństwo daje szczęście

Nie jestem wśród polskich publicystów wyjątkiem: najbardziej lubię pisać o czymś, na czym się kompletnie nie znam. Napiszę więc o małżeństwie

Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Nie każdy zagląda pewnie do „Tygodnika Powszechnego“, pozwolę więc sobie zreklamować bywalcom stacji7 tekst, jaki w ostatnim numerze ogłosił Zbigniew Nosowski. W naszym polskim Kościele, w którym na problematyce rodzinnej najlepiej znają się celibatariusze, Zbyszek od lat jest nie tylko przekonywującym teoretykiem ale i praktykiem prawdy, że małżeństwo jest fascynującą drogą do świętości. Że ludzie po to wiążą się ze sobą, po to by – jak głosi tytuł jednej z jego książek – iść „Parami do nieba“. Podczas gdy nasi zakoloratkowani bracia o rodzinie głównie niemiłosiernie nudzą, albo ją czymś straszą, mój mądrzejszy kolega, z benedyktyńską cierpliwością pokazuje, ile „poweru“ i zupełnie nowych mocy daje człowiekowi zanurzenie się w rzeczywistość, w której można wręcz poczuć (wiem, że upraszczam) to, co czuje Bóg.

Nosowski nie sugeruje (jak wielu), że pierwszą misją małżonków jest reprodukcyjny wyścig na maluchy, albo stałe wzbudzanie zdolności obronnych, pozwalających przetrwać moralną zagładę. Pokazuje, że małżeństwo to nie seria heroicznych zadań, a z czułością i uważnie przeżyta codzienność. To też nie zatracenie swojej osobowości, rozgotowanie się na kluchy w garze małżeńskiej miłości. O ile współczesne modele partnerstwa głoszą, że związek to nieustanne negocjowanie „ja“ z  „ty“, Zbyszek przypomina, że małżeństwie powstaje jeszcze trzeci, równoprawny byt, „my“. Który nie usuwa jednostki, nie ogranicza jej, nie kastruje, nie zmienia jej właściwości, pozwala jej jednak współstworzyć nowy świat, coś czego wcześniej nie było. I to owo „my“ (a nie jednostka, jak w całej reszcie świata) jest w naszej wizji podmiotem erotyki, jest miejscem w którym objawia się sam Bóg.

Małżeństwo daje szczęście

Nosowski tłumaczy raz jeszcze fundamenty sakramentu, zżymając się przy okazji na ostatni synod. Jego zdaniem skupiając się na emocjonalnej i prawnej stronie okołomałżeńskich zagadnień, nie skorzystał on z szansy dobitnego przypomnienia światu, że przede wszystkim jest ono dla dwojga duchową megaprzygodą. Pisze wręcz, że jest synodem rozczarowany. Nie tak, jak rozczarowani są koledzy „betoniarze“, albo „liberalsi“, biadający że ktoś przeciągnął linkę za bardzo w którąś stronę (sam chyba brałem udział w tej zabawie, biję się w piersi). Zasadniczy kłopot jest w jego ocenie taki, że debatom nad sytuacjami „nienormatywnymi“ poświęcono na nim dużo więcej czasu niż tym najbardziej powszechnym (w dokumencie końcowym o seksie jest mowa niemal wyłącznie wtedy, gdy chodzi o homoseksualizm), a nadmierna koncentracja na spieraniu się o praktyczne detale, przykryła dużo ważniejsze, bo zasadnicze pytania.

Nosowski zwraca uwagę na rzecz kapitalną: to małżeństwo jest sakramentem Kościoła, nie odmieniana przez wszystkie przypadki gdzie tylko się da rodzina. Nie ma więc sensownej rozmowy o rodzinie, jeśli nie zacznie się właśnie od małżeństwa, od dowartościowania i pokazania unikalności tej więzi, od pytań o to dlaczego i jak wiążą się dziś ze sobą ludzie, i dlaczego – to już moje dopowiedzenie – Kościół zdaje się najczęściej mówić o tej rzeczywistości językiem obojętnym dla większości katolików. Słowem: gdybyśmy choćby więcej zapału włożyli w to, by pokazać ludziom, jak piękna może być droga, ludzie rzadziej by się gubili. Jak się chce zmniejszyć liczbę wypadków, owszem – należy doposażyć pogotowie, ale przede wszystkim przeprowadzić szeroką akcję promowania przepisów, jako środka który daje człowiekowi szczęście, bo pozwala bezpiecznie dojechać do wymarzonego celu.

Małżeństwo daje szczęście

Tacy ludzie w Kościele są: świeccy (obok Nosowskiego, choćby Ewa i Marcin Kiedio, dużo młodsi ode mnie, autorzy wartej lektury książki „Osobliwe skutki małżeństwa“), księża i biskupi. Fajna robota robi się gdzieś na dołach. Instytucjonalna i wypowiadająca się oficjalnie góra – jak zwykle – zamiast pokazywać ludziom piękno chrześcijańskiego życia, woli grać w politycznego – medialnego ping ponga, tropiąc wrogów, piętnując partie i ich spoty, „przestrzegając“, „uwrażliwiając na zagrożenia“, „z zasmuceniem stwierdzając“, „apelując“, generalnie: zrzędząc.

Gdy czytam to, co o rodzinie mówi ostatnio przewodniczący polskiego Episkopatu – słowo daję, mam ochotę na wieki zostać singlem. Gdy czytam Nosowskiego, na singielstwo zaczynam patrzeć jak posiadacz trabanta, do którego kolega przyjechał w odwiedziny mercedesem. Podchodzi do okna, zerka zza firanki, nerwowo się kręci: źle mu przecież nie jest, ale tu jednak zupełnie nowy świat, możliwości, perspektywy. Że zmiana, że trzeba zainwestować? Ale może rzeczywiście niegłupio, ba – lepiej, by było inaczej?


Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas
Szymon Hołownia

Szymon Hołownia

Zobacz inne artykuły tego autora >
Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Piekielna nuda

Piekło to nie żaden tam zestaw szybkopalnych kotłów ani pośmiertne Alcatraz. To karuzela, na której kręci się w kółko grono mędrców przekonanych, że nikt poza nimi samymi nie jest im do szczęścia potrzebny. To elitarny klub ludzi zakochanych w sobie z wzajemnością.

Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Przy jednej z kolejnej okołohaloweenowo – wszystkichświętych dyskusji, znów słyszę ten sam argument: „A ja tam wolę iść do piekła, tam przynajmniej będzie ciekawe towarzystwo“.

Słyszałem już ten bon mocik ze trzy miliony razy. Zawsze wypowiadany jest niby żartem, mam jednak wrażenie, że pod spodem skrywa coś zupełnie innego niż ironiczny dystans, albo realną chęć zaznania wiecznego potępienia. Nie słyszę w nim ciągu na piekło, widzę w nim lęk przed niebem.

Czyż to nie fascynujące?!

Po dwóch tysiącach lat zmagań kapłanów, uczonych świeckich i katechizacji, doszliśmy do punktu, w którym znaczna część ochrzczonej ludzkości nie boi się piekła, ale nieba.

Piekło jest bowiem sobie w stanie wyobrazić. Przypuszczam, że dla większości z nas pachnie ono po prostu jak codzienność: będą jakieś małe zmartwienia, ale też małe radości, parę większych tragedii na każdy ludzki los, kilku fajnych ludzi i ocean sukinsynów, który rozkręca ten świat na czynniki pierwsze (ale my już wiemy, jak się przed nimi zabezpieczać).

Piekło umiemy zrobić sobie sami.

Niebo natomiast ma zrobić dla nas Bóg.

Obraz nieba, jaki człowiek w sobie nosi, jest więc prostą pochodną jego wizji Boga. Jeśli Bóg, którego ma w głowie jest wiecznie zrzędzącą ciotką albo przełożoną pensji dla panien, pilnującą by wszyscy wyglądali tak samo, byli potulni, wykrochmaleni, żeby mieli same obowiązki i broń Boże nie zaznawali żadnej przyjemności, dla takiego człowieka niebo będzie realnym koszmarem, piekło zaś mniejszym złem. Piekło to stare, znane śmieci, trochę trudności, średnie perspektywy, ale w sumie – spokój, niebo – niekończące się nabożeństwo, musztra, karmienie na siłę duchowym tranem (paskudny, ale ciocia mówi ci, że bardzo zdrowy) itd. Niebo ma być dla nas nagrodą? To chrzanić takie nagrody.

Pierwszym i zasadniczym krokiem do uzdrowienia w sobie wizji tego, co czeka nas po zakończeniu krótkiego, kilkudziesięcioletniego wstępu do naszego życia, jest więc natychmiastowe zastopowanie myślenia o Bogu w kategoriach wziętych z pedagogiki, ekonomii, marketingu, zarządzania, bezpieczeństwa narodowego etc. „Moje drogi nie są waszymi drogami, a moje myśli nie są waszymi myślami“, mówi Bóg.

Piekielna nuda

Słowem: człowieku, jeśli chcesz odzyskać smak na niebo, po pierwsze przestań wierzyć w Boga, którym sam byś był.

Po drugie. Nie dawaj wmówić sobie, że w niebie jest nudno, a w piekle jest ciekawie. Bo jest dokładnie odwrotnie. Niebo jest pełne fantastycznych, superciekawych osobowości, ludzi o wrażliwości tak rozwiniętej, że w ich towarzystwie nie będzie można nie czuć się wspaniale (wiem, co mówię, piszę właśnie książkę o świętych). Niebo to doskonała wolność (bo nie ma miłości bez wolności, miłość na smyczy, nawet złotej, to nie miłość, to tresura). Czysta przyjemność, radość, ekscytujące czekanie na koniec historii, po którym znów wrócimy na ten świat w ciele, żyjąc od tej pory życie, które pozbawione jest cierpienia, zła, chorób, głodu, życie które z nas i z naszych bliskich wydobędzie to, co najlepsze.

Czym jest piekło? Nie żadnym tam zestawem szybkopalnych kotłów, nie pośmiertnym Alcatraz. Piekło jest bezruchem i ciszą. Nie drogą, a karuzelą. Na której kręci się w kółko to samo grono mędrców przekonanych, że nikt poza nimi samymi nie jest im do szczęścia potrzebny.

Którzy tak przejęli się swoimi sądami, że uwierzyli, że ich myśli to rzeczywistość. Elitarny klub ludzi zakochanych w sobie z wzajemnością.

Piekielna nuda

Niebo to otwartość, relacja, miłość bliźniego, piekło to zamknięcie, brak relacji, miłość własna. Każdy z nas zna pewnie ludzi, którzy w pierwszym kontakcie bywają fascynujący, wybuchają niczym sztuczne ognie, ale gdy pobędzie się z nimi chwilę i poskrobie rozmową, ma się wrażenie, że tam naprawdę jest bieda z nędzą, a w dodatku przekonana, że jest wzorem metra z Sevre. To tacy ludzie mają realne szanse, by przechodząc przez śmierć nie zauważyć bramy do szczęścia, Jezusa. Naprawdę chcesz na wieczność takiego właśnie towarzystwa, kogoś kto nie słucha bo wyłącznie mówi?

Po trzecie. Nie dawaj sobie wmówić, że niebo jest odebraniem ci wolności, bo ono jest jej spełnieniem. Nigdy nie będziesz tak wolny, jak w niebie. Nie, to nie ten rodzaj wolności (wielu znanych mi ludzi naprawdę tak sądzi), którą cieszy się wykastrowany zwierzak, a ten owszem może sobie pójść w lewo albo w prawo, ale pewnych rzeczy już jednal ex definitione nie może.

Człowiek został stworzony dobrze, więc wszystko, w co został wyposażony przetrwa próbę śmierci. Wolna wola, umiejętność kochania, inteligencja, zmysłowość. Wszystko, co dobre będziesz mógł robić dalej. A tego, co niedobre po prostu nie będziesz już umiał chcieć. Poznasz, że to był nowotwór. Że tylko wybór dobra daje ci realną satysfakcję. Poczujesz wreszcie coś, co ziemskie szumy potrafią skutecznie zagłuszyć: że dobro daje autentyczną przyjemność, a genialny porządek jest znacznie bardziej kręcący niż największy artystyczny nieład.

Po czwarte. Nie myśl za dużo o tym, co cię czeka w niebie. Jasne, że gdy po długiej i znojnej podróży wracasz do domu, już wiele kilometrów wcześniej masz przed oczami swoją ukochaną poduszkę, a w nozdrzach woń umiłowanych pieczonych kartofelków.

Gdybyś rzeczywiście wsłuchał się w siebie, może odnalazłbyś tam wpisane w każdego z nas (to moja supozycja, nie teologiczna prawda, to ocieramy się już bowiem o tzw. teorię preegzystencji) wspomnienia z domu, z którego tych parę ładnych lat temu wyszedłeś, i którego z każdym dniem znów jesteś bliżej. Najważniejsze nie jest jednak to, jak on wygląda i CO w nim jest. Ważne, KTO w nim na ciebie czeka. A czeka ktoś, kto stworzył Wszechświat, który z trudem umieją ogarnąć ziemscy astronomowie i ktoś, kto kocha cię bardziej niż mąż, dzieci, ojciec i matka razem wzięci. Nawet nie próbuj więc sobie wyobrazić kreacyjnego potencjału, który na pewno włożył by przyjąć cię tam jak najlepiej.

Po piąte i wreszcie ostatnie: nie wierz więc w niebo, które sam byś sobie zrobił. Bo niebo, które człowiek sam by sobie zrobił, to właśnie jest definicja piekła. Nie możesz na niebo zapracować, więc to nie ty je wyposażasz i urządzasz. Na szczęście.


Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas
Szymon Hołownia

Szymon Hołownia

Zobacz inne artykuły tego autora >
Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >