Kto ma rację?

Niewierzący gromko domagają się dziś u nas, by katolicy szanowali ich system wartości i pozwolili im żyć po swojemu. Nie będę tłukł ich Dobrą Nowiną po głowie, chciałbym jednak prosić by mnie też nikt nie traktował z pogardą.

Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Kiedy ktoś podnosi lament, że męczy się w Polsce, która staje się państwem wyznaniowym, mam ochotę zaprosić go na pokład operującej również z warszawskiego lotniska linii Qatar Airways.

Każdy lot rozpoczyna się krótką, dobiegającą z głośników modlitwą do Allaha. Po wylądowaniu w Doha, stolicy Kataru, stewardesa przypomina, że trwa właśnie święty miesiąc Ramadan, a więc jedzenie i picie w miejscach publicznych za dnia (czyli mniej więcej od 3.30 w nocy do 18.30) jest zabronione. Pomijam takie drobiazgi, jak zakaz wwożenia przeróżnych produktów  (np. alkoholu). W magazynie pokładowym prośba, o to by na ulicy ubierać się i zachowywać skromnie, szanując dziedzictwo kulturowo – religijne (nie nosić krótkich strojów, nie całować się publicznie etc). W lokalnych gazetach na pierwszych stronach duchowe rozważania, podpowiadające jak zaskarbić sobie Bożą przychylność podczas jednej z dziesięciu ostatnich nocy postu.

Pisałem już wiele o zachodnioeuropejskich lotniskach, gdzie w kaplicach typu „multifaith“ (wielowyznaniowych), siedzę czasem sam przez godzinę w części chrześcijańskiej, podczas gdy w muzułmańskiej drzwi po prostu się nie zamykają. Co najmniej kilka razy w roku bywam w miejscach, gdzie jestem budzony przez odzywającego się przed świtem muezzina.

Kilka dni temu, gdy znów leciałem do Kataru zagadnął mnie steward katarskich linii, młody Polak. Zetknął się z moimi książkami, ze small talku szybko przeszliśmy do rzeczy ważnych. Chłopak powiedział mi, że życie w kraju muzułmańskim paradoksalnie umocniło jego katolicyzm. Przyniósł i pokazał mi zaczytane do bólu Pismo Święte, które zawsze ma ze sobą (podobnie jak wielu muzułmanów wozi ze sobą i na okrągło czyta Koran). Stwierdził, że owe słyszane kilka razy dziennie śpiewy muezzina traktuje jako skierowane również do niego wezwanie do modlitwy i zamiast psioczyć, że ktoś mu hałasuje, po prostu zaczyna chwalić Boga. Domyślam się, ile wysiłku musi włożyć ten człowiek w to, by mieć życie sakramentalne, chodzić do spowiedzi, na niedzielną mszę (o codziennej zapomnijmy) i zawsze w takich momentach jest mi głupio, że nie umiem być wdzięczny za to, że ja na każdym rogu ulicy i o każdej porze mam dostępne coś, na co moi bracia w inych częściach świata muszą czasem czekać tygodniami, mam za darmo coś za co oni płacą konkretną cenę.

Wyobraźmy sobie jednak teraz, co by było gdyby w LOT-owskim samolocie przed startem odczytywano „Pod Twoją obronę“. W piątki nie serwowano mięsa, a w święta kościelne zachęcano do udziału w nabożeństwach.

Jak rodacy reagują na kościelne dzwony, możemy co i raz przekonać się czytając medialne doniesienia o obywatelskich protestach i skargach na proboszcza, by dzwony wyłączył (swoją drogą, to fascynujące, że gdy ci w Europie tak przywiązani do swobód i wolności liberałowie, lecą zarobić pieniądze do krajów arabskich, pokornie poddają się wszystkim, nawet najbardziej wymyślnym religijnym regulacjom). Nie ma co gadać bzdur – lata świetlne dzielą Polskę od państw wyznaniowych w wersji soft (jak Katar), nie mówiąc już o wersji hard (jak choćby Arabia Saudyjska). Nie marzę o tym, by w takim państwie żyć. Ale – postanowiłem sprawdzić, czy nawet krótki pobyt w nim może mnie czegoś nauczyć (podobnie jak muezzin mojego nowego znajomego). Czy szybka kąpiel w teokracji może wzmocnić i zainspirować, „ubogacić“, moje przeżywanie demokracji?

Okazało się, że może.

Przypomniało mi, jaką wartość w życiu społecznym ma szacunek. Złapałem się na tym, że wjeżdżając do tego kraju nie zastanawiałem się jakie kary przewiduje on dla cudzoziemców np. za złamanie Ramadanu, bo nie muszę tego wiedzieć. Jeśli ktoś prosi by uszanować jego tradycję, to – jeśli nie łamie to mojego kręgosłupa – po prostu to robię.

Nie muszę rozumieć, podzielać zdania, przyznawać racji, stosując się do zasad Ramadanu nie czczę Allaha, ale okazuję moją braterską miłość drugiemu człowiekowi (chciałbym jedynie, żeby i mi w krajach arabskich ją okazywano, gdy robię znak krzyża na ulicy albo wyciągam Biblię, ale cóż – ja odpowiadam za swoje życie, mam dość swoich grzechów, przeżywanie grzechów cudzych mnie nie kręci).

Zostawmy państwa wyznaniowe, wróćmy do Polski. Niewierzący gromko domagają się dziś u nas, by katolicy szanowali ich system wartości i pozwolili im żyć po swojemu. Ja, w przeciwieństwie do niektórych moich kolegów, nie będę tłukł ich Dobrą Nowiną po głowie, chciałbym też jednak prosić by mnie też nikt nie traktował z pogardą (jak to ostatnio uczyniła to choćby nieznana mi osobiście, Kinga Dunin). Mam dokładnie takie samo prawo do swoich przekonań jak oni. Coraz bardziej żenuje mnie obserwowanie dwóch obozów drących się coraz głośniej, że to nasi mają rację. Nic się nie zmieni na lepsze, nie posuniemy się ani o krok, nie uratujemy ani jednej matki, ani jednego dziecka, jeśli, my, chrześcijanie, nie zaczniemy wygrywać w innej konkurencji: w okazywaniu szacunku.

Dlaczego to takie ważne? Bo świat widział już wielu, którzy mieli rację. Orygnialność i realna moc chrześcijaństwa polega zaś na tym, że w nim prawda tożsama jest z miłością.

Jeśli pokazujemy komuś prawdę, a nie okazujemy mu miłości, głosimy siebie, a nie Boga, w imieniu którego walczymy. Jeśli okazujemy mu miłość, prawda sama wyjdzie na jaw i pokaże się z siłą, z jaką sami nie bylibyśmy nigdy w stanie jej wyrazić.

Kto ma rację?

Przykład: proszę sobie wyobrazić, co by było gdybyśmy swoje (słuszne) stanowisko w okołoaborcyjnym sporze eksplikowali nie w formie jeremiad, lamentów, potępiania, podjazdów personalnych, całej tej poetyki atomowej wojny o pokój? Gdyby chrześcijanie pokazywali się w tych dniach jako ci, którzy będąc przekonani do swojej racji, dadzą się wypowiedzieć drugiemu, nie dają się sprowokować, nie przekrzykują rozmówców, a po prostu punkt po punkcie rozmontowują jego argumenty (z doświadczenia wiem, że druga strona ma ich bardzo mało, choć pozuje na „racjonalną“, błyskawicznie ucieka w emocje). A gdy owa druga strony rozmowy odmawia? Krzyczenie, że to tchórzliwi zabójcy niczego nie zmieni. Zmieni konsekwentne pozwalanie by prawda okazywała się przez miłość. W rozmowie, wtedy gdy trzeba dokonać wyborów i ponieść ich konsekwencje, ale przede wszystkim – w praktyce, w pokazaniu światu, że umiemy nie tylko pięknie gadać, ale też pięknie robić.

Ludzie śledzący ten konflikt z dystansu, tak jak nie byli ślepi w czasach Jezusa, tak nie będą ślepi i teraz. Dostrzegą, że Prawda jest tam, gdzie jest Miłość. Tego, kto jest pewien swojej racji można poznać po spokoju i szacunku (Jezus miał go nawet wobec odbierającego mu życie Piłata), miota się (znów – jak choćby Piłat) ten, kto się z prawdą minął.

Wesprzyj nas
KUP Z RABATEM! - 52 furtki do nieba
Szymon Hołownia

Szymon Hołownia

Zobacz inne artykuły tego autora >
Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Nasi są wszędzie

Kilka tygodni temu pisałem o fascynującej przygodzie, jaka spotkała mnie na porannej mszy w warszawskiej bazylice Świętego Krzyża. Okazuje się, że charyzmat trafiania na liturgię, w której uczestniczą wierni zgoła niestandardowi, chyba mi się utrwala.

Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Nasi są wszędzie

Podczas ostatniego pobytu w Rzymie wybrałem się na poranną eucharystię do znajdującego się jakieś dwieście metrów od Placu św. Piotra kościoła Ducha Świętego, który obecnie jest też rzymskim sanktuarium Bożego Miłosierdzia. Poszedłem tam nie będąc pewien, czy uda mi się później tego dnia uczestniczyć we mszy w Bazylice św. Piotra, a ponieważ ostatecznie mi się udało, jestem zdania, że to czego doświadczyłem wcześniej, było potrzebne żeby otworzyć mi oczy i nosi znamiona eschatologicznego objawienia.

Już gdy wszedłem (jakieś dziesięć minut przed dzwonkiem) uwaga wiernych w świątyni orientowała się na dwa wyraziste punkty. Jednym był siedzący w prawej nawie człowiek w średnim wieku, który z dynamiką Piotra Skargi wygłaszał właśnie kazanie (po polsku) do siedzących w nawie lewej i udających, że to nie do nich, grupki czterech kleryków albo księży (zdradzały ich koloratki). Profesjonalnie modulował głos, to groźnie karcił, to – niemal zawodząc – błagał, pozwalał wybrzmieć retorycznym pauzom, wymachiwał zawieszoną w powietrzu ręką wyciągniętą w stronę biednych przedstawicieli kleru (drugiej nie mógł użyć, bo wypadłby z ławki). „Czcicie Jana Pawła II, a o świętej Faustynie zapominacie! Ale ona nie zapomni o was, o nie! Boże Miłosierdzie dosięgnie wszystkich, dlaczego wy księża tego nie głosicie?! No dlaczego? Ale Faustyna nierychliwa, ale sprawiedliwa. I Bóg też. I znajdzie was. Więc lepiej już głoście Boże Miłosierdzie, bo jak nie, to biada wam, księżyki!!!“.

W chwilach, gdy kaznodzieja zawieszał się w poszukiwaniu nowej, pobożnej frazy, którą mógłby wystrzelić w duchowieństwo (które zupełnie nie rozumiało, o co gościowi chodzi, gdyż było to duchowieństwo raczej cudzoziemskie), słowo daję, widziałem oczami duszy co najmniej kilku znanych mi homiletów. Ten człowiek idealnie odegrał i patetyczny ton, i emocje (ludzie zawsze lepiej słuchają, gdy się ich straszy, niż gdy się ich uczy), a treściowa zawartość też była tym, co wciąż za często słyszymy z naszych ambon: zatykającej szczelnie uszy ogólnopobożnościowej pianki.

fot. John

W lewej nawie miała jednak miejsce sytuacja o wiele ciekawsza. Mężczyzna po trzydziestce, włosy w kitkę, ubrany jak zamożniejszy turysta, markowe sandały, dobry plecak.

Nigdy nie widziałem podobnego spektaklu. Ów człowiek podchodził do każdego po kolei bocznego ołtarza (w tym kościele jest ich osiem), a podchodząc reagował dosłownie jak dziecko, które wita się z niewidzianymi całe lata rodzicami. Gdyby nie kamienne balaski, przytulałby się pewnie do widniejących w ołtarzach obrazów. Najpierw promiennie się uśmiechał, później dosłownie drżąc cały z ekscytacji, rozkładał szeroko ręce, potrząsając nimi jakby widział, że postaci Maryi czy świętych, biegną by się z nim przywitać. Nie da się tego oddać w piśmie, gdyby w tym niemym filmie były jednak słowa, musiałaby pewnie brzmieć jakoś tak: „Och, o matko, o mój Boże, a kogóż my tu mamy!!! Jejku, czy wy wszyscy to widzicie?! Toż to sam Święty (dajmy na to Józef)! Mój kochany święty Józef! Fantastycznie! Tyle lat! Przyjacielu! Wspaniale! Jak ja się cieszę! No co za przygoda, co za spotkanie! Kochany święty Józef! Aaaaaa! Cudownie!!!“

Gdy coś go szczególnie wzruszyło – wyciągał ręce na wprost obrazów, jakby oddawał się im, albo chciał o coś prosić. Ołtarz po ołtarzu, przed każdym ta sama pantomima. Dosłownie oniemiałem. Nie mogłem oderwać od niego wzroku. Pierwszy raz zobaczyłem na własne oczy, co musi dziać się ze świętym człowiekiem po śmierci. Ten człowiek przecież po prostu zwiedzał raj!

Pierwszy z mężczyzn przypomniał mi zaś, czym ów raj różni się od ziemi. I tu i tu relacja z innymi. W raju jednak wyszukująca w innym bycie piękno, dobro, wszystko co najlepsze i zachwycająca się tym. Na ziemi – skoncentrowana na stronie ujemnej, na wypominaniu tego, czego brakuje. Nie można wykluczyć, że ślady takiego myślenia leżą też u fundamentów piekła.

Dwóch mężczyzn (pominąłem starszą panią w seledynowym sweterku, różowych legginsach w Smerfetki i wielkiej kwiecistej konstrukcji na głowie, ale ona niczego mi nie objawiła), jak większość osób które na tym świecie dotknęła choroba i które swój czyściec przerobiły na ziemi, po śmierci z pewnością trafi do nieba. A ja muszę modlić się o to, bym mógł ich, pędzących już niebieską autostradą dogonić, bym mógł ich tam kiedyś spotkać. Wraz z całą trójką trafić ostatecznie do tej lewej nawy.

Wesprzyj nas
KUP Z RABATEM! - 52 furtki do nieba
Szymon Hołownia

Szymon Hołownia

Zobacz inne artykuły tego autora >
Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >