Książę czy płód? (04.12.2012)

Od dwóch dni nie da się czytać brytyjskich gazet i portali. Wszędzie na pierwszym miejscu jest księżna Cambridge i jej spowodowane ciążą mdłości. To co wszystkie inne kobiety na świecie przeżywają w domu lub w biegu, tu zdążyło już urosnąć do rangi większej niż otwarcie Olimpiady.

Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Książę czy płód? (04.12.2012)

Od dwóch dni nie da się czytać brytyjskich gazet i portali. Wszędzie na pierwszym miejscu jest księżna Cambridge i jej spowodowane ciążą mdłości. To co wszystkie inne kobiety na świecie przeżywają w domu lub w biegu, tu zdążyło już urosnąć do rangi większej niż otwarcie Olimpiady.

Niegroźne i klasyczne w tym stanie poranne wzbieranie na wymioty opisywane jest językiem zarezerwowanym dotąd dla wirusa Ebola czy SARS, w amoku pogrążyło się nawet BBC, które na swoim portalu zrobiło zakładkę "Czym są mdłości?", prosząc o komentarz najwybitniejszych ekspertów.

Redakcje na Wyspach w panice szukają teraz pewnie medyków, którzy będą w stanie fachowo relacjonować każdą minutę ciąży, dietetycy każdego dnia radzić będą, co jeść poza kiszonymi ogórkami oraz czekoladą. Oczami duszy widzę już reasercherów w panice googlujących pediatrów specjalizujących się w niemowlęcych wypróżnieniach oraz czkawce, by gdy potomek już przyjdzie na świat, można było nadal szyć ile wlezie, uciekając od przykrej prostoty faktu, że dziecko każdego dnia będzie po prostu o dzień starsze. No ale to żaden news, nieprawdaż (isn't it).

Kiedy patrzę na tę cudną histerię, na płynące z całego świata gratulacje, na ogólnobrytyjskie debaty jakie imię byłoby najwłaściwsze dla królewskiego potomka, na prenatalne koronacje, wypominanie że potencjalnie już jest Głową Commonwealthu i Kościoła Anglikańskiego, zastanawiam się co sprawia, że niektóre dzieci na identycznie tym samym etapie rozwoju dla nowoczesnego brytyjskiego społeczeństwa i jego mędrców są jedynie "tkanką ciążową", inne – jak ten maluch – są zaś z miejsca i bez wątpliwości traktowani jak pełnoprawni ludzie.

Czy Brytyjczycy, u których aborcja jest dopuszczalna do 24. tygodnia ciąży, uznając przez aklamację w niespełna 12. tygodniowym potomku Kate i Williama wyczekiwane przez wszystkich dziecko naprawdę nie widzą swojej hipokryzji? Przecież gdyby to był – jak wynika dziś z obowiązującego prawa – książęcy zarodek albo płód nie wybieraliby mu imion, szkół, tytułów, czekaliby do 24. tygodnia, gdy formalnie stanie się człowiekiem. A co by było, gdyby książęca para zdecydowała się, wzorem dziesiątek tysięcy swoich rodaków, nie kontynuować ciąży? Też biliby brawo, ciesząc się że zwyciężyła wolność, czy mieliby realne, dojmujące poczucie straty? Na tym przykładzie, gdy ludzie odłożyli na bok modernistyczną propagandę i polecieli za naturalnym instynktem, znakomicie widać jak absurdalne są próby wyznaczania arbitralnych granic przed którymi mały człowiek nie zapracował jeszcze na ludzkie prawa. Fajnie jest śmiać się ze świętego Tomasza, wyznaczającego wieki temu dokładnie dzień tchnięcia w zarodek duszy, nie widząc, że samemu, w XXI wieku, robi się dokładnie to samo.

Jestem też jednak w miarę pewien, że nawet jeśli w kimś taka refleksja się obudzi i ciąża z przypadłości społeczno – medyczno – prawnej, znów stanie się dlań doświadczeniem pięknej (choć pewnie nie zawsze łatwej) tajemnicy wpuszczania na świat zupełnie nowego życia, nową (starą) myśl szybko zakopie pod zwałami komercyjnej obsesji, która teraz nas czeka. Z całego serca szczerze współczuję księżnej Kate, bo najbliższych kilkanaście lat ma z głowy i jeśli nie chce zwariować będzie musiała je spędzić pod szczelnym kordonem odcinającym ją od mediów, które zabijać się będą o zdjęcia księżnej z brzuszkiem, z porodu, z połogu, z pierwszych urodzin nowego króla (lub królowej) Anglii. Wielokrotnie słyszałem od znajomych Brytyjczyków, od taksówkarzy, sprzedawców, urzędników jak bardzo kochają Kate i Williama, ciekawe czy wystarczy im teraz rozsądku by miłości nie zamienić w regularny stalking, tyle że niekaralny, bo owinięty w pieluchę patriotyzmu. Za kilka dni będę w Londynie, spodziewam się pierwszych objawów wysypu wszelkiej maści koszulek, talerzyków, zdjęć i zdjątek, to jeszcze jednak pół biedy. Bo co strzeli do łba tabloidom?

Jeszcze jedno. Tak się zabawnie składa, że wiadomość o książęcej ciąży przychodzi tuż przed Bożym Narodzeniem. Myślę, że Jezus już doskonale zdaje sobie sprawę, że w tej konkurencji akurat na Wyspach nie ma w tym roku szans. To, że rodzi się Bóg (bo u Boga nie ma czasu, to co działo się u nas dwa tysiące lat temu dzieje się i dzisiaj) musi ustąpić przed tym, że dwoje sympatycznych młodych ludzi spodziewa się swojego dziecka. Teoretycznie chciało by się ciskać gromy, lamentować, po raz kolejny snuć refleksje o tym, że ludzie gapią się na to co błyszczy, a nie na to gdzie rzeczywiście jest Sens. Zamiast tego dwie inne myśli. Po pierwsze – Jezus jak widać doskonale wiedział co robi przychodząc na świat w miejscu i czasie (i klasie społecznej), które dawały szansę na skoncentrowanie się na Jego nauce a nie na transmisjach "live" z porodu czy pierwszej wyprawy do przedszkola. Po drugie – a co jeśli urodził się właśnie tak, by nikogo Sobą nie zasłaniać i podnieść narodziny każdego człowieka do rangi sakramentu? Dać ludziom prawo do tego by niezależnie od kondycji w jakiej żyją przeżywali radość jaką daje przychodzące na świat nowe życie tak, jakby była to radość z narodzin Boga – bo skoro Król urodził się w żłobie nie ma na świecie dziecka, które niezależnie od tego w jakich warunkach się rodzi, nie byłoby królem.

Nie tęsknię za tropieniem szczegółów z wczesnych etapów życia Jezusa. Nawet Zbawca dał sobie prawo do tego by tajemnicę wchodzenia w ten świat uczynić prywatną sprawą rodziny, tam nie ma miejsca, nawet na najbardziej pobożnych, czy oddanych gapiów. Rodzice pochylający się nad dzieckiem to świat sam w sobie, to liturgia największego święta, bo przecież Bóg jest życiem. Z całego serca zdalnie życzę Kate i Williamowi, żeby tego święta doświadczyli. I żebyśmy nie popsuli im go natręctwem.

Wesprzyj nas
Szymon Hołownia

Szymon Hołownia

Zobacz inne artykuły tego autora >
Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Wierzę, że nie wierzę, że wierzę (30.11.2012)

30.11.2012

Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Już jest! Beaujolais Nouveau polskiego ateizmu! W Warszawie, na ulicy Czerniakowskiej, tuż przy Pepsi Arenie (dawniej stadion Legii) wypatrzyłem dziś pierwszy billboard z hasłem "Nie wierzysz w Boga? Nie jesteś sam!" i niebiańskimi chmurami w tle.

Billboard bardzo ładny, porządna tania kopia tych, które wisiały już w Londynie, czy w Stanach. Zawsze gdy je widzę, zastanawiam się jednak, kto je wiesza. Przecież gdyby to byli ateiści, to chyba nie chciałoby im się wywalać takiej kasy na poinformowanie świata, że w tych chmurach nie ma czegoś, czego i tak nie ma (bo gdyby wcześniej było, a później to się zmieniło, to jeszcze rozumiem). Prawdziwy ateista powinien chyba mieć całą tę religijną mitologię centralnie w nosie, a nie definiować się (i to publicznie) przez jej negowanie.

Ja naprawdę nie rozumiem, dlaczego owi ateiści mogliby oni wieść sobie spokojnego życia, zamiast biegać za mną i krzyczeć z pasją: "Romek, Romek, a ty jesteś głupi, bo tego w co ty wierzysz, to nie ma, bo ja w to nie wierzę! Aha!" Co ich tak świerzbi? Ów Bóg, którego nie ma? I czy oni nie widzą, że uciekając od religii, konstruują własną? Z własnym aktem wiary, kapłanami, z Kościołem do którego teraz trzeba się zapisać ("nie jesteś sam") i nową uliczną ewangelizacją,? Którą ja z kolei mogę zanegować kolejnym billboardem z napisem "Bóg jest"? Prychając chcieliby z wyższością wypisać się z relijnego dyskursu, ale plakat po plakacie, akcja po akcji brną weń coraz głębiej. Zaprawdę, wiem co mówię – mamy najbardziej wierzących ateistów na świecie.

Patrząc na ten billboard mam wrażenie, że wszystkie te "ubezbożniające" kampanie mają się tak do myśli i przeżyć prawdziwych ateistów – porównanie formalne, nie merytoryczne – jak tzw. kultura gejowska do osób homoseksualnych. Większość z tych, które znam z ogromną dezaprobatą patrzy na przerysowane happeningi tych, którzy orientację wnoszą na sztandary, robiąc z tego sposób na swoje publiczne życie. Czują tu fałsz. Coś odklejonego od prawdziwego życia, postaw, pytań. Wydarzenie z dziedziny PR i ideologicznego lansu.

Na ten trop wskazywałyby podnoszone w Internecie sugestie, że za tymi billboardami stoją ludzie pana Janusza, obrotowego technokraty polskiej sceny, który jeszcze pięć lat temu sławił JP2, ale później wyszło mu pewnie z badań, że na lewicy jest więcej miejsca, więc został przykładnym lewakiem. Nie można wykluczyć, że za kolejnych pięć lat pan Janusz ustali, że teraz warto okopać się na wsi, zapuści wąs na Witosa i poruszy nas głęboką opowieścią o tym jak nawrócił się z homarów na ziemniaki, póki co jednak będzie uważnie badał, które z inwestycji przyniosą mu zyski wymierne w wyborczych procentach. Bardzo jestem ciekaw, czy uda mu się coś ulepić na wmawianiu ludziom, że dziś żeby zaistnieć (na billboardzie czy w życiu) nie trzeba mieć żadnego konstruktywnego programu, wystarczy powiedzieć: "nie zgadzam się z przedmówcą". I tyle.

Wesprzyj nas
Szymon Hołownia

Szymon Hołownia

Zobacz inne artykuły tego autora >
Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >