Królowej jordańskiej kłaniajmy (się)

To zdjęcie „zrzuciłem” sobie na desktop komputera i przyglądam mu się od kilku dni. Papież Franciszek podczas oficjalnej wizyty w Watykanie jordańskiej pary królewskiej królowi uścisnął dłoń, a przed królową Ranią dodatkowo lekko się skłonił.

Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Królowej jordańskiej kłaniajmy (się)

Komentatorzy oszaleli – przecież to papieżowi wszyscy mają się kłaniać, on nie kłania się nikomu. I tak poszliśmy przecież w Kościele na wyraźnie ustępstwa, od gości nie wymaga się dziś by całowali papieski pantofel (w średniowieczu było jeszcze „grubiej”: w trakcie ceremonii koronowania cesarza kandydat do korony najpierw całował papieża w odsłonięty brzuch, a następnie w usta). Poza tym królowa to przecież świecka władza! I kobieta (na dodatek – o  zgrozo – dość piękna)!

Czy gest papieża to wstęp do rezygnacji z roli duchowego przywódcy świata, albo do (o matko) nawet kapłaństwa kobiet? Poza tym: Rania to przecież – muzułmanka. Czyli co, aż tak ustąpiliśmy? Czyli, że my chrześcijanie, już nie jesteśmy najfajniejsi? Czyli że papież zamiast „Anioł Pański” co drugą niedzielę, na zmianę, będzie teraz ze swojego okna recytował „Allah akbar”?

A co jeśli rzeczywistość jest prostsza? Jeśli papież zachował się po prostu odruchowo jak dobrze wychowany mężczyzna, który na widok zacnej pani, lekko skłania głowę, żeby okazać jej szacunek, radość z wizyty i żeby w ogóle było jej miło (przypuszczam, że gdyby ten papież wychował się w naszym kręgu kulturowym mógłby nawet królową „buchnąć w mankiet”)? „Prymarne” jest dla niego nie spotkanie dwóch funkcji, ale dwojga ludzi.

Królowej jordańskiej kłaniajmy (się)

Papież Franciszek całujący stopy młodocianych więźniów w Casal Del Marmo © L’Osservatore Romano/Corbis

Okazuje się, że papież najpierw jest człowiekiem, później mężczyzną, następnie chrześcijaninem, a w końcu – papieżem. Że jakakolwiek sprawowana w Kościele funkcja nie robi z człowieka laboratoryjnego ekstraktu z Jezusa, ucieleśnienia kościelnych reguł i prawideł. Franciszek przypomina i tym, co dziś w Kościele widzą tylko wrogą instytucję i tym, co „podjarani” Nową Ewangelizacją zaczynają z głoszenia Pana robić nastawioną na efekty kampanię reklamową: chrześcijanin to człowiek, mówiący drugiemu: spotkałem niezwykłego Człowieka!

Dlatego Franciszek cmoka w oba policzki nienawidzącą go dotąd szczerze prezydent Kirchner (aż ta zszokowana wyznaje, że jeszcze nigdy nie całował jej żaden papież”), dlatego daje się cmokać prezydent Brazylii Dilmie Rouseff, dlatego – nie zważając na protesty tych, co chcieliby z żywego katolicyzmu zrobić Muzeum Odczłowieczonych Symboli Religijnych, myje nogi osadzonej w więzieniu młodej muzułmance z Serbii, a Szwajcarowi czuwającemu nad snem Jego Świątobliwości robi kanapkę z dżemem.

Nad tymi gestami nie ma co prychać i sprowadzać ich do ckliwych „kwiatków”, może czas wreszcie zmierzyć się z myślą, że to co robi Franciszek to nie sentymentalne zagrania pod publikę, a konkretna wizja Kościoła i ewangelizacji. Tak, opowiem światu o Chrystusie. Ale najpierw stworzę do tej rozmowy warunki: przywitam się i zaproponuję herbatę.

Królowej jordańskiej kłaniajmy (się)

Świat już słyszał, że katolicy mają nabitą bibliotekę, teraz niech się dowie, że umieją się zachować również w przedpokoju (który do tej biblioteki prowadzi). Nie wyznaczam Franciszkowi roli odźwiernego, zachwyca mnie w nim jednak to, że mogąc siedzieć na ołtarzu w kaplicy zdecydował się wyjść na próg domu i zapraszać doń wszystkich, którzy mają na to ochotę. Nie opiera przekonania o sile Kościoła na procedurach badania zawartości cukru w cukrze, a wiarygodności Ewangelii na tym czy ktoś pocałuje lewy but papieża czy też nie. Ma luz właściwy człowiekowi, który wie, że Kościół opiera się na Bogu. Że to On daje wzrost, my możemy jedynie siać. Ma też – to strasznie ważne – więcej zaufania do człowieka, w tym do siebie samego. Bo naprawdę – czy ja będę mniej chrześcijaninem przez to, że wyślę muzułmaninowi życzenia z okazji zakończenia Ramadanu (a to właśnie zrobił papież w tym roku)?

Franciszek wysyła w świat komunikat, że jest tak pewny tego, w co wierzy, że nie boi się że ktoś go czymś skazi (bo tylko człowiek niepewny swoich racji jest spięty). Ten papież nie zniesie celibatu (i słusznie), nie wykluczam jednak, że będzie chciał o nim rozmawiać. Znów: pewien, że jeśli mamy argumenty, nie mamy się co takiej rozmowy obawiać.

Królowej jordańskiej kłaniajmy (się)

Modlę się dla Franciszka o jak najdłuższe życie, wystarczająco długie, by to co dziś wydaje nam się ekstrawagancją, zdążyło stać się normą. Żeby zdążył nas, śmiertelnie zmęczonych rolą stróżów ideologii walczących z całym światem, na powrót zarazić zdrowiem. Chrześcijaństwo to człowiek, który mówi drugiemu człowiekowi, że nie ma śmierci, że jest kochany i że dobrze dla człowieka jest dobrze (z Bogiem) żyć.

A tak już zupełnie BTW – wyobrażacie sobie co by było, gdyby sprawa z tym żałosnym nuncjuszem z Dominikany rozlała się w mediach rok temu? Powszechnie uznano by to za gwóźdź do trumny Kościoła: dziś dzięki temu, że Franciszek tak skutecznie przypomina światu, że Kościół to ludzie, a nie tylko instytucja – sprawy wracają do właściwej sobie miary: stwierdzono fakt, zanotowano że jest proces, jest w miarę poważna rozmowa, nie ma rozhisteryzowanej ekscytacji czy absurdalnych generalizacji. A przynajmniej jest ich dużo, dużo mniej.

Szymon Hołownia

Szymon Hołownia

Zobacz inne artykuły tego autora >
Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Ostrożnie z rogami

Siedzę spokojnie za granicą, otwieram internet, a tu: „łup“. Oto koledzy ze środowiska, które jeszcze rok temu walcząc z głupimi okładkami „Newsweeka“ zapewniało, że będzie ostatnim szańcem jakości i godności w mediach, dziś prześcigają kolegę Lisa robiąc w piśmie „W sieci“ okładkę tak niegodną, że mój były kierownik może spokojnie zacierać ręce: jego konkurencja sama, dobrowolnie, bez walki, pozbyła się tytułu do mówienia: a my nie jesteśmy publicystycznym tabloidem. Otóż już jesteście.

Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Ostrożnie z rogami

Uwielbienie dla księdza Bonieckiego nie obowiązuje w Kościele pod sankcją grzechu. Nie ze wszystkimi jego opiniami się zgadzam, strasznie irytowało mnie robienie zeń symbolu Kościoła „fajnego i miłego”, czasem mam wrażenie, że celowo prowokuje, w niczym co robi nie potrafię jednak znaleźć niewierności Bogu. On ma inne metody, inny styl, może więcej cierpliwości do gadających głupoty ludzi (dowiemy się po tamtej stronie, czy on miał jej za dużo, czy to ja miałem jej za mało) – oceniajmy to sobie jak chcemy, podajmy argumenty, pozwólmy odpowiedzieć. Ale walenie teraz w starego, zasłużonego księdza, podsumowywanie pół wieku jego kapłaństwa okładką, na której dorabia mu się diabelskie rogi i mianuje „Adwokatem diabła” to po prostu żenująca dziecinada.

Nie wiem, co kierowało redaktorami „W sieci“. Są dwie opcje. Pierwsza: doszli do wniosku, że skoro wszyscy robią na okładkach dom publiczny, to oni też nie będą gorsi, bo czytelnicy to debile i nie chcą już kupować rzeczy lepszych. Druga: doszli do wniosku, że ich nie obowiązują zasady, bo to oni tu obowiązują, więc sami będą nadawać moralne znaki otoczeniu. Obrzydliwe reklamowanie durnego portalu randkowego wizerunkiem Lecha Kaczyńskiego potępią (i słusznie) za chamstwo, ale gdy oni swojego ideowego przeciwnika potraktują równie nie fair na okładce – wtedy chamstwo nagle się „uszlachci”, w ich rękach stając się metodą uprawiania „niepokornego dziennikarstwa”.

Ostrożnie z rogami

„Niepokorni dziennikarze” przypominają ważną duchową prawdę: od braku pokory tylko krok do pychy. Do wskazania na siebie, jako na źródło wartości, moralności i piękna, do modlitwy: „Boże, dziękuję Ci, że nie jestem jak ten grzesznik”. Chcę wierzyć, że koledzy z „W sieci“ nie uwierzyli jeszcze, że są Prawdą, że zaliczyli po prostu wypadek przy pracy – ot, chcieli sprzedać więcej gazety, to zrobili hardkorową okładkę, by przyciągnąć do tekstu.

Zaryzykowali, i jeśli idzie o mnie – przegrali. Roman Graczyk (autor materiału wewnątrz numeru) to mądry gość, ale żeby nie wiem jak dobry był towar, gdy reklamowany jest niezgodnie z moimi zasadami – stosuję bojkot konsumencki i po niego nie sięgam. Sorry, panie Romku, zawinęli pana w coś, czego trochę brzydzę się odwijać. Nie pogadamy tym razem.

 

 
Szymon Hołownia

Szymon Hołownia

Zobacz inne artykuły tego autora >
Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >