video-jav.net

Krawatem w kałacha

Każdemu wolno patrzeć na Sapeurs jak na pajaców, którzy zamiast wydawać pieniądze na lepszy dach, odkładają latami, by ściągnąć z Europy jakąś zdobną spinkę albo zaskoczyć świat zdobnym fontaziem. Ale uwaga: bieda nie sprawia, że ludzie są już wyłącznie organizmami, oni nie przestają być ludźmi!

Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

1/6
fot. Daniele Tamagni
fot. Daniele Tamagni
2/6
fot. Daniele Tamagni
fot. Daniele Tamagni
3/6
fot. Daniele Tamagni
fot. Daniele Tamagni
4/6
fot. Daniele Tamagni
fot. Daniele Tamagni
5/6
fot. Daniele Tamagni
fot. Daniele Tamagni
6/6
fot. Daniele Tamagni
fot. Daniele Tamagni
poprzednie
następne

Odkąd wpadł mi w ręce album „The Gentlemen of Bacongo” włoskiego fotografa Daniele Tamagniego – zakochałem się w nich dosłownie od pierwszego wejrzenia. Szukam teraz okazji, by zabrać się najbliższym transportem do Kongo – Brazzaville (czyli tego mniejszego Kongo, które kiedyś było kolonią francuską, większe – dziś Demokratyczna Republika Konga, było belgijskie) i spotkać ich na żywo.

The Sape, znani także jako Sapeurs, (SAPE: Society for The Advancement of People of Elegance, Towarzystwo Popierania Eleganckich Ludzi, ja będę nazywał ich dowcipnie: saperami) działają w obu Kongach, podobno pojawiają się też w innych częściach Afryki (widywani są też w Europie, gdy wyruszają na saksy nie porzucają swojego stylu). Żyją na biednych przedmieściach, ale ubierają się i zachowują jak paryscy dżentelmeni z początków XX wieku, chicagowska elita lat 30., albo – jak to zgrabnie określił Chris Sullivan w poświęconym im tekście na sabotagetimes.com: do stylu edwardiańskiego dodają odrobinę LSD i przyprawiają to odrobiną szaleństwa lat 80.

1/5
fot. Daniele Tamagni
fot. Daniele Tamagni
2/5
fot. Daniele Tamagni
fot. Daniele Tamagni
3/5
fot. Daniele Tamagni
fot. Daniele Tamagni
4/5
fot. Daniele Tamagni
fot. Daniele Tamagni
5/5
fot. Daniele Tamagni
fot. Daniele Tamagni
poprzednie
następne

Z pewnością wydają więcej na swoje ciuchy (i obowiązkowo niezapalone cygara), niż na domy, auta czy komórki. Na szarobrudnym tle swoich rodzinnych „shantytowns” (coś, co w Ameryce Łacińskiej nazywano by pewnie favelami, a u nas – brutalnie – slumsami), panowie odziani w różowe garnitury z idealnie dobranymi granatowymi dodatkami (krawat mógłby być jeszcze w seledynowe grochy – Sapeurs ortodoksyjnie przestrzegają zasady, że nie należy łączyć ze sobą więcej niż trzech kolorów), wyglądają naprawdę jak przybysze z księżyca.

I o to właśnie chyba im chodzi. Wysiłek finansowy, organizacyjny i talent, jaki wkładają w skomponowanie stroju surrealistycznego jak na dyktowane przez otoczenie warunki, jest nie tylko aktem artystycznym, jest deklaracją światopoglądową. Absurdalnie ładne ciuchy w Europie bywają znakiem pychy, w Kongo – pacyfistyczną formą wyrażenia sprzeciwu wobec świata opartego na przemocy, wyzysku, nierównościach i chamstwie.

To przecież jeden z najbardziej udręczonych rejonów Afryki. Saperzy ludziom, którzy na co dzień oglądają brud i krew, chcą pokazać punkt odniesienia, nie pozwalają im zapomnieć, że człowiek jest stworzony do piękna. Członków stowarzyszenia obowiązuje też wysoka etykieta: precyzyjnie opisany sposób zachowania, chodzenia, rozmowy, wszystko podporządkowane jest jednemu celowi: cierpliwemu aplikowania szalejącemu w drgawkach światu zastrzyków z elegancji.

Saperzy mają w Kongo status celebrytów. W charakterze umajenia są zapraszani na rodzinne uroczystości – śluby czy pogrzeby, w większości są katolikami, na niedzielne msze chodzą w swoich strojach niczym członkowie zakonów rycerskich. Próbują się do nich łasić politycy, powoli zaczyna zachwycać się nimi show business (patrz teledysk „Losing you” piosenkarki Solange, siostry Beyonce, w którym Sapeurs występują co prawda w podkapsztadzkich „shantytowns”, ale te miasta na marginesach świata, wyglądają w całej Afryce mniej więcej tak samo). Mieszanie się do polityki nie jest jednak wśród saperów mile widziane, oni muszą wszak pozostać wierni zasadzie, z którą politycy (nie tylko w Afryce) mają problem: eleganccy ludzie konflikty rozwiązują przez dialog. Spierać się zdarza im jedynie na konkursach, gdzie debatują, która stylizacja najdoskonalej połączyła ze sobą koszulę, pasek, skarpetki, rękawiczki.

Solange – Losing You

Sapeurs skutecznie przeciwstawiają się też zapędom władców, którzy na fali odreagowywania kolonializmu nakazują czasem (albo intensywnie promują) noszenie strojów regionalnych. Na każdym większym lotnisku obsługującym loty do Afryki można się przekonać jak są piękne, pielęgnowanie własnego dziedzictwa to rzecz chwalebna, Sapeurs mówią jednak: równie ważna jest jednak wolność. A konsekwentne ubieranie się zgodnie ze swoim własnym stylem to walka o tę wolność bez rozlewu krwi.

Jasne, każdemu wolno patrzeć na Sapeurs jak na pajaców, którzy zamiast wydawać pieniądze na lepszy dach, odkładają latami, by ściągnąć z Europy jakąś zdobną spinkę albo zaskoczyć świat zdobnym fontaziem. Ja patrzę na nich z szacunkiem. Bogata Północ potrzeby mieszkańców biedniejszych zakątków świata zredukowała do leków i jedzenia. Jasne, że oni tego potrzebują. Ale uwaga: bieda nie sprawia, że ludzie są już wyłącznie organizmami, oni nie przestają być ludźmi!

Afryka to życie, nie powolne umieranie. To festiwal kolorów, smaków, zmysłowego doświadczania cudowności świata. Mieszkańcy shantytowns mają w sobie takie samo wielkie pragnienie piękna, jak mieszkańcy Manhattanu. Dokładnie tak samo jak nas cieszy ich miłe słowo, elegancki gest, fajny gadżet. Dokładnie tak samo jak nam, przypomina o tym, że naszym powołaniem jest porządek a nie bałagan, piękno a nie brzydota, miłość a nie nienawiść. Tak, zaryzykuję: Sapeurs na swój sposób głoszą światu kazanie o godności człowieka.

Słowo daję, że jeszcze chwila i dzięki nim uwierzę, że to samo (wzbogacone może o szczyptę teologii: obraz Boga – Artysty i miłośnika piękna, a także wizję boskiego porządku i uroku raju) chcą mi zakomunikować wyśmiewane dotąd przeze mnie strojne księżowskie papugi, zachodzące w głowę kiedy założyć mantolet, kiedy rokietę, douillette (po włosku zwaną capottą), czy sopranę i jak powinien wyglądać ich teneu de ville (czyli strój miejski, on też rządzi się swoimi regułami, nawet polscy księża wiedzą już chyba, że to obciach chodzić w niebieskiej albo beżowej koszuli z koloratką, obowiązują dwa kolory: biały albo czarny). Pora więc kończyć ten tekst, i tak zresztą wszystko jest na zdjęciach.


http://www.powells.com/biblio/1-9781904563839-0



http://www.amazon.com/Gentlemen-Bacongo-Daniele-Tamagni/dp/190456383X/ref=sr_1_1?ie=UTF8&qid=1377507547&sr=8-1&keywords=Gentlemen+of+Bacongo


 

 
Szymon Hołownia

Szymon Hołownia

Zobacz inne artykuły tego autora >
Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Jezusofobia

Załóż się dziś ze mną. Do końca dnia powiedz komuś coś o Jezusie Chrystusie. Odważysz się? A jeśli tak, to czy przyjmiesz kolejne wyzwanie?

Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Nigdy nie ukrywałem, że gdy idzie o temperament najbliżej mi do świętego Hieronima, który cierpiał chyba na jakąś formę hypergrafii (czyli pisał, pisał, a w przerwach też pisał), a tych, którzy go zdenerwowali traktował niczym działko szybkostrzelne.

Pociecha, że na starość człowiek się jednak w obyciu wygładza, szlag trafia mnie więc coraz rzadziej. Ciekawe – w jakich okolicznościach. Gdy bowiem czytam, co wypisuje o naszym Kościele Kasia Wiśniewska, albo gdy słucham prześmiesznej w swym dziecinnym antyklerykalizmie posłanki Senyszyn, mam ochotę przytulić, wyjaśnić, czasem popukać się w głowę, czy zadziwić. W ciągu ostatnich kilku lat pamiętam może dwie sytuacje, w których naprawdę obudził się jednak we mnie duch przodków spod Grunwaldu i w ruch poszły dwa nagie miecze.

Ostatnia miała miejsce parę dni temu, na wakacyjnym zlocie religijnej młodzieży. Przez godzinę starałem się powiedzieć kilkuset słuchaczom coś o najważniejszej Osobie i najważniejszej sprawie w moim życiu: o Jezusie i o Ewangelii. Wierzę, że wśród tych kilkuset osób było choć kilka, które wyszły stamtąd – przekonane czy nie – ale ze świadomością, że popchnęliśmy sprawy do przodu, że to spotkanie miało jakiś sens.

Pewności nie mam, bo znacznej większości tych, którzy odważyli się zabrać głos w serii pytań, nie interesowała rozmowa o Jezusie. Interesował ich TVN, ojciec Rydzyk, in vitro i to czy na pewno jestem „katolickim“ dziennikarzem.

Jezusofobia

Nie ma się co rozwodzić nad wystąpieniem młodej pani, która zbluzgała mnie za to, że wstrętnie „rozwadniam chrześcijaństwo“ i robię z niego „amerykańską“ wydmuszkę, że (podobno) nienawidzę o. Rydzyka, że „jestem trochę za aborcją i trochę za in vitro“ (tu nie wytrzymałem i brutalnie wyjaśniłem, jak bardzo owa pani w swej chrześcijańskiej, acz ślepej, nienawiści do mnie błądzi), i że – uwaga – te wszystkie rzeczy, które robię w Afryce też świadczą przeciwko mnie, bo „pan głosi jakiegoś Boga, który jest samym miłosierdziem, a wiadomo że tak nie jest“. Znam ja też już dobrze jej starsze koleżanki, z których jedna podeszła do mnie i z siostrzanym uśmiechem, mocno trzymając mnie za ręce (by egzekucja była z ducha katolicka) wyjaśniała mi przez parę minut, że robię szatańską robotę, mieszając dobro ze złem i zatruwając młodym ludziom głowy (uparcie pytałem o jakiś przykład, ale pani odpowiadała tylko, że go nie ma, ale „mocno tak czuje”).

Znacznie bardziej zafrapowały mnie trzy minirozmówki z  księżmi, którzy też odważyli się skorzystać z okazji, że byłem na miejscu i nie trzeba było złościć się na telewizor (było tam też sporo innych, fajnie się z nimi gadało off the record, ale „na antenie” pojawić się jednak nie chcieli). Jednego z nich przekonywałem, by mieć odwagę zuchwale, bez racjonalistycznych lęków wierzyć w Boże cuda. On mnie „odprzekonywał”, że „nie ma co czekać na jakieś wielkie cuda, bo cudem jest to, że żyjemy”. Znam tego księdza, fantastyczny człowiek. Ale to tak odpowiadali apostołowie tym, którzy przychodzili do nich z prośbą o modlitwę wstawienniczą? W Piśmie stoi jak wół, że gdy głosi się Słowo, ta nauka potwierdzana jest cudami i znakami, czy nie stoi? Jezus mówił, że wystarczyłoby, żebyśmy mieli wiarę wielkości ziarenka, by góry latały w tę i z powrotem, czy nie mówił? Zmyślał czy przesadzał? Ja, tępy świeczuch, mam przekonywać kapłana? Całe szczęście na finał osiągnęliśmy konsesus. Okazało się, że ksiądz z parafianami od kilku dni modlił się o deszcz, a podczas naszej rozmowy zaczęło lać jak z cebra.

Inny ksiądz zachęcał mnie do tego, żebym wreszcie był „katolicki”, żebym w końcu przestał „tak okrakiem”, żebym odważnie złożył świadectwo w mediach. Nie zauważył, że właśnie z powodu wierności temu, co mówi mój Kościół dwa razy straciłem ostatnio robotę (ale nie dorabiam sobie aureoli męczennika). Jego pierwszą troską było więc, czy mam legitymację. Drugą: dlaczego do TVN24 nie zaprasza się prawdziwych, kościelnych autorytetów od… teologii moralnej i prawa kanonicznego (chyba chodziło o sprawę ks. Lemańskiego)! Drogi Księże – mówię mu – zostawmy żesz wreszcie tę teologię moralną, przestańmy utwierdzać ludzi w przekonaniu, że chrześcijaństwo to „wolno – nie wolno”. Jakie są nasze duchowe początki? Co robili pierwsi chrześcijanie? Opowiadali o idei? O organizacji? Skąd, o Osobie, którą realnie spotkali! Na tyle skutecznie, prawdziwie i z taką pasją, że ludzie rzucali wszystko w co wrośli i mówili: ufamy Mu, też chcemy iść za Nim!

Świata nie zbawia idea, organizacja czy moralność. Świat zbawia Bóg Człowiek. Dlatego, sorry, ale mam w nosie, czy w TVN24 pojawi się ksiądz, który po raz 157. opowie mi o szalce Petriego, chciałbym tam WRESZCIE zobaczyć takiego, który powie tam o Jezusie coś takiego, że wszystkim koparki opadną i nawet wydawcy (którzy słyszeli już wszystko) się zasłuchają i nie zdążą go wyłączyć! Ksiądz mi na to, że jego zdaniem wielkie rzeczy dzieją się w cichości i nie chodzi o to, żeby kogoś zachwycać. Próbuję wyobrazić sobie apostołów, którzy wychodzą z podobnego założenia. Chrześcijaństwo kończy się w połowie drugiego wieku, czy w trzecim?

Jezusofobia

Z tym księdzem też jednak ostatecznie osiągnęliśmy konsesus (on się chyba przekonał, że ja wierzę, ja – że on inaczej widzi metody, ale cel mamy ten sam). Trzeci kapłan to był gwóźdź do trumny, w której spoczęło moje ewangelizacyjne pragnienie. Bierze mnie na stronę. „Przepraszam, bo mnie jedna rzecz poruszyła jak pan mówił”. Cały się cieszę! Alleluja! „No jak pan mógł odpowiadając tej dziewczynie tak niemiło powiedzieć o Radiu Maryja, przecież to takie piękne dzieło…”. Odpowiadam: Księże, błagam, ksiądz ma swój sąd w tej kwestii, ja mam swój. I ja, i ksiądz, i Radio – wszyscy się w Kościele mieścimy. Czemu nie chce ksiądz ze mną porozmawiać o tym, jak pokazać Pana światu? „No ja wiem, ja wiem, ale przecież biskupi o Radiu Maryja mówią, że jednak jest katolickie…”. Gdybym był niewierzący, to bym sobie strzelił w łeb. Z armaty.

Dość literatury przygodowej, czas na wnioski. Ogromnie się cieszę, że tam pojechałem. Dostałem ostro po głowie i dzięki temu ułożyło się w niej jasno, coś co dotąd telepało się po pustej czaszce. Najważniejszym kłopotem polskiego Kościoła AD 2013 nie jest wcale żadne laicyzujące się otoczenie. Jest nim „Jezusofobia“ wierzących. Lęk przed mówieniem o Panu, wielomóstwo o wszystkim innym.

Po pierwsze: utopienie Ewangelii w moralinie. Przypadłość i księży i świeckich, którzy powierzoną im Dobrą Nowinę przekazują dalej tak: jak będziesz grzeczny – dostaniesz lizaka, a jak nie – Bozia zbije ci duchową pupę. To nie sukces naszej ewangelizacji – to jej wielka klęska, że każdy w tym kraju jest w stanie powiedzieć coś o stosunku Kościoła in vitro, a zapytany o Jezusa zacznie dukać pięć zdań zapamiętanych z katechezy. Takie ustawianie optyki: chrześcijańskie życie to mecz o jak największą liczbę nie puszczonych goli, mecz w którym szatan jest napastnikiem, Maryja lekarzem ekipy, a Bóg sędzią, to prosta droga do spoganienia rzesz naszych katolików, którzy przekonani o tym, że muszą z tym wszystkim poradzić sobie sami, w porę nie przełączą się na Bożą moc i przegrają życie.

Nie wiem, jak może nas nie boleć to, że ludzie wciąż dyskutują dziś o słabościach człowieka, a nie o mocy Boga („który może uczynić nieskończenie więcej niż chcemy czy rozumiemy”). Nie wiem jak może nas nie trafiać szlag, gdy widzimy, że Bóg kojarzy się dziś światu nie z nadzieją i pokojem. Że kaznodzieje plotą o bogatym młodzieńcu wszystko, tylko nie to, co najważniejsze – że gdy on przychodzi, zdaje raport z moralnego życia i pyta co ma robić, Jezus mu odpowiada, że nie ma już nic robić. Ma rzucić się w przepaść, zakochać w Nim, być z Nim, bo dopiero tu zaczyna się chrześcijaństwo, bo to On jest źródłem moralności i gwarantem siły.

Jezusofobia

To nasz drugi, fundamentalny kłopot: nasze chrześcijaństwo nie jest już chrystocentryczne, ono zmienia się w publicystykę i coraz sprawniej sobie bez Chrystusa radzi. Zbierzmy z ostatnich kilku miesięcy medialne wypowiedzi znanych księży (ale i chrześcijańskich publicystów). Że to niereprezentatywna próba? Po pierwsze: rozmowy w studiach i na łamach są odbiciem naszych prywatnych rozmów, po drugie: skoro mówisz publicznie, to nawet gdy tematem rozmowy jest pogoda, postarasz się przecież przemycić to, czym żyjesz i oddychasz (jeśli rzeczywiście tym żyjesz). Przeczytajcie, odtwórzcie, sprawdźcie sami: ile miejsca zajęli w nich ks. Lemański, abp. Hoser, o. Mądel, o. Rydzyk, Hanna Gronkiewicz – Waltz, Polska Rada Chrześcijan i Żydów, a ile zajął Jezus?

Żeby nie poprzestać na jękołach, żeby popchnąć jakoś świat do przodu – proponuję konkretne ćwiczenie. Ładnych parę lat temu założyłem się z kolegą, że podczas najbliższej bytności w TVN24, niezależnie od tematu rozmowy, powiem na antenie właśnie słowo „Jezus”. Kolega przegrał butelkę dobrej whisky, bo powiedziałem nie raz, a pięć czy sześć razy. Nie powiem – nie było łatwo się przemóc. No bo: czy to czas i miejsce? Czy można ludzi indoktrynować? No bo przecież świeckie państwo, no bo przecież uznają za dewota. Dziś mam to serdecznie w nosie. Muzułmanin może co minutę powtarzać „inszallach“, polityk wymieniać swoich lewych czy prawych idoli, a ja nie mogę wymienić Imienia, dzięki któremu ten świat już zawsze będzie miał sens, w którym jest prawda, moc i piękno?

Jezusofobia

Załóż się dziś ze mną. Do końca dnia powiedz komuś coś o Jezusie Chrystusie. Odważysz się? A jeśli tak, to czy przyjmiesz kolejne wyzwanie? Przyjąłeś chrzest. Otrzymałeś bierzmowanie. To nie były administracyjne obrzędy, potwierdzające przynależność do klubu, tylko zupełnie realne wyposażenie Cię w moc samego Boga, który chce przez Ciebie leczyć chore, lepić rozbite, wydobywać ludzi z rozpaczy i nie potrzebuje ci dawać do tego kolejnych specjalnych delegacji. Ty to wszystko możesz zrobić, już, teraz, tutaj, dzisiaj – nie tylko ksiądz. Starczy Ci odwagi, by dziś położyć na kimś rękę i mu pobłogosławić, by się za niego pomodlić? By namaścić chorego olejkiem radości, nie tym sakramentalnym, ale zwykłym olejkiem, tak jak robili to przed wiekami nasi bracia w wierze, by dać ludziom namacalny znak swojej i Bożej miłości? Uwolnić się z duchowego „jajejctwa” („ja“, „ja“, ja“), przestać myśleć o sobie – swoich lękach, obawach, wizerunku, o tym czy jesteś za głupi, za słaby, czy godny i zacząć wreszcie myśleć o Bogu?

Jak będzie trzeba – mogę do śmierci jeździć po kraju i przekonywać księży i świeckich, że Pan Jezus jest ważniejszy od pana Hołowni i ojca Rydzyka, a moralność i eklezjologia to jeszcze nie całość teologii. Mogę debatować z moim kolegami księżmi, którzy będą mnie przekonywać, że „wiesz, to nie jest takie proste: państwo – Kościół, media, bioetyka”. Koledzy – wam już się wszystko pochrzaniło! To proste niczym mechanika cepa: jak ludzie zaczną od Boga, reszta sama się ułoży. Jak zaczną od tej reszty, ugrzęzną w publicystyce. To jest źródło mojej „Jezusologicznej” obsesji: najpewniejszą drogą, by ludzie zaczęli żyć przykazaniami jest doprowadzenie ich do punktu, w którym poznają i uwierzą Bogu, który im te przykazania dał.

Mamy więc teraz w polskim Kościele do „załatwienia” dwie pilne rzeczy. Pierwsza to Jezus Chrystus. Druga: Ewangelia. Jest wystarczająco dużo ludzi, którzy nie słyszeli o Jezusie, byśmy nie musieli marnować sił i czasu na powtarzanie błędów emigracyjnego rządu Polski sprzed pół wieku: w odcięciu od rzeczywistości udowadniania sobie nawzajem, kto z nas jest fajniejszy. Nie czekaj, aż „Kościół” coś zrobi, bo zostałeś ochrzczony i to Ty jesteś „Kościół”. Masz wszystkie narzędzia.

Do roboty!

 

 
 

 
Szymon Hołownia

Szymon Hołownia

Zobacz inne artykuły tego autora >
Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >