Korzystajmy z kościołów, póki je mamy

Bycie w gronie kilkunastu dziwaków klękających pod wiatą przed białym opłatkiem, w morzu kilkuset zajętych swoimi sprawami ludzi – to naprawdę uczy pokory

Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Nie jestem wielkim fanem popularnych zwłaszcza w czasie wakacji mszy pod gołym niebem – na kajaku, na polanie, czy na plaży. Wyłazi teraz ze mnie (głęboko dotąd ukryty) tradycjonalista, ale jestem zdania, że w Polsce, gdzie kościołów nie brakuje, na liturgię, nawet tę wakacyjną, powinno się jednak pofatygować do pobliskiej świątyni. Zapoznając się przy tym z lokalną parafią, wziąć na siebie modlitwy, które zostawili w tych ścianach miejscowi, zostawić im część swojego jarzma. Nie widząc się, jakoś jednak się przed Bogiem spotkać.

Korzystajmy z tych kościołów póki je mamy, spieszmy się kochać te mury, które naszym braciom na świecie tak ciężko zdobyć i utrzymać.

Kilka dni temu uczestniczyłem we mszach odprawianych pod chmurką (a konkretnie pod wiatą) w ośrodku wypoczynkowym, zarządzanym od niedawna przez polskich jezuitów, nieopodal miasteczka Karakoł nad jeziorem Issyk – kuł w Kirgistanie. Celebransami byli jezuita z polski i jego młody kolega z USA, uczestnikami pomagający w czasie wakacji w ośrodku polscy wolontariusze, polski konsul i ja. Letnicy z trwających podówczas w ośrodku turnusów zajęci byli swoimi sprawami. Zaraz za nami jakieś dzieci z zapałem rysowały, kilka metrów dalej ktoś grał w piłkę, w pobliskiej altance kierowcy mikrobusów zajadali pyszne melony z Doliny Fergańskiej, paląc papierosy, rechocząc i obmyślając głośno kolejne sposoby na podryw nieprzystępnych polskich wolontariuszek. Niepełnosprawny intelektualnie chłopak bawił się z psem i recytował sam do siebie jakieś podniosłe frazy, ktoś okręcony ręcznikiem wracał znad jeziora i z głośnym piskiem wskakiwał pod kran z zimną wodą.

Korzystajmy z kościołów, póki je mamy

Słowa księży, spokojny rytm mszalnych modlitw, to niknął w tym hałasie, to – gdy otoczenie na moment przycichło – znów wracał na pierwszy plan. Najbardziej niesamowite było jednak to, że trwał. Że liturgia wcale nie unieważniła tego harmidru, nie przywołała na ten świat Jezusa, który kazałby wszystkim się zamknąć, zamrzeć w bezruchu, zamilknąć i patrzeć tylko na Niego.

Działo się dokładnie to, co w czasach, w których On był na ziemi. Ludzie wokół żyli swoimi sprawami, świat kręcił się na całego, nie dostrzegając, że jego sens jest nie w centrum ludzkiej uwagi, a zawsze obok: w żłóbku, w Galilei, na krzyżu – który pospiesznie mijali ludzie biegający w ukropie, by przygotować się do uczczenia Boga w czasie święta Paschy.

Wewnątrz świata, ale nie w jego centrum, obok. Niewykluczone, że to właśnie będzie nasza, chrześcijańska „miejscówka“ w Europie najbliższych lat. Nie ma się na to co oburzać, Jezus tego nie robił, nie podbijał siłą centrum świata, Jerozolimy albo Rzymu. Nie wykłócał się o swoje, nie szarpał. Był z ludźmi, był Dobry, mimo że to był Jego świat nie rościł sobie praw do ludzkich serc, do nikogo się nie włamywał, pozostał uzależnionym od gościnności innych przybyszem.

Kto by chciał przekonać się, jak się czuł i co może czekać nas za tych pięćdziesiąt czy sto lat, gdy chcąc niechcąc z Kościoła Triumfującego zmienić się będziemy musieli w Kościół pierwszych chrześcijan, może wybrać się do Kirgistanu. Oszałamiająca przyroda, sympatyczni ludzie, ciekawa mieszanka postsowieckiego bałaganu z duchem Orientu. W całym pięcioipółmilionowym kraju – około dwustu katolików (zdecydowana większość Kirgizów to wyznawcy islamu). Dwie parafie, w Osz i Dżalalabadzie, obsługiwane przez pięciu księży (jeden z nich to miejscowy biskup). W jednej na niedzielną mszę przychodzi zwykle kilkanaście osób, w drugiej dwadzieścia do trzydziestu.

Państwo wymaga, by Kościół katolicki nie prowadził jakiejś rozbudowanej działalności ewangelizacyjnej, księża w miarę możliwości starają się więc gromadzić i docierać do ludzi przez ofertę kulturalno – dobroczynną. Prowadzą zajęcia i obozy językowe dla studentów, starają się dożywiać dzieci w domach dziecka, wszystko w skali mikro, bez spektakularnych efektów ale i bez frustracji, że ich nie ma.

Bycie w gronie kilkunastu dziwaków klękających pod wiatą przed białym opłatkiem, w morzu kilkuset zajętych swoimi sprawami ludzi – to naprawdę uczy pokory. Ale też przypomina, że Kościół nigdy nie przestał być "małą trzódką", nawet jeśli rosnący stan posiadania omamił go kiedyś na tyle, że myślał o sobie inaczej.

Korzystajmy z kościołów, póki je mamy

Świadomość, że jedyną dostępną metodą ewangelizacji jest karmienie głodnych i pomoc w nauce, czyli po prostu bycie dobrym człowiekiem, to też memento które mogłoby przydać się już dziś i nam w Polsce, gdzie ludzie o Bogu słuchać nie chcą, a Kościół ich wkurza. Nie ma się co cisnąć na laicyzację i lamentować nad upadkiem religijnej świadomości oraz obyczajów. Skoro dotychczasowe metody przestają być skuteczne, należy sięgnąć po inne, od zawsze w Kościele obecne. Nie patrząc na to, czy dostaniemy w zamian wyznanie wiary, czy nie dostaniemy (jak pewien muzułmanin, który mojemu znajomemu w jednym z krajów Azji Środkowej zobowiązał się udzielić poważnego rabatu na melony, jeśli tylko wypowie islamskie wyznanie wiary, szahadę), uzdrawiać chorych, pocieszać smutnych, karmić głodnych – dawać nadzieję komu popadnie i nie oglądając się na nic.

Naśladować Jezusa nauczającego już umiemy (czasem próbując ów wzorzec nawet prześcignąć i udoskonalić). Wciąż chyba jeszcze przed nami uczenie się naśladowanie Jezusa leczącego, karmiącego, spotykającego się z ludźmi tak, że natychmiast zostawiali wszystko i szli urzeczeni jego Światłem. To niezbędna umiejętność. Europejczykowi (ale nie tylko) nie starcza dziś wyobraźni, by zobaczyć Boga w niebie, trzeba Mu go więc najpierw spokojnie pokazać w człowieku.


Wesprzyj nas
Szymon Hołownia

Szymon Hołownia

Zobacz inne artykuły tego autora >
Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Kto ma rację?

Niewierzący gromko domagają się dziś u nas, by katolicy szanowali ich system wartości i pozwolili im żyć po swojemu. Nie będę tłukł ich Dobrą Nowiną po głowie, chciałbym jednak prosić by mnie też nikt nie traktował z pogardą.

Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Kiedy ktoś podnosi lament, że męczy się w Polsce, która staje się państwem wyznaniowym, mam ochotę zaprosić go na pokład operującej również z warszawskiego lotniska linii Qatar Airways.

Każdy lot rozpoczyna się krótką, dobiegającą z głośników modlitwą do Allaha. Po wylądowaniu w Doha, stolicy Kataru, stewardesa przypomina, że trwa właśnie święty miesiąc Ramadan, a więc jedzenie i picie w miejscach publicznych za dnia (czyli mniej więcej od 3.30 w nocy do 18.30) jest zabronione. Pomijam takie drobiazgi, jak zakaz wwożenia przeróżnych produktów  (np. alkoholu). W magazynie pokładowym prośba, o to by na ulicy ubierać się i zachowywać skromnie, szanując dziedzictwo kulturowo – religijne (nie nosić krótkich strojów, nie całować się publicznie etc). W lokalnych gazetach na pierwszych stronach duchowe rozważania, podpowiadające jak zaskarbić sobie Bożą przychylność podczas jednej z dziesięciu ostatnich nocy postu.

Pisałem już wiele o zachodnioeuropejskich lotniskach, gdzie w kaplicach typu „multifaith“ (wielowyznaniowych), siedzę czasem sam przez godzinę w części chrześcijańskiej, podczas gdy w muzułmańskiej drzwi po prostu się nie zamykają. Co najmniej kilka razy w roku bywam w miejscach, gdzie jestem budzony przez odzywającego się przed świtem muezzina.

Kilka dni temu, gdy znów leciałem do Kataru zagadnął mnie steward katarskich linii, młody Polak. Zetknął się z moimi książkami, ze small talku szybko przeszliśmy do rzeczy ważnych. Chłopak powiedział mi, że życie w kraju muzułmańskim paradoksalnie umocniło jego katolicyzm. Przyniósł i pokazał mi zaczytane do bólu Pismo Święte, które zawsze ma ze sobą (podobnie jak wielu muzułmanów wozi ze sobą i na okrągło czyta Koran). Stwierdził, że owe słyszane kilka razy dziennie śpiewy muezzina traktuje jako skierowane również do niego wezwanie do modlitwy i zamiast psioczyć, że ktoś mu hałasuje, po prostu zaczyna chwalić Boga. Domyślam się, ile wysiłku musi włożyć ten człowiek w to, by mieć życie sakramentalne, chodzić do spowiedzi, na niedzielną mszę (o codziennej zapomnijmy) i zawsze w takich momentach jest mi głupio, że nie umiem być wdzięczny za to, że ja na każdym rogu ulicy i o każdej porze mam dostępne coś, na co moi bracia w inych częściach świata muszą czasem czekać tygodniami, mam za darmo coś za co oni płacą konkretną cenę.

Wyobraźmy sobie jednak teraz, co by było gdyby w LOT-owskim samolocie przed startem odczytywano „Pod Twoją obronę“. W piątki nie serwowano mięsa, a w święta kościelne zachęcano do udziału w nabożeństwach.

Jak rodacy reagują na kościelne dzwony, możemy co i raz przekonać się czytając medialne doniesienia o obywatelskich protestach i skargach na proboszcza, by dzwony wyłączył (swoją drogą, to fascynujące, że gdy ci w Europie tak przywiązani do swobód i wolności liberałowie, lecą zarobić pieniądze do krajów arabskich, pokornie poddają się wszystkim, nawet najbardziej wymyślnym religijnym regulacjom). Nie ma co gadać bzdur – lata świetlne dzielą Polskę od państw wyznaniowych w wersji soft (jak Katar), nie mówiąc już o wersji hard (jak choćby Arabia Saudyjska). Nie marzę o tym, by w takim państwie żyć. Ale – postanowiłem sprawdzić, czy nawet krótki pobyt w nim może mnie czegoś nauczyć (podobnie jak muezzin mojego nowego znajomego). Czy szybka kąpiel w teokracji może wzmocnić i zainspirować, „ubogacić“, moje przeżywanie demokracji?

Okazało się, że może.

Przypomniało mi, jaką wartość w życiu społecznym ma szacunek. Złapałem się na tym, że wjeżdżając do tego kraju nie zastanawiałem się jakie kary przewiduje on dla cudzoziemców np. za złamanie Ramadanu, bo nie muszę tego wiedzieć. Jeśli ktoś prosi by uszanować jego tradycję, to – jeśli nie łamie to mojego kręgosłupa – po prostu to robię.

Nie muszę rozumieć, podzielać zdania, przyznawać racji, stosując się do zasad Ramadanu nie czczę Allaha, ale okazuję moją braterską miłość drugiemu człowiekowi (chciałbym jedynie, żeby i mi w krajach arabskich ją okazywano, gdy robię znak krzyża na ulicy albo wyciągam Biblię, ale cóż – ja odpowiadam za swoje życie, mam dość swoich grzechów, przeżywanie grzechów cudzych mnie nie kręci).

Zostawmy państwa wyznaniowe, wróćmy do Polski. Niewierzący gromko domagają się dziś u nas, by katolicy szanowali ich system wartości i pozwolili im żyć po swojemu. Ja, w przeciwieństwie do niektórych moich kolegów, nie będę tłukł ich Dobrą Nowiną po głowie, chciałbym też jednak prosić by mnie też nikt nie traktował z pogardą (jak to ostatnio uczyniła to choćby nieznana mi osobiście, Kinga Dunin). Mam dokładnie takie samo prawo do swoich przekonań jak oni. Coraz bardziej żenuje mnie obserwowanie dwóch obozów drących się coraz głośniej, że to nasi mają rację. Nic się nie zmieni na lepsze, nie posuniemy się ani o krok, nie uratujemy ani jednej matki, ani jednego dziecka, jeśli, my, chrześcijanie, nie zaczniemy wygrywać w innej konkurencji: w okazywaniu szacunku.

Dlaczego to takie ważne? Bo świat widział już wielu, którzy mieli rację. Orygnialność i realna moc chrześcijaństwa polega zaś na tym, że w nim prawda tożsama jest z miłością.

Jeśli pokazujemy komuś prawdę, a nie okazujemy mu miłości, głosimy siebie, a nie Boga, w imieniu którego walczymy. Jeśli okazujemy mu miłość, prawda sama wyjdzie na jaw i pokaże się z siłą, z jaką sami nie bylibyśmy nigdy w stanie jej wyrazić.

Kto ma rację?

Przykład: proszę sobie wyobrazić, co by było gdybyśmy swoje (słuszne) stanowisko w okołoaborcyjnym sporze eksplikowali nie w formie jeremiad, lamentów, potępiania, podjazdów personalnych, całej tej poetyki atomowej wojny o pokój? Gdyby chrześcijanie pokazywali się w tych dniach jako ci, którzy będąc przekonani do swojej racji, dadzą się wypowiedzieć drugiemu, nie dają się sprowokować, nie przekrzykują rozmówców, a po prostu punkt po punkcie rozmontowują jego argumenty (z doświadczenia wiem, że druga strona ma ich bardzo mało, choć pozuje na „racjonalną“, błyskawicznie ucieka w emocje). A gdy owa druga strony rozmowy odmawia? Krzyczenie, że to tchórzliwi zabójcy niczego nie zmieni. Zmieni konsekwentne pozwalanie by prawda okazywała się przez miłość. W rozmowie, wtedy gdy trzeba dokonać wyborów i ponieść ich konsekwencje, ale przede wszystkim – w praktyce, w pokazaniu światu, że umiemy nie tylko pięknie gadać, ale też pięknie robić.

Ludzie śledzący ten konflikt z dystansu, tak jak nie byli ślepi w czasach Jezusa, tak nie będą ślepi i teraz. Dostrzegą, że Prawda jest tam, gdzie jest Miłość. Tego, kto jest pewien swojej racji można poznać po spokoju i szacunku (Jezus miał go nawet wobec odbierającego mu życie Piłata), miota się (znów – jak choćby Piłat) ten, kto się z prawdą minął.


Wesprzyj nas
Szymon Hołownia

Szymon Hołownia

Zobacz inne artykuły tego autora >
Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >