Jeden strzał na całe życie

Trzydzieści ze stu zbadanych par, w ogóle nie powinny stanąć przed ołtarzem

Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Wkraczam w wiek, w którym spora część moich kolegów i koleżanek z rocznika wraca właśnie po pierwszym rozwodzie na matrymonialny rynek. Niektórzy z nich próbują uregulować swój status kościelny. Gdy pojawia się na horyzoncie nowy związek, składają papiery do biskupiego sądu, wnosząc o stwierdzenie, że ich pierwszy ślub był nieważny. Nie wiem jaka jest średnia krajowa, w znanej mi dobrze diecezji prawomocym orzeczeniem o nieważności zawarcia sakramentu kończy się mniej więcej jedna trzecia spraw.

Innymi słowy: trzydzieści ze stu zbadanych par, w ogóle nie powinny stanąć przed ołtarzem (bo proces kościelny stwierdza, jaka była sytuacja w momencie składania sobie przyrzeczeń, a nie później, gdy żona się nagle zbiesiła, a mąż okazał się chutliwy).

fot. BarbieFantasies

Ktoś ich jednak do tego ślubu dopuścił. Część z nich być może celowo zataiła coś przed księdzem spisującym kościelne protokoły, czasem może to ksiądz po prostu odwalił chałturę, wychodząc z założenia, że nie ma za bardzo co wnikać. Bywa i tak, że przyszli małżonkowie nie powiedzieli sobie wszystkiego, np. tego że mają jakiś nałóg, że mieli już męża/żonę, że toną w długach albo nigdy nie chcieli mieć dzieci.

Na podstawie rozmów ze wspomnianym na początku targetem, założę się jednak, że pi razy oko połowa nieważnych kościelnych małżeństw (z których wiele nigdy do żadnego sądu nie pójdzie i umrze w nieświadomości, że sakrament de facto nie zaistniał), nie jest ważna, bo ludzie po prostu nie mieli pojęcia w co tak naprawdę się pakują, na czym polega sakramentalne małżeństwo. Jeśli zaś nie uświadamiali sobie, co ślubują – nie mogli wyrazić przed Bogiem i Kościołem doskonałego aktu woli. A ten jest podstawą, na której opiera się obrzęd katolickich zaślubin. Tyle od laika.

Wpisz kod rabatowy Holyfood30%

Głodnym wiedzy spece od kanonów z pewnością wyjaśnią lepiej i pełniej, kiedy mamy do czynienia z realnym brakiem świadomości istotnych cech małżeństwa, a kiedy wręcz z "symulacją przysięgi" (przykład: człowiek wie, że małżeństwo przed Bogiem jest nierozerwalne, tak naprawdę jednak myśli sobie wówczas, że jak coś nie wyjdzie, to rozwód "why not?").

My, katolicy mamy najbardziej wymagające wśród chrześcijańskich wyznań (i bardzo piękne) rozumienie małżeństwa: człowiek u nas ma jeden strzał na całe życie i basta (u protestantów zasadniczo toleruje się rozwody; w prawosławiu materią sakramentu nie jest akt woli, ale miłość – gdy małżonkowie zabiją miłość, biskup może zdjąć ze związku błogosławieństwo, a strony mogą wziąć ślub po raz kolejny).

Jonathan Tellier

Logika dopuszczania do sakramentu zdaje się tymczasem opierać u nas na dwóch szokująco niefrasobliwych paradygmatach. Po pierwsze: "przecież nie można dorosłym ludziom zabronić". Po drugie: "niech już lepiej wezmą ten ślub, niżby mieli grzeszyć uprawiając seks "na kartę rowerową".

Dylemat chrześcijańskiego konserwatysty: co lepsze – doprowadzić do sytuacji, w której ludzie będą mieli więcej okazji do grzechu, czy do takiej, w której sól (w tym wypadku sól sakramentu) definitywnie utraci swój smak? Nietrudno przecież wyobrazić sobie, że gdy za pokolenie czy dwa ludzie jeszcze bardziej zeświecczeją, a podejście do religii stanie się jeszcze bardziej obrzędowe, może się okazać, że odsetek nieważnie zawieranych małżeństw wzrośnie w postępie geometrycznym, ba – że większość z nich de facto nie zaistnieje.

Gdyby to ode mnie zależało (a nie zależy) podpowiedziałbym biskupom zjeżdżającym niedługo do Rzymu na synod mający dyskutować o rodzinie, by zamiast znów lamentować nad wszystkimi możliwymi zewnętrznymi zagrożeniami, jakie na nią czyhają, dostrzegli wreszcie, że największym zagrożeniem dla trwałości i sensowności rodziny są sami małżonkowie. A pracę nad ich sakramentalnym związkiem trzeba zacząć, zanim do związania dojdzie.

Instytucja kursów przedmałżeńskich przeszła w ostatnich latach w Polsce prawdziwą rewolucję. Z nudnych wykładów obczytanych w encyklikach starszych pań, zrobiły się wcale ciekawe zajęcia z psychologii relacji, wychowania dzieci, rozwiązywania konfliktów, czy naprotechnologii. Jest też oczywiście i miniwykład z sakramentologii, który jednak działa tak, jak szkolne lekcje religii: pozwoli zdobyć wiedzę, niekoniecznie wzbudzi jednak wiarę.

Jeden strzał na całe życie

A to wiara jest tu kluczem, a nie wiedza! Można ludzi napakować jeszcze stu ekstra godzinami wykładów, które zrobią z nich megaspeców od naturalnego planowania poczęć, to jeszcze jednak niewystarczające kwalifikacje, by ubiegać się o ślub w kościele.

Ten powinny zawierać osoby, które wiarą rzeczywiście żyją, które rozumieją, w jaką tajemnicę wchodzą, spotkały żywego Boga, doświadczyły czym jest Jego miłość i chcą ją naśladować między sobą. Bo – powtórzę – jak można ślubować naśladowanie czegoś, o czym nie ma się zielonego pojęcia?

Gdy kluczowym kryterium dopuszczenia do sakramentu małżeństwa stanie się osobista znajomość Boga a nie kalendarzyka małżeńskiego, wszystko wskoczy na właściwe miejsce.

Dlaczego rozpada się dziś tyle katolickich małżeństw?

Właśnie dlatego, że ludziom umknęło, iż wchodzą w Bożą perspektywę. Że ich ślub przed ołtarzem nie był przypieczętowaniem tego, co było wcześniej, a początkiem zupełnie nowej jakości, autentyczną zamianą wody w wino. Po drugie: wypowiadając słowa przysięgi nie uwewnętrznili faktu, że ślubują sobie nie tylko na dobre, ale również na złe. A owo złe nie musi przecież wcale oznaczać wyłącznie choroby, albo innych wymagających czułego poświęcenia sytuacji. Może też oznaczać zdradę, odejście, "odkochanie się", utratę szacunku: ktoś kto ślubował nam miłość, rzuca nam ją teraz w twarz, mówiąc że jej nie chce.

fot. Dan Queiroz

Tyle, że my zobowiązaliśmy się uroczyście, że będziemy z tym kimś tak, jak jest z nim Bóg. Że nasza postawa się nie zmieni niezależnie od tego jaka korba małżonkowi czy małżonce po ślubie odwali. Wyznaliśmy, że zdajemy sobie sprawę, iż naszym zadaniem nie jest tylko zbudowanie domu i wychowanie dzieci, ale przede wszystkim doprowadzenie drugiej osoby do nieba.

Małżeństwo przed Bogiem jest zgodą na to, że naszą relację będzie się odtąd opowiadać w znanym w niebie języku. Czy naprawdę świadomość tego wszystkiego mają stające teraz (w miesiącu mającym przecież literkę "R" w swojej nazwie) młode pary?

Skutki braku tej świadomości doskonale widać czasem w losach ludzi żyjących w związkach niesakramentalnych. Ich doświadczenia prowokują też do postawienia pytania: czy akt woli z natury niedoskonałego człowieka, może być doskonały? Jestem jak najdalszy od majstrowania przy nierozerwalności małżeństwa, nie widzę jednak powodów by nie rozmawiać o Kościelnej dyscyplinie wobec tych, co upadli. O tym, jak traktować tych, którzy przeliczyli się z siłami, zapomnieli o Bożej sile i per saldo wyzwaniu nie sprostali.

Dlaczego w ogóle dotykam tego tematu? Bo w nim widać podobne zjawisko: proszę spojrzeć – rozmawiając o tych, którym małżeństwo "nie wyszło" znów mówimy o wszystkim, tylko nie o Bogu. Który daje się ludziom nie jako nagroda za dobre sprawowanie, ale jako lekarstwo dające siłę do walki ze słabością grzeszników. Który wielokrotnie dawał dowody, że jest z ludźmi nawet, gdy nie dochowują mu wierności. Który z pewnością dostrzega całe dobro, również to które wypracowali w trwającym ćwierć wieku udanym związku moi znajomi, z których jedno miało za sobą półroczne małżeństwo z wybitnie niewłaściwą osobą.

Dla mojego Kościoła oboje są dziś cudzołożnikami. Czy Bóg chce, by rozbili teraz kolejny związek, zostawili dzieci, bo w tym objawi się Jego chwała? Jasne, mają opcję: mogą zaniechać współżycia. Tego nie da się jednak w tej sytuacji zrobić z powodu innego, niż odkrycie, dotknięcie miłości, która wykracza poza cielesną bliskość. Takiej miłości ci ludzie doświadczą tylko wtedy, gdy Kościół nie poprzestanie na stwierdzeniu "nie dla was komunia", ale pokaże im pozytywną wizję, da nadzieję, pozwoli zrozumieć czym jest prawdziwa miłość, poprowadzi ku żywemu Bogu!

Jeden strzał na całe życie

To jest właśnie kłopot leżący u podstaw zjawiska nietrwałości świętych związków. Nasza teologia (ta praktyczna, nie akademicka) o Bożej miłości (będącej wzorem dla ludzkiej) opowiada frazami z nierealnie patetycznych romansów, albo językiem norm i sali sądowej. Brnie w kazuistykę, próbując nazwać nienazwane, zamiast wytrwale prowadzić ludzi do znajomości Boga, by sami zanurzyli się w wodzie i poczuli, o co "kaman".

Katolickich narzeczonych (jak i małżonków oraz tych których związki się rozpadły) nie uzdrowi wyliczanie kto z kim ile razy i dlaczego, panosząca się psychologizacja i seksualizacja tematu ludzkich więzi. Je może uzdrowić tylko gruntowna katecheza!

Powołanie kapłana Kościół rozeznaje przez minimum sześć lat zanim dopuści go do sakramentu, dlaczego małżeństwo, powołanie równie godne, jest gotów błogosławić niemal od ręki?

Już słyszę głosy, że gdyby wcielić w życie mój pomysł, zorganizować dla kandydatów do małżeństwa minimum roczny proces formacji religijnej (albo krótsze, intensywne zajęcia indywidualne połączone z oceną przez doświadczonego kapłana i świeckich, którzy mogliby człowiekowi powiedzieć: OK, kojarzysz fakty, chcesz to się żeń, albo: stary, nie masz pojęcia w co się pakujesz, daj sobie siana z tym ślubem), to sakrament małżeństwa zawieraliby w Kościele wyłącznie członkowie neokatechumenatu, Oazy i inni, wybitnie "zewangelizowani" katolicy. Po pierwsze: skąd wiadomo? A może jeśli okazałoby się, że nie jest tak łatwo, w polu naszego widzenia pojawiliby się nagle ludzie, którzy umieliby to docenić?

Po drugie: a nawet jeśli, tak rzeczywiście byłoby na początku, to co w tym złego? Niech ludzie chcący żyć ze sobą zawierają kontrakty cywilne, a do ołtarza przychodzą wtedy, gdy wiedzą gdzie przychodzą, co ślubują i co się odtąd będzie działo.

Niech śluby zaczną się wreszcie opierać na Tym, na kim powinny, a nie na obyczaju, emocjach albo lęku. Tylko związki zbudowane na tym fundamencie będą rzeczywiście spełniały swoją rolę: świeciły Bożym światłem w świecie, pokazywały mu, że życie jest o miłości i o szczęściu, a nie o doczesnej niewoli.

Jeśli tak się stanie – jestem spokojny o przyszłość rodziny. Jej wizja będzie tak pociągająca, że bez niczyjej łaski i bez specjalnych programów, ostoi się w świecie. Jeśli tak nie będzie – patrząc na kondycję sakramentalnych małżeństw, już bardzo niedługo będziemy sobie zadawać ewangeliczne pytanie: "czym posolić sól, która doszczętnie zwietrzała?". A na nie, jak wiadomo, nie ma już niestety żadnej odpowiedzi.

Wesprzyj nas
Szymon Hołownia

Szymon Hołownia

Zobacz inne artykuły tego autora >
Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Jak mam kochać islamistycznego psychopatę?

Kiedy zobaczyłem nagranie przedstawiające odzianego w czerń psychopatę podrzynającego gardło amerykańskiemu dziennikarzowi, moim pierwszym odruchem było nie dające się zmieścić w głowie ani w sercu współczucie dla Jamesa Foleya.

Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Odarto go z godności i intymności, z jego śmierci zrobiono teatr – przebrano w strój, w jaki Amerykanie przebierają więzionych terrorystów, zabito go tak jak muzułmanie zabijają składane Bogu w ofierze zwierzęta. Nie umiem sobie wyobrazić, co czuł w chwili, gdy klęczał na pustynnym wzgórku, zmuszony do recytacji propagandowych bredni (może wierzył, że gdy zagra swoją rolę, to ocali życie). A zamiast czułej obecności drugiego człowieka, do której każdy ma prawo w chwili śmierci, miał zimne oko kamery i opętanych przez szatana popaprańców.

Jak mam kochać islamistycznego psychopatę?

Mój drugi odruch – też wydaje mi się dość naturalny – to chęć zemsty. Życzenie śmierci skierowane pod adresem zabójcy. Mechanizm jak z kodeksu Hammurabiego, sensacyjnego filmu, albo amerykańskich egzekucji: ktoś kogoś krzywdzi, widz odczuwa napięcie, a ulgę przynosi mu dopiero widok złoczyńcy, który sam ginie w mękach. Nie dziwię się więc sobie, że naprawdę szczerze życzyłem katu Jamesa Foleya, by zginął w pierwszym możliwym amerykańskim bombardowaniu, najlepiej z jak największą grupą swoich kolegów.

Niczego innego nie pragną dla swoich oprawców autorzy starotestamentalnych psalmów złorzeczących. OK, tyle że ja mam być człowiekiem Nowego Testamentu, a tam stoi jak wół:

Wpisz kod rabatowy Holyfood30%

„Kochaj swoich nieprzyjaciół“. To pytanie autentycznie nie daje mi żyć od kilku dni: jak mam kochać islamistycznego psychopatę, który z zimną krwią morduje niewinnego człowieka, a z pewnością zrobiłby to samo i ze mną, i z każdym, kto czyta ten tekst? Jak mam żyć ze świadomością, że to jest mój brat?

Odpowiedzi, które dotąd wypracowałem, z pewnością nie są doskonałe i traktuję je jako materiał wyjściowy do dyskusji. A więc:

1. Mam prawo wesprzeć moralnie i jakkolwiek będzie trzeba, wszystkich, którzy oszołomów z Państwa Islamskiego zamierzają czynnie powstrzymać. Te świry to moi bracia, ale niestety – ci moi bracia to mordercy. W ich postępowaniu trudno dopatrzeć się jakichkolwiek okoliczności łagodzących. Na Bliskim Wschodzie utarło się, że Ameryka (i generalnie Zachód) to całe zło tego świata, odpowiadające za wszystkie nieszczęścia. Osobiście spotkałem tam ludzi obwiniających z całym przekonaniem Busha, Obamę i przeciętnych Amerykanów za choroby ich dzieci, za bezrobocie, za głód. Wielu z nich z pewnością widząc film z egzekucji Foleya, odtańczyło taniec radości podobny do tego, jaki odtańczono by u nas, gdyby ktoś zastrzelił kata amerykańskiego dziennikarza. To szokujące, ale tak jest: są na świecie ludzie, którzy oglądając to samo wideo co my, zło zobaczą w dobru, a dobro w złu.

Nie twierdzę, że Ameryka wszystko robi świetnie, oczywiście że zależy jej przede wszystkim na obronie swoich bliskowschodnich interesów paliwowych, pytanie jednak czy jej przeciwnikom zależy dziś na czymś innym? Państwo Islamskie już przecież zaczyna handlować ropą ze zdobytych szybów i jasne jest, że tym gościom wcale nie chodzi o chwałę Allaha, tylko o władzę i kasę. Jasne, że dziś na świecie rośnie napięcie między tymi, co mają, a tymi co nie mają nic – Państwo Islamskie nie jest jednak w tej opowieści Janosikiem. Jest podającym się za niego okrutnym zabójcą, gwałcicielem i zbrodniarzem.

Co z nim robić? Torturować człowieka nie wolno. Zabijać schwytanego i choćby do szpiku złego, ale bezbronnego, nie wolno, kara śmierci to prymitywna zemsta. Ale zaatakować wojenną bazę świrów szykujących się do mordowania kolejnych zastępów cywili – wolno, a nawet trzeba. Nawet, jeśli wiązać się to będzie z ryzykiem pozbawienia tych naszych braci życia. Podjęli świadomą decyzję, że chcą stanowić zagrożenie, że stają po stronie tych, którzy niosą śmierć. Ich ewentualna śmierć będzie konsekwencją ich własnej decyzji. W każdej chwili mogą ją zmienić, ale nie korzystają z tego prawa. Nawet, jeśli amerykańskie bomby zastaną ich przy śniadaniu, dopóki jest to śniadanie spożywane w przerwie między jednym mordem a drugim, nadal będzie to nasza przed nimi samoobrona. A do tej mamy pełne moralne prawo zwłaszcza w sytuacji, w której nie chodzi o wyposażonych w kije i proce powstańców, którzy wzburzeni ruszają na ciemięzców, a o gości, którzy z najnowocześniejszym sprzętem do masowej zagłady, ruszą, by z zimną krwią, według chorego planu, wymordować dziś setki kolejnych, kompletnie bezbronnych cywili.

Jak mam kochać islamistycznego psychopatę?

2. Ciekawe, że gdyby chodziło o obronę niewinnych ludzi, o znanych mi albo nieznanych cywili, nie mam wątpliwości. Gdyby chodziło tylko o mnie, o moje życie – nie jestem już taki pewien. Sprawa moich kontaktów z moim opętanym bratem wskakuje na inny poziom. To odwołanie zabrzmi w moim kontekście idiotycznie, ale wzorem są tu dla mnie męczennicy pierwszych wieków chrześcijaństwa. Którzy chcieli żyć, ale gdy trzeba było umrzeć też się przed tym nie wzbraniali: na śmierć szli mając ją często serdecznie w nosie, wiedząc, że idą ku lepszemu życiu. I że to właśnie przez tak okazaną wiarę najskuteczniej podzielą się żywą nadzieją i miłością z innymi. Również z tymi, którzy ich zabijają. Którzy ze skandujących „zabić ich“ gapiów, wstrząśnięci, stawali się wyznawcami (i często sami później ginęli).

3. Na strzelaniu na pewno nie można jednak poprzestać. Życie chrześcijanina to nie western, on jednak musi czymś różnić się od „świata“. Poprzestanie na pif paf, będzie znaczyło, że daliśmy się wciągnąć na pole przeciwnika, gramy według jego zasad. On zabija, my zabijamy, kropka. Gdy wokół chrześcijanina rośnie zło, on przede wszystkim powinien lecieć i siać dobro. Być tak zmęczonym sianiem dobra, żeby aż nie mieć czasu na tropienie zła. Dzieliłem się już kiedyś tą myślą:

Gdy na świat przychodzili najwięksi zbrodniarze XX wieku: Lenin, Hitler, Stalin, Bóg nie uśmiercał ich, nie ograniczał im wolnej woli, którą tak koszmarnie wykorzystali – Bóg równolegle siał dobro. Największych świętych poprzedniego stulecia: Karola Wojtyłę, Faustynę Kowalską, Edytę Stein, Maksymiliana Kolbe.

Pszenicę, żeby rosła razem z chwastem, aż do żniwa, gdy okaże się, kto miał rację, kto wygrał życie. Siedzieć przed telewizorem i wygrażać islamistom potrafi każdy głupi. Wstrząs jaki budzi płynąca z ekranu zła energia przerobić na dobro koło nas – to jest Ewangelia. Ktoś parę tysięcy kilometrów stąd popycha świat w stronę przepaści, ja tu, na swoim podwórku, zniweczę jego wysiłki – on zabija, ja dam komuś życie.

W dłuższej perspektywie jest to zaś jedyna sensowna droga prowadząca do spokojnego świata. Najedzone społeczeństwa, w których każdy ma prawo do lekarza, do szkoły, do realizacji swoich marzeń – nie walczą, bo za dużo mają do stracenia (pomijam psychopatyczne jednostki). Walczą ci, którzy do stracenia nie mają wiele, a wydaje im się że mogą dużo zyskać. Tak jest w Afryce, na Bliskim Wschodzie. To na biedzie i frustracji żerują dziś cyniczni, wychowani na bogatej Północy islamistyczni zbrodniarze, chciwi generałowie z różnych junt, wojowniczy dyktatorzy. Gdy odetnie im się społeczne paliwo w postaci rzesz, którym wmówili, że są jedyną nadzieją na zmianę, zatrzymają się i da Bóg, że opamiętają, a jak nie – to wymrą.

Jak mam kochać islamistycznego psychopatę?

4. Podsumowując: chciałbym przejść przez życie nie musząc dokonywać nigdy wyboru: zabić człowieka, czy nie zabić. Jeśli jednak okaże się to niemożliwe (nie daj Boże), przyjmę strategię Sama Childersa, na podstawie biografii którego nakręcono kinowy hit „Kaznodzieja z karabinem“. Childers, były gangster, nawrócony na chrześcijaństwo wyjechał do Afryki by na dobre rozstać się z przemocą i pracować z sierotami. Gdy jednak spotkał dzieciaki porywane do Armi Bożego Oporu psychopaty Josepha Kony’ego, wykorzystywane, terroryzowane, odczłowieczane i wysyłane na śmierć, doszedł do wniosku, że bez użycia przemocy nie da się ich uratować z rąk oprawców. Ci wiele razy najeżdżali zbrojnie jego sierociniec, Childers nie siedział więc i nie łkał, ale dzielnie stawiał im czoła z kałachem w dłoni. Zorganizował też ekipę, która zbrojnie najeżdżała obozy dzieci żołnierzy, by odbić je i przywrócić im szansę na normalne życie. To były jednak tylko działania doraźne – większość życia Childers spędza na karmieniu, leczeniu, uczeniu.

Przemocy należy unikać tak długo, jak tylko się da, ale jak się nie da – to co, mam patrzeć jak mój brat, śmiejąc się nam w nos, zabija moje dzieci?

Jasne, że wolałbym świat bez wojska. Ale zaczynam obawiać się, że ten świat po grzechu pierworodnym jest jednak niemożliwy. Do niedawna wydawało mi się, że jestem radykalnym pacyfistą, ciężko mi było zrozumieć np. wojskowych kapelanów błogosławiących ludzi, którzy niewykluczone, że za chwilę zabiją innych ludzi. Hasło „make food not bombs“ uważam za swoje, a jak przeliczę sobie cenę jednej rakiety na ilość leków, które mógłbym kupić moim afrykańskim podopiecznym, robi mi się słabo. Dziś na żołnierzy patrzę jednak z szacunkiem. Bo widzę, że być może cena jaką płacę za ich utrzymanie, jest ceną za to by moi bliscy – syci, czy głodni, pod kapitalizmem czy pod socjalizmem – mogli jednak żyć. Bo konflikt, który dziś toczy się na świecie, to już nie jest spór Chruszczowa z Kennedym, to konflikt człowieczeństwa z siłą, która nienawidzi człowieka.

Każdy agresor twierdzi dziś, że jego wojna jest sprawiedliwa i w samoobronie? No jasne, ale czy to, że ktoś naciąga jakąś zasadę, podszywa się pod nią w złych zamiarach, automatycznie ją unieważnia, pozbawia sensu?

Za tego człowieka w czarnym stroju, który pozbawił życia Jamesa Foleya i za wszystkich jego popleczników, przyjdzie mi modlić się z trudem, ale skoro Jezus tak mówi – będę się za nich modlił.

Nawet gdyby przyszło mi mierzyć do tego człowieka z broni, do ostatniej chwili będę się modlił, żeby się opamiętał, poddał, żeby nie krzywdził niewinnych ludzi. Właśnie tak będę go kochał, chyba nie umiem inaczej. Jeśli nie zdąży zawrócić – będę płakał nie nad jego śmiercią, ale nad tym że nie zdążył zacząć żyć. Jeśli to on zabije mnie – będę zaś płakał tylko nad tym, że nie zdążyłem umrzeć ze zmęczenia. Pracując nad tym, by nikt już nie musiał szukać rzecznika w ludziach takich, jak mój popaprany brat.

Wesprzyj nas
Szymon Hołownia

Szymon Hołownia

Zobacz inne artykuły tego autora >
Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >