кредиты онлайн в Казахстане кредит на карту онлайн кредит наличными

Jak mam kochać islamistycznego psychopatę?

Kiedy zobaczyłem nagranie przedstawiające odzianego w czerń psychopatę podrzynającego gardło amerykańskiemu dziennikarzowi, moim pierwszym odruchem było nie dające się zmieścić w głowie ani w sercu współczucie dla Jamesa Foleya.

Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Odarto go z godności i intymności, z jego śmierci zrobiono teatr – przebrano w strój, w jaki Amerykanie przebierają więzionych terrorystów, zabito go tak jak muzułmanie zabijają składane Bogu w ofierze zwierzęta. Nie umiem sobie wyobrazić, co czuł w chwili, gdy klęczał na pustynnym wzgórku, zmuszony do recytacji propagandowych bredni (może wierzył, że gdy zagra swoją rolę, to ocali życie). A zamiast czułej obecności drugiego człowieka, do której każdy ma prawo w chwili śmierci, miał zimne oko kamery i opętanych przez szatana popaprańców.

Jak mam kochać islamistycznego psychopatę?

Mój drugi odruch – też wydaje mi się dość naturalny – to chęć zemsty. Życzenie śmierci skierowane pod adresem zabójcy. Mechanizm jak z kodeksu Hammurabiego, sensacyjnego filmu, albo amerykańskich egzekucji: ktoś kogoś krzywdzi, widz odczuwa napięcie, a ulgę przynosi mu dopiero widok złoczyńcy, który sam ginie w mękach. Nie dziwię się więc sobie, że naprawdę szczerze życzyłem katu Jamesa Foleya, by zginął w pierwszym możliwym amerykańskim bombardowaniu, najlepiej z jak największą grupą swoich kolegów.

Niczego innego nie pragną dla swoich oprawców autorzy starotestamentalnych psalmów złorzeczących. OK, tyle że ja mam być człowiekiem Nowego Testamentu, a tam stoi jak wół:

Wpisz kod rabatowy Holyfood30%

„Kochaj swoich nieprzyjaciół“. To pytanie autentycznie nie daje mi żyć od kilku dni: jak mam kochać islamistycznego psychopatę, który z zimną krwią morduje niewinnego człowieka, a z pewnością zrobiłby to samo i ze mną, i z każdym, kto czyta ten tekst? Jak mam żyć ze świadomością, że to jest mój brat?

Odpowiedzi, które dotąd wypracowałem, z pewnością nie są doskonałe i traktuję je jako materiał wyjściowy do dyskusji. A więc:

1. Mam prawo wesprzeć moralnie i jakkolwiek będzie trzeba, wszystkich, którzy oszołomów z Państwa Islamskiego zamierzają czynnie powstrzymać. Te świry to moi bracia, ale niestety – ci moi bracia to mordercy. W ich postępowaniu trudno dopatrzeć się jakichkolwiek okoliczności łagodzących. Na Bliskim Wschodzie utarło się, że Ameryka (i generalnie Zachód) to całe zło tego świata, odpowiadające za wszystkie nieszczęścia. Osobiście spotkałem tam ludzi obwiniających z całym przekonaniem Busha, Obamę i przeciętnych Amerykanów za choroby ich dzieci, za bezrobocie, za głód. Wielu z nich z pewnością widząc film z egzekucji Foleya, odtańczyło taniec radości podobny do tego, jaki odtańczono by u nas, gdyby ktoś zastrzelił kata amerykańskiego dziennikarza. To szokujące, ale tak jest: są na świecie ludzie, którzy oglądając to samo wideo co my, zło zobaczą w dobru, a dobro w złu.

Nie twierdzę, że Ameryka wszystko robi świetnie, oczywiście że zależy jej przede wszystkim na obronie swoich bliskowschodnich interesów paliwowych, pytanie jednak czy jej przeciwnikom zależy dziś na czymś innym? Państwo Islamskie już przecież zaczyna handlować ropą ze zdobytych szybów i jasne jest, że tym gościom wcale nie chodzi o chwałę Allaha, tylko o władzę i kasę. Jasne, że dziś na świecie rośnie napięcie między tymi, co mają, a tymi co nie mają nic – Państwo Islamskie nie jest jednak w tej opowieści Janosikiem. Jest podającym się za niego okrutnym zabójcą, gwałcicielem i zbrodniarzem.

Co z nim robić? Torturować człowieka nie wolno. Zabijać schwytanego i choćby do szpiku złego, ale bezbronnego, nie wolno, kara śmierci to prymitywna zemsta. Ale zaatakować wojenną bazę świrów szykujących się do mordowania kolejnych zastępów cywili – wolno, a nawet trzeba. Nawet, jeśli wiązać się to będzie z ryzykiem pozbawienia tych naszych braci życia. Podjęli świadomą decyzję, że chcą stanowić zagrożenie, że stają po stronie tych, którzy niosą śmierć. Ich ewentualna śmierć będzie konsekwencją ich własnej decyzji. W każdej chwili mogą ją zmienić, ale nie korzystają z tego prawa. Nawet, jeśli amerykańskie bomby zastaną ich przy śniadaniu, dopóki jest to śniadanie spożywane w przerwie między jednym mordem a drugim, nadal będzie to nasza przed nimi samoobrona. A do tej mamy pełne moralne prawo zwłaszcza w sytuacji, w której nie chodzi o wyposażonych w kije i proce powstańców, którzy wzburzeni ruszają na ciemięzców, a o gości, którzy z najnowocześniejszym sprzętem do masowej zagłady, ruszą, by z zimną krwią, według chorego planu, wymordować dziś setki kolejnych, kompletnie bezbronnych cywili.

Jak mam kochać islamistycznego psychopatę?

2. Ciekawe, że gdyby chodziło o obronę niewinnych ludzi, o znanych mi albo nieznanych cywili, nie mam wątpliwości. Gdyby chodziło tylko o mnie, o moje życie – nie jestem już taki pewien. Sprawa moich kontaktów z moim opętanym bratem wskakuje na inny poziom. To odwołanie zabrzmi w moim kontekście idiotycznie, ale wzorem są tu dla mnie męczennicy pierwszych wieków chrześcijaństwa. Którzy chcieli żyć, ale gdy trzeba było umrzeć też się przed tym nie wzbraniali: na śmierć szli mając ją często serdecznie w nosie, wiedząc, że idą ku lepszemu życiu. I że to właśnie przez tak okazaną wiarę najskuteczniej podzielą się żywą nadzieją i miłością z innymi. Również z tymi, którzy ich zabijają. Którzy ze skandujących „zabić ich“ gapiów, wstrząśnięci, stawali się wyznawcami (i często sami później ginęli).

3. Na strzelaniu na pewno nie można jednak poprzestać. Życie chrześcijanina to nie western, on jednak musi czymś różnić się od „świata“. Poprzestanie na pif paf, będzie znaczyło, że daliśmy się wciągnąć na pole przeciwnika, gramy według jego zasad. On zabija, my zabijamy, kropka. Gdy wokół chrześcijanina rośnie zło, on przede wszystkim powinien lecieć i siać dobro. Być tak zmęczonym sianiem dobra, żeby aż nie mieć czasu na tropienie zła. Dzieliłem się już kiedyś tą myślą:

Gdy na świat przychodzili najwięksi zbrodniarze XX wieku: Lenin, Hitler, Stalin, Bóg nie uśmiercał ich, nie ograniczał im wolnej woli, którą tak koszmarnie wykorzystali – Bóg równolegle siał dobro. Największych świętych poprzedniego stulecia: Karola Wojtyłę, Faustynę Kowalską, Edytę Stein, Maksymiliana Kolbe.

Pszenicę, żeby rosła razem z chwastem, aż do żniwa, gdy okaże się, kto miał rację, kto wygrał życie. Siedzieć przed telewizorem i wygrażać islamistom potrafi każdy głupi. Wstrząs jaki budzi płynąca z ekranu zła energia przerobić na dobro koło nas – to jest Ewangelia. Ktoś parę tysięcy kilometrów stąd popycha świat w stronę przepaści, ja tu, na swoim podwórku, zniweczę jego wysiłki – on zabija, ja dam komuś życie.

W dłuższej perspektywie jest to zaś jedyna sensowna droga prowadząca do spokojnego świata. Najedzone społeczeństwa, w których każdy ma prawo do lekarza, do szkoły, do realizacji swoich marzeń – nie walczą, bo za dużo mają do stracenia (pomijam psychopatyczne jednostki). Walczą ci, którzy do stracenia nie mają wiele, a wydaje im się że mogą dużo zyskać. Tak jest w Afryce, na Bliskim Wschodzie. To na biedzie i frustracji żerują dziś cyniczni, wychowani na bogatej Północy islamistyczni zbrodniarze, chciwi generałowie z różnych junt, wojowniczy dyktatorzy. Gdy odetnie im się społeczne paliwo w postaci rzesz, którym wmówili, że są jedyną nadzieją na zmianę, zatrzymają się i da Bóg, że opamiętają, a jak nie – to wymrą.

Jak mam kochać islamistycznego psychopatę?

4. Podsumowując: chciałbym przejść przez życie nie musząc dokonywać nigdy wyboru: zabić człowieka, czy nie zabić. Jeśli jednak okaże się to niemożliwe (nie daj Boże), przyjmę strategię Sama Childersa, na podstawie biografii którego nakręcono kinowy hit „Kaznodzieja z karabinem“. Childers, były gangster, nawrócony na chrześcijaństwo wyjechał do Afryki by na dobre rozstać się z przemocą i pracować z sierotami. Gdy jednak spotkał dzieciaki porywane do Armi Bożego Oporu psychopaty Josepha Kony’ego, wykorzystywane, terroryzowane, odczłowieczane i wysyłane na śmierć, doszedł do wniosku, że bez użycia przemocy nie da się ich uratować z rąk oprawców. Ci wiele razy najeżdżali zbrojnie jego sierociniec, Childers nie siedział więc i nie łkał, ale dzielnie stawiał im czoła z kałachem w dłoni. Zorganizował też ekipę, która zbrojnie najeżdżała obozy dzieci żołnierzy, by odbić je i przywrócić im szansę na normalne życie. To były jednak tylko działania doraźne – większość życia Childers spędza na karmieniu, leczeniu, uczeniu.

Przemocy należy unikać tak długo, jak tylko się da, ale jak się nie da – to co, mam patrzeć jak mój brat, śmiejąc się nam w nos, zabija moje dzieci?

Jasne, że wolałbym świat bez wojska. Ale zaczynam obawiać się, że ten świat po grzechu pierworodnym jest jednak niemożliwy. Do niedawna wydawało mi się, że jestem radykalnym pacyfistą, ciężko mi było zrozumieć np. wojskowych kapelanów błogosławiących ludzi, którzy niewykluczone, że za chwilę zabiją innych ludzi. Hasło „make food not bombs“ uważam za swoje, a jak przeliczę sobie cenę jednej rakiety na ilość leków, które mógłbym kupić moim afrykańskim podopiecznym, robi mi się słabo. Dziś na żołnierzy patrzę jednak z szacunkiem. Bo widzę, że być może cena jaką płacę za ich utrzymanie, jest ceną za to by moi bliscy – syci, czy głodni, pod kapitalizmem czy pod socjalizmem – mogli jednak żyć. Bo konflikt, który dziś toczy się na świecie, to już nie jest spór Chruszczowa z Kennedym, to konflikt człowieczeństwa z siłą, która nienawidzi człowieka.

Każdy agresor twierdzi dziś, że jego wojna jest sprawiedliwa i w samoobronie? No jasne, ale czy to, że ktoś naciąga jakąś zasadę, podszywa się pod nią w złych zamiarach, automatycznie ją unieważnia, pozbawia sensu?

Za tego człowieka w czarnym stroju, który pozbawił życia Jamesa Foleya i za wszystkich jego popleczników, przyjdzie mi modlić się z trudem, ale skoro Jezus tak mówi – będę się za nich modlił.

Nawet gdyby przyszło mi mierzyć do tego człowieka z broni, do ostatniej chwili będę się modlił, żeby się opamiętał, poddał, żeby nie krzywdził niewinnych ludzi. Właśnie tak będę go kochał, chyba nie umiem inaczej. Jeśli nie zdąży zawrócić – będę płakał nie nad jego śmiercią, ale nad tym że nie zdążył zacząć żyć. Jeśli to on zabije mnie – będę zaś płakał tylko nad tym, że nie zdążyłem umrzeć ze zmęczenia. Pracując nad tym, by nikt już nie musiał szukać rzecznika w ludziach takich, jak mój popaprany brat.


Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas
Szymon Hołownia

Szymon Hołownia

Zobacz inne artykuły tego autora >
Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Korzystajmy z kościołów, póki je mamy

Bycie w gronie kilkunastu dziwaków klękających pod wiatą przed białym opłatkiem, w morzu kilkuset zajętych swoimi sprawami ludzi – to naprawdę uczy pokory

Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Nie jestem wielkim fanem popularnych zwłaszcza w czasie wakacji mszy pod gołym niebem – na kajaku, na polanie, czy na plaży. Wyłazi teraz ze mnie (głęboko dotąd ukryty) tradycjonalista, ale jestem zdania, że w Polsce, gdzie kościołów nie brakuje, na liturgię, nawet tę wakacyjną, powinno się jednak pofatygować do pobliskiej świątyni. Zapoznając się przy tym z lokalną parafią, wziąć na siebie modlitwy, które zostawili w tych ścianach miejscowi, zostawić im część swojego jarzma. Nie widząc się, jakoś jednak się przed Bogiem spotkać.

Korzystajmy z tych kościołów póki je mamy, spieszmy się kochać te mury, które naszym braciom na świecie tak ciężko zdobyć i utrzymać.

Kilka dni temu uczestniczyłem we mszach odprawianych pod chmurką (a konkretnie pod wiatą) w ośrodku wypoczynkowym, zarządzanym od niedawna przez polskich jezuitów, nieopodal miasteczka Karakoł nad jeziorem Issyk – kuł w Kirgistanie. Celebransami byli jezuita z polski i jego młody kolega z USA, uczestnikami pomagający w czasie wakacji w ośrodku polscy wolontariusze, polski konsul i ja. Letnicy z trwających podówczas w ośrodku turnusów zajęci byli swoimi sprawami. Zaraz za nami jakieś dzieci z zapałem rysowały, kilka metrów dalej ktoś grał w piłkę, w pobliskiej altance kierowcy mikrobusów zajadali pyszne melony z Doliny Fergańskiej, paląc papierosy, rechocząc i obmyślając głośno kolejne sposoby na podryw nieprzystępnych polskich wolontariuszek. Niepełnosprawny intelektualnie chłopak bawił się z psem i recytował sam do siebie jakieś podniosłe frazy, ktoś okręcony ręcznikiem wracał znad jeziora i z głośnym piskiem wskakiwał pod kran z zimną wodą.

Korzystajmy z kościołów, póki je mamy

Słowa księży, spokojny rytm mszalnych modlitw, to niknął w tym hałasie, to – gdy otoczenie na moment przycichło – znów wracał na pierwszy plan. Najbardziej niesamowite było jednak to, że trwał. Że liturgia wcale nie unieważniła tego harmidru, nie przywołała na ten świat Jezusa, który kazałby wszystkim się zamknąć, zamrzeć w bezruchu, zamilknąć i patrzeć tylko na Niego.

Działo się dokładnie to, co w czasach, w których On był na ziemi. Ludzie wokół żyli swoimi sprawami, świat kręcił się na całego, nie dostrzegając, że jego sens jest nie w centrum ludzkiej uwagi, a zawsze obok: w żłóbku, w Galilei, na krzyżu – który pospiesznie mijali ludzie biegający w ukropie, by przygotować się do uczczenia Boga w czasie święta Paschy.

Wewnątrz świata, ale nie w jego centrum, obok. Niewykluczone, że to właśnie będzie nasza, chrześcijańska „miejscówka“ w Europie najbliższych lat. Nie ma się na to co oburzać, Jezus tego nie robił, nie podbijał siłą centrum świata, Jerozolimy albo Rzymu. Nie wykłócał się o swoje, nie szarpał. Był z ludźmi, był Dobry, mimo że to był Jego świat nie rościł sobie praw do ludzkich serc, do nikogo się nie włamywał, pozostał uzależnionym od gościnności innych przybyszem.

Kto by chciał przekonać się, jak się czuł i co może czekać nas za tych pięćdziesiąt czy sto lat, gdy chcąc niechcąc z Kościoła Triumfującego zmienić się będziemy musieli w Kościół pierwszych chrześcijan, może wybrać się do Kirgistanu. Oszałamiająca przyroda, sympatyczni ludzie, ciekawa mieszanka postsowieckiego bałaganu z duchem Orientu. W całym pięcioipółmilionowym kraju – około dwustu katolików (zdecydowana większość Kirgizów to wyznawcy islamu). Dwie parafie, w Osz i Dżalalabadzie, obsługiwane przez pięciu księży (jeden z nich to miejscowy biskup). W jednej na niedzielną mszę przychodzi zwykle kilkanaście osób, w drugiej dwadzieścia do trzydziestu.

Państwo wymaga, by Kościół katolicki nie prowadził jakiejś rozbudowanej działalności ewangelizacyjnej, księża w miarę możliwości starają się więc gromadzić i docierać do ludzi przez ofertę kulturalno – dobroczynną. Prowadzą zajęcia i obozy językowe dla studentów, starają się dożywiać dzieci w domach dziecka, wszystko w skali mikro, bez spektakularnych efektów ale i bez frustracji, że ich nie ma.

Bycie w gronie kilkunastu dziwaków klękających pod wiatą przed białym opłatkiem, w morzu kilkuset zajętych swoimi sprawami ludzi – to naprawdę uczy pokory. Ale też przypomina, że Kościół nigdy nie przestał być "małą trzódką", nawet jeśli rosnący stan posiadania omamił go kiedyś na tyle, że myślał o sobie inaczej.

Korzystajmy z kościołów, póki je mamy

Świadomość, że jedyną dostępną metodą ewangelizacji jest karmienie głodnych i pomoc w nauce, czyli po prostu bycie dobrym człowiekiem, to też memento które mogłoby przydać się już dziś i nam w Polsce, gdzie ludzie o Bogu słuchać nie chcą, a Kościół ich wkurza. Nie ma się co cisnąć na laicyzację i lamentować nad upadkiem religijnej świadomości oraz obyczajów. Skoro dotychczasowe metody przestają być skuteczne, należy sięgnąć po inne, od zawsze w Kościele obecne. Nie patrząc na to, czy dostaniemy w zamian wyznanie wiary, czy nie dostaniemy (jak pewien muzułmanin, który mojemu znajomemu w jednym z krajów Azji Środkowej zobowiązał się udzielić poważnego rabatu na melony, jeśli tylko wypowie islamskie wyznanie wiary, szahadę), uzdrawiać chorych, pocieszać smutnych, karmić głodnych – dawać nadzieję komu popadnie i nie oglądając się na nic.

Naśladować Jezusa nauczającego już umiemy (czasem próbując ów wzorzec nawet prześcignąć i udoskonalić). Wciąż chyba jeszcze przed nami uczenie się naśladowanie Jezusa leczącego, karmiącego, spotykającego się z ludźmi tak, że natychmiast zostawiali wszystko i szli urzeczeni jego Światłem. To niezbędna umiejętność. Europejczykowi (ale nie tylko) nie starcza dziś wyobraźni, by zobaczyć Boga w niebie, trzeba Mu go więc najpierw spokojnie pokazać w człowieku.


Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas
Szymon Hołownia

Szymon Hołownia

Zobacz inne artykuły tego autora >
Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >