J23 & JP2: sposób na udane życie

Gdy patrzę na obu świętych papieży mam wrażenie, że całe ich życie było jedną wielką jazdą bez trzymanki.

Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Absolutnie zgadzam się z Kasperem Mariuszem Kaproniem, pracującym w Boliwii franciszkaninem, który w ferworze tradycyjnych okołopapieskich dyskusji napisał na swoim Facebooku:

“Przyznam się, że i mnie samego ogarnia czasem wściekłość, gdy wspominam 2005 r. i myślę o tym wszystkim co w nas po tym wyjatkowym czasie zostało. I nie myślę tylko o "narodowych rekolekcjach" związanych z papieskim odchodzeniem, ale także o kapitule mojej prowincji, która rodziła tak wielkie nadzieje, a skończyło się tak jak zawsze. Jestem wściekły.

Jednocześnie jednak wspomnienie tamtych dni odcisnęło trwałe znamię w moim sercu: wtedy byliśmy autentycznie lepsi. Nie udawaliśmy: byliśmy lepsi. Nawet jeśli to trwało tak krótko. Wiem, emocje są nietrwałe. Ale to właśnie one dodają smaku naszej codzienności i bez nich życie byłoby jedynie mechanicznym wykonywaniem obowiązków. Czy nie mówi się, że warto żyć dla jednej chwili? Perpektywa latynoamerykańska uczy mnie także wartości świętowania, przeżywania fiesty.

J23 & JP2: sposób na udane życie

Przecież liturgia to święto. To moment kiedy wchodzimy w inną rzeczywistość i dotykamy nieba. To moment przemienienia na górze Tabor, choć później trzeba zejść i zmierzyć się z codziennością. Dlatego też, tak bardzo bronię "papieskich kremówek" i "czarnych papieskich butów", gdyż one dały (dają) człowiekowi o wiele więcej niż pełne biblioteki zapisanych stron, do których często nikt nie zagląda.

Nie będę w tych dniach w Rzymie, choć bardzo chciałbym tam być. Chciałbym znowu poczuć tę wyjątkową atmosferę, doświadczyć mocy w byciu razem, spojrzeć drugiemu człowiekowi w oczy i zobaczyć tam radość i nadzieję (w drodze do pracy, w autobusie, w pośpiechu jakże często nasze spojrzenia się rozmijają, jakże często widzimy w nich jedynie zmęczenie, rezygnację, czasami nawet złość). Spotkać się z bliskimi, pójść po uroczystości na kawę, zjeść lody… Być tam i być przez kilka godzin lepszym człowiekiem. Dla tych kilku godzin warto żyć”.

Mnie też tam nie będzie. Co mogę zrobić tutaj? A może – zrobić Rzym w Warszawie? Spróbować spotkać się dziś z kimś, tak jak pisze Mariusz. Po wspólnej mszy wypić herbatę i zjeść lody na cześć JP2 i j23. Ale zrobić też jednak cokolwiek, by tych kilka godzin trwało. Nie wiem, to być może kolejne moje skrzywienie, ale strasznie nie lubię usprawiedliwać niekonsekwencji emocjami.

Przecież skoro zdarza się (a dziś się zdarza) w moim życiu coś ważnego, nie chciałbym żeby nie zostawiło śladu. Postawiłem więc sobie cel – przez tydzień po kanonizacji powtarzać sobie codziennie w głowie trzy rzeczy. I błagam – nie namawiajcie mnie od razu: "hej, ale dlaczego przez tydzień – lepiej przez całe życie", z takich zamierzeń nigdy nic nie wychodzi, a jak mi wyjdzie przez tydzień, powalczę o następny, chrześcijaństwo "robi się" krok po kroku, nie susami.

Rzecz pierwsza

Katechizm mówi, że wiara to odpowiedź człowieka na miłość Boga. Teologiczny trik? Nie bardzo. Skoro Bóg pierwszy się we mnie zakochał, to znaczy że zakochał się zupełnie za darmo (bo ja Mu jeszcze nic nie dałem, a On już – jak mówi Pieśń nad Pieśniami – był chory z miłości).

J23 & JP2: sposób na udane życie

Gdy patrzę na obu świętych papieży mam wrażenie, że całe ich życie było jedną wielką jazdą bez trzymanki w wykonaniu ludzi, którzy to załapali. Patrząc na twarze J23 i JP2 widzę kogoś, kto nie tylko kocha, ale przede wszystkim jest kochany i to po nim widać. Po mnie nie widać. Jest nad czym podumać.

Rzecz druga

Z każdym kolejnym tekstem o J23 i JP2 uświadamiam sobie, że ci ludzie, którzy zaszli najdalej w istocie pozwalali się nieść. Wszystkie te "kwiatki" Jana XXIII mówiące o jego ulubionej wieczornej modlitwie: "Panie Boże, świat jest Twój, a ja idę spać", o tym jak po zwołaniu Soboru cierpiał na bezsenność, która ustąpiła gdy powiedział sobie: "Giovanni, kto prowadzi Kościół, Duch Święty, czy ty? Duch Święty, więc ty śpij spokojnie".

Zawołania: Jana Pawła II "Nie lękajcie się", "Totus Tuus" (Cały Twój), "promowanie" kultu Bożego Miłosierdzia, którego mottem jest "Jezu, ufam Tobie", to przecież powtarzanie tej samej najprostszej prawdy wyrażonej w Psalmie 37: ty masz zrobić jedno – zaufać Bogu, a On NAPRAWDĘ, KONKRETNIE, FIZYCZNIE (a nie metaforycznie) zrobi całą resztę.

Rzecz trzecia

I J23 i JP2 po prostu lubili ludzi. I wołali o to, by inni też ich lubili. Albo chociaż ich dostrzegali. Nie było chyba ostatnio papieży (poza Leonem XIII), którzy tak dobitnie i wyraźnie upominali się o godne życie dla ludzi, których świat wyrzucił na śmietnik. Jasne, Jan Paweł II miał kłopot z radykalnymi odłamami teologii wyzwolenia (to długi temat, dlaczego), nie miał jednak nigdy wątpliwości, że należy zrobić wszystko by nie tylko nakarmić głodnych, ale zmienić system, który produkuje głód. Jak przypomina dziś w "Gazecie Wyborczej Ignacy Dudkiewicz z "Kontaktu":

W 1985 roku w Casablance – Jan Paweł II apelował: ''Nikt nie powinien posługiwać się swoim bliźnim, nikt nie powinien wykorzystywać równego sobie, nikt nie powinien gardzić swoim bratem. Pod takimi warunkami będzie się mógł narodzić świat bardziej ludzki, sprawiedliwszy i bardziej braterski, gdzie każdy będzie mógł znaleźć swoje miejsce, w godności i wolności. Ten świat XXI wieku jest w waszych rękach, będzie taki, jakim wy go uczynicie''.

J23 & JP2: sposób na udane życie

Rzecz więc nie tylko w uczynkach miłosierdzia, nie tylko w hojnej jałmużnie. Chodzi również o zmianę logiki, przewartościowanie postaw, wywrócenie stolika, przy którym możni tego świata decydują o losach milionów ludzi słabych, bo młodych, słabych, bo biednych, słabych, bo bezrobotnych, niedołężnych, chorych. Milionów skazanych na takie życie jedynie przez grymas losu (bo uśmiechem tego nie sposób nazwać). Oni sami – przede wszystkim rękami młodych – mają mieć swój udział w przeobrażaniu świata.

Takie przemówienia jak to z Casablanki, ale też encykliki społeczne – ''Laborem exercens'' czy ''Solicitudo rei socialis'' – warto przypominać tym, którzy spośród obfitości refleksji papieża nad kształtem społeczeństwa chcieliby dostrzegać jedynie rocznicowe ''Centesimus annus'' – w historii katolickiej nauki społecznej stanowiące przecież raczej ewenement niż jej opus magnum".

Trzy proste rady od dwóch świętych papieży. Daj się kochać. Daj Mu działać. Polub ludzi. Jak się dziś okazuje – pewny sposób na udane życie.



Szymon Hołownia

Szymon Hołownia

Zobacz inne artykuły tego autora >
Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Zróbmy Papieżowi prezent!

W najbliższą niedzielę nie podglądajmy Jana Pawła II przez kamerę przemysłową, nie kąpmy się w swoich emocjach, wyciągnijmy rękę po Chleb, po który on też w tej chwili sięga.

Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Dziesięć lat temu szczyciłem się jedną z największych w Polsce kolekcji absurdalnych dewocjonaliów, wśród których poczesne miejsce zajmowały przywiezione z pewnego nadmorskiego kurortu gipsowe odlewy popiersia Jana Pawła II, jeden z wbudowanym termometrem, drugi z wieńczącą sylwetkę płetwą (żeby klient pamiętał, gdzie kupił, z gór mogł sobie przecież przywieźć papieża z ciupagą). Przerabianie Jana Pawła II (i większości znanych, wielkich ludzi) na konfekcję nigdy mnie specjalnie nie oburzało, raczej bawiło oraz dostarczało wiedzy o tym, jakie potrzeby siedzą w ludzkich głowach (kultura masowa, również jej religijna odnoga, to rzadko uczta dla poczucia estetyki, ale za to genialny teren badawczy dla socjologa amatora).

Jestem w stanie znieść puzzle z papieżem, breloki, portfele, długopisy, dzbanki i talerze, wiem, że wysycenie papieżem otaczającej nas rzeczywistości apogeum miało już dawno, a jeśli ktoś wciąż ma potrzebę kupić sobie brelok zamiast encykliki – kim ja jestem, żeby go potępiać? Nie składamy się wszak wyłącznie z mózgu; pamięci o najbliższych nie pielęgnujemy przecież wyłącznie czytając ich maturalne (czy doktorskie) prace, to bardzo ludzkie – chcieć mieć zawsze przy sobie czyjeś zdjęcie.

Zróbmy Papieżowi prezent!

Ale w całym tym okołokanonizacyjnym wzmożeniu, natknąłem się też na jedną formę upamiętnienia Wielkiego Rodaka, o której gdy usłyszałem najpierw nie mogłem uwierzyć, później się załamałem, a na końcu trafił mnie po prostu szlag.

W kilku parafiach w Paschę i w dni sąsiednie usłyszałem w ogłoszeniach, że w dniu kanonizacji odwołuje się msze odprawiane w godzinach 10 – 13, tak by umożliwić wiernym spokojne oglądanie transmisji mszy z Rzymu.

Nie jestem księdzem ani teologiem, ale jako prosty świecki wyobrażam sobie jedną okoliczność, która mogłaby uzasadnić odwołanie zaplanowanej Eucharystii: jest nią koniec świata.

Dla Jana Pawła II Eucharystia była osią życia – jego źródłem i szczytem. Miejscem, w którym człowiek stając w realnej Bożej obecności staje się w pełni człowiekiem.

Eucharystia to okno, które pozwala nam dostrzec, jak naprawdę wygląda życie. Że oprócz nas, łażących tu, po ziemi, jest przecież też połączony z nami ściśle (a nie osobno latający w przestworzach) Kościół świętych w niebie. Oni widzą Boga. A jeśli na mszy i my przed owym Bogiem stajemy, to znaczy że widzimy się i z nimi, że to jest realne spotkanie.

Krótko i dobitnie: miejscem, w którym każdy z nas może realnie i skutecznie spotkać się ze świętym jest ołtarz, nie kineskop. Lata gadania i tłumaczenia ludziom, po pierwsze że Jan Paweł II chciał, żeby ludzie patrzyli na Jezusa, nie na niego, po drugie że żadna transmisja nie zastąpi uczestnictwa w żywym zgromadzeniu (tak jak całowanie fotografii nie zastąpi randki z ukochanym/ukochaną), wszystko jednym ogłoszeniem parafialnym można puścić w gwizdek.

Księża mogą sobie teraz powtarzać, że przecież zastrzegli, że kto oglądał transmisję i tak musi iść w niedzielę do kościoła. Za późno, mleko już się rozlało, ludzie dostali jasny message: Pana Jezusa można odwołać, gdy leci coś ważnego w telewizji (nawet gdy jest to kanonizacja Wielkiego Polaka).

Zróbmy Papieżowi prezent!

Proboszczowie, których znam, tłumaczą, że chcieli zrobić swoim wiernym przysługę, ułatwić im życie. Komuś się tu chyba pomyliło, gdzie jest świat realny, a gdzie wirtualny. Mając do wyboru zaproszenie na realną, jak chleb i wino, ucztę Baranka oraz obejrzenie jej transmisji na LCD – kapłan Chrystusa wybiera LCD i to samo zaleca swoim wiernym. Nie będę może już brnął w bardziej rozbudowane komentowanie tego faktu, bo on dostatecznie głośno mówi (ba – wyje) sam za siebie, a mi za chwilę mogłoby nie starczyć emocjonalnej skali.

Zastanówmy się więc, co można zrobić. W sytuacji gdy nasi duszpasterze niesieni falą emocjonalnych uniesień będą toczyć krokodyle łzy przed swoimi plazmami, zadbajmy o swoje dusze sami i przynajmniej my nie zmarnujmy tej cudownej okazji jaką będziemy mieli, by zrobić sobie katechezę, ba – by się po kokardę zanurzyć, w tajemnicy świętych obcowania. A żeby tylko to! Spójrzmy: Niedziela. Okres Wielkanocny. Święto Miłosierdzia. Papież Argentyńczyk i papież Niemiec kanonizujący papieża Włocha i papieża Polaka. Dzień obłędnej radości z tego, że Pan żyje, że Ewangelia Miłości to nie bezdusznie skuteczny duchowy plan Balcerowicza, że jesteśmy częścią tak fascynującego i tak różnorodnego organizmu (bo kto taki narodowościowy miszmasz a na dodatek dwóch żywych papieży obok siebie, byłby sobie w stanie jeszcze pół wieku temu wyobrazić)!

Takich cudów nie przeżywa się za swoimi drzwiami, w swoim fotelu, w takich chwilach naturalnym odruchem jest szukać braci, trzymać się z nimi za ręce przed Panem.

Nie oglądajmy więc transmisji z Watykanu (ja planowałem tak właśnie zrobić, ale przedwczoraj okazało się, że muszę jednak pójść w tym czasie do TVN24, praca – choć za darmo, to chyba jednak raczej "posługiwanie" :) ). Nagrajmy ją sobie na dekoderze, znajdźmy później w internecie. Może jest gdzieś w Polsce jakiś kościół, gdzie księża nie oczadziali i będzie można wraz z nimi zrobić papieżowi największy prezent, jaki każdy naprawdę wierzący człowiek może sobie wyobrazić: za jego przyczyną, dokładnie w chwili jego kanonizacji, podziękować mu za jego dobre życie przed żywym Panem, idąc na mszę. W godzinie gdy Kościół na ziemi uroczyście ogłosi, że ma nadprzyrodzoną pewność, że jeden z naszych braci wygrał życie, że może być inspiracją i orędownikiem dla wszystkich, świętujmy z nim przy tym samym stole, przy którym on właśnie zasiada. Nie podglądajmy go przez kamerę przemysłową, nie kąpmy się w swoich emocjach, wyciągnijmy rękę po Chleb, po który on też w tej chwili sięga.

Na własne życzenie rezygnujemy właśnie z ostatniej szansy, żeby trafić do niegdyś masowo (a dziś tylko sentymentalnie) katolickiego społeczeństwa z MEGAkomunikatem: ludzie, Jan Paweł II ma Wam coś bardzo ważnego do powiedzenia! To orędzie brzmi: "CHRYSTUS ZMARTWYCHWSTAŁ" (a nie: "ja zostaję kanonizowany"). "Otwórzcie drzwi Chrystusowi!" (a nie "zamknijcie na pół dnia kościoły, bo będę w telewizji"). A przed nami największe wyzwanie: uznając to, nie ograniczyć się do skwitowania tego rytualnym samobiczowaniem i nudnymi jak flaki z olejem wymówkami typu: "bo wszyscy Polacy (nie tylko ja) są tacy powierzchowni", bo "kochali papieża, ale go nie słuchali (nie tylko ja, więc mam czyste sumienie)". To wszystko już wiemy.

Teraz mamy jeszcze parę dni, by każdy zastanowił się, co może zrobić, by w tę niedzielę w jego życiu stało się coś więcej niż przyjęcie dawki promieniowania z monitora plus emocjonalny skok ciśnienia i uronienie kilku łez w chusteczkę (objawy wspólne dla oglądania kanonizacji, "Lessie wróć", "Na dobre i na złe" oraz biegów Justyny Kowalczyk).


Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas
Szymon Hołownia

Szymon Hołownia

Zobacz inne artykuły tego autora >
Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >