Innego nie będzie!

O co ja się właściwie modlę, powtarzając codziennie przyjdź Królestwo Twoje?

Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Dokładnie o to, o co modlili się pobożni żydzi przed przyjściem Chrystusa (choć nie znali jeszcze przecież tekstu „Ojcze Nasz“). O to, żeby Pan Bóg kiedyś przyszedł i zrobił wreszcie z tym wszystkim porządek. By złoił skórę tym, co dręczą ludzi: okupantom, spekulantom, malwersantom. By społeczne relacje zaczęły się wreszcie opierać na sprawiedliwości. To moje, amatorskie, wrażenie, gdy czytam Stary Testament: Zbawiciel ma przyjść na ten świat jako król państwa, którego konstytucją będzie sprawiedliwość.

nie ma takiego państwa na świecie, którego konstytucją byłaby po prostu miłość

Zbawiciel przyszedł, ale nie ten na którego czekamy. Ten, Jezus z Nazaretu, ogłosił co prawda przyjście Królestwa, ale zaznaczył że nie jest ono z tego świata. Bo faktycznie – są na świecie państwa, które wpisują sobie do katalogu ustrojowych zasad wolność, równość, braterstwo, a nawet sprawiedliwość, ale nie ma takiego, którego konstytucją byłaby po prostu miłość.

A jeśli miłość jest wartością nadrzędną – wszystko staje na głowie: władza w takim państwie musi być służbą, „święte prawo własności“ czyli gromadzenia, zastępuje obowiązek rozdawania, nie ma już powinności – jest troska. Itd. Itp. Etc.

Piękne. Ale my wciąż czekamy chyba na coś innego, nieco bardziej konkretnego. Na jakąś zmianę epok, grubą kreskę, wielki dziejowy prysznic, na rewolucję, na coś co da się umiejscowić w czasie, co będzie kolejnym aktem Bożego Objawienia.

Innego nie będzie!

Na moment, w którym Bóg wjedzie jak król na ten świat i zasiądzie na tronie. Ewangelia mówi tymczasem: już wjechał, na osiołku. Jego tronem był krzyż i droga do Emaus.

Królestwo Boże już jest na tym świecie i innego nie będzie.

Czekamy na moment, w którym Bóg wjedzie jak król na ten świat i zasiądzie na tronie

To nie pojęcie historyczne, geograficzne, polityczne czy instytucjonalno – religijne. Obywatelami Królestwa są już dziś wszyscy ci, którzy dobrowolnie zgodzili się żyć według naszkicowanej przez Jezusa wspomnianej wyżej konstytucji. Ono jest wszędzie tam, gdzie jest dobry, kochający człowiek.

Innego nie będzie. Wszystko, co czeka nas później, gdy nastąpi koniec świata, będzie po prostu drugim i ostatecznym wezwaniem, by zupełnie za darmo wziąć paszport do Królestwa, w którym na liście najbogatszych nie spotkamy zdaje się wielu tych, których oglądaliśmy dotąd, znajdą się zaś tam ci, którzy umieli kochać. Ludzie o których myślimy sobie (a czasem naszą intuicję potwierdza później Kościół): „święty człowiek“.

Może to kwestia środowiska w którym się obracam, może swoistego zinstytucjonalizowania polskiego głodu i biedy (gdy tylko pojawia się problem, potrzebujący człowiek znika w trybach działającej sensownie lub nie instytucji), może nie do końca słusznego przekonania, że również nasz polski Kościół jest dziś Kościołem najedzonym, w którym często robi się z igły widły, bo można sobie na taki luksus pozwolić wciąż mając pełne świątynie i tak potężną strukturę.

Innego nie będzie!

Jeszcze dziesięć czy piętnaście lat temu, nie umiałbym szczerze powiedzieć: tak, ja też na coś czekam. Na nic nie czekałem. Na co czekać, skoro wszystko jest w miarę OK. Jakoś sobie przecież radzimy, jakoś to wszystko powolutku idzie, wskaźniki spadają, ale przecież nie na łeb na szyję, Caritas funkcjonuje, prześladowań nie ma, więc czasem by nie zasnąć musimy je sobie wymyślać – Pan nam pobłogosławił, mamy spokój. Wezwanie przyjdź Królestwo Twoje znaczyło więc dla mnie tyle, co: super nie jest, ale nie jest najgorzej, daj jednak, Panie, żeby po śmierci było jeszcze lepiej.

Musiałem wyjechać z kraju, wyrwać się z lokalnego kontekstu, w którym hodowałem swoją obojętność, by uświadomić sobie, że:

są ludzie, dla których te słowa z Ojcze nasz, to autentyczny krzyk a nie pobożne murmurando.

fot. www.fundacjakasisi.pl

Że w Papui, w Kongo, w Hondurasie spotykam twarz za twarzą tych, którzy bez miłości jutro zginą. Których nie zbawią opowieści o sprawiedliwości, ale chwila poświęconego im czasu, zauważenie ich i nazwanie ich z imienia, uśmiech lek, woda, kromka chleba. To nie tylko mamy, trzymające na rękach skrajnie niedożywione dzieci. To młody chłopak, którego poznałem w Zambii, który wydał wszystkie oszczędności, by przyjechać do stolicy i od paru lat próbuje stanąć na nogi wykonując jedną z najgorszych prac: sprzedając na skrzyżowaniach zdrapki z doładowaniami do telefonów. To moi znajomi z Meksyku, którzy marzą o tym, by wyrwać się z klatki, w której zamykają ten kraj coraz skuteczniej bezwzględni handlarze narkotyków. To starsi czy chorzy ludzie, których spotykam w Zachodniej Europie, którzy chcieliby się jeszcze na coś przydać, ale nie ma na nich zapotrzebowania, są jak ci robotnicy z Ewangelii, którzy od rana czekają, że coś się wydarzy. Wstają rano, ubierają się porządnie, bo może ktoś zadzwoni, może ktoś wpadnie z wizytą. Nie wpada. Owa słynna cywilizacja śmierci, wszystkie te eutanazyjne kliniki będące dokładną odwrotnością Królestwa pracują dla ludzi, którzy przestali widzieć w oczach innych, że każda ich minuta, zła czy dobra, ma dla kogoś sens. Ci ludzie nie chcą już odejść, bo są tak zmęczeni, chcą odejść bo nie ma już dla nich zajęcia.

Odkąd po raz pierwszy zobaczyłem ten głód Królestwa na świecie, coraz częściej dostrzegam go też w Polsce.

U nas wszystko tylko z pozoru wygląda na „w miarę OK“. U nas też, pod bokiem, za ścianą, na ulicy, ba – w kościelnych ławkach, codziennie spotkać można ludzi, głodnych tego by ktoś wreszcie przestał traktować ich jak interesantów, nupturientów, penitentów, klientów, konsumentów, absolwentów itd. By zobaczył w nich człowieka, którego wewnętrzny reaktor nie wyprodukuje ani odrobiny energii, jeśli nie będzie w nim paliwa miłości.

Innego nie będzie!

To wizja Królestwa, które zapewnia ten właśnie, jedyny niezbędny do życia pierwiastek, tak wybiła z kapci, tych co poszli za Jezusem. To znamienne, że w pierwszym rzędzie poszli za nim właśnie ludzie głodni: biedni, prości, niedoceniani. Syci pozostali w domach. Dziś też zostają. Wychodzą z nich czasem, gdy – zszokowanym – los pozwala im przekonać się na własnej skórze, że ani partie polityczne, ani stan konta, ani dokonania w miłosnych podbojach, ani tytuły, ani nieruchomości, ani podróże ani nawet książki, nie są sensem życia.

Pytanie tylko, czy wtedy natkną się na tych, którzy pokażą im drogę do tego państwa bez ziemi, którego obywatelami mogą stać się już teraz i tu. Czy nadal będziemy ich (i siebie) przekonywać, że teraz trzeba zacisnąć zęby, a później będzie lepiej. A przecież nie będzie lepiej nikomu, kto nie odkrył, że już tutaj może być dobrze. Bo to „tam“, na które czekamy jest tu. I właśnie po to warto już teraz nauczyć się języka Królestwa, by kiedyś, gdy niczego poza nim na ziemi już nie będzie, nie czuć się w nim zagubionym imigrantem.

Wesprzyj nas
KUP Z RABATEM! - 52 furtki do nieba
Szymon Hołownia

Szymon Hołownia

Zobacz inne artykuły tego autora >
Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Adwent. Czas na konkrety

On, z krwi i kości, za chwilę znów może stanąć w drzwiach. I co ja mu wtedy powiem?

Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

W Wielkim Poście częściej niż zwykle przemykają mi przez duszę refleksje dotyczące mojej relacji z Panem Bogiem i z sobą samym, w Adwencie zaś nachodzi mnie potrzeba przemyślenia swoich relacji ze światem. Nie będę kokietował, przekonując, że oba te okresy przeżywam w szczególnym wewnętrznym odosobnieniu, że wystrzeliwują mnie na inną duchową planetę. Jest inaczej – do wody, w której pływam na codzień, w Wielkim Poście i w Adwencie codziennie staram się wrzucić coś, co choć trochę zmieni jej skład. Na stałe. Tak by moje życie również w maju i w lipcu było też trochę Adwentem, a trochę Wielkim Postem. Czasem czekania i czasem czyszczenia miłości.

Adwent w kształcie zbliżonym do tego, który znamy dziś, po praz pierwszy pojawia się w Hiszpanii i Galii w okolicach IV w. Związany wtedy jest ze świętem Objawienia Pańskiego, wówczas znacznie ważniejszym dla chrześcijan od zaczynającego właśnie swoją „karierę“ Bożego Narodzenia. Jak podają encyklopedie, ów galijski adwent ma pokutny charakter. Wkrótce zaczyna być obchodzony również w Rzymie, ale tu nabiera innego odcienia: radości, nadziei na spotkanie. Ostatecznie usankcjonowany w 999 r., staje się tym, czym jest dzisiaj: skupionym wokół czterech niedziel czasem czekania nie tylko na doroczną pamiątkę pierwszego przyjścia Chrystusa na świat, ale i przypomnieniem (o czym chyba niewielu naprawdę pamięta), że nastąpi też drugie. Że żyjemy nie tylko w 2014 r. „po Chrystusie“, ale i w piątym, szóstym a może tysiąc czwartym roku przed Chrystusem.

Te Święta to więc nie przeglądanie rozczulających rodzinnych zdjęć z małym bobo, ale jasny komunikat: On, z krwi i kości, za chwilę znów może stanąć w drzwiach. I co ja mu wtedy powiem? Co zrobię? Jak „zdam sprawę ze swego zarządu“?

Adwent. Czas na konkrety

W Wielkim Poście idę z Chrystusem na pustynię, by znów uczyć się oddzielać to, co jest mirażem od rzeczywistego głosu Boga, w Adwencie przypominam sobie, że każdego dnia dostaję do rąk czas, kapitał 86.400 sekund. Zmarnowałem? Schowałem w skarpecie? Pomnożyłem?

Ostatnio powtarzam wszystkim (bo nie mogę się od tego uwolnić), dane wyczytane w raporcie brytyjskiej organizacji Oxfam. Żyjemy na świecie, w którym 85. najbogatszych osób zgromadziło tyle pieniędzy, co 3,5 miliarda najbiedniejszych. W którym (to już raport Credit Suisse) 10 proc. ludności trzyma w ręku 87 proc. zasobów globu. W którym pół miliarda ludzi umiera z obżarstwa, a miliard z głodu. Oto prawda o stanie naszego Adwentu, o tym jak ludzkość przygotowana jest na przyjście Pana. Możemy zapalić jeszcze milion adwentowych świec, zaśpiewać trzysta kolęd, wewnętrznie wyciszać się i odpływać w klimacie „tej magicznej nocy“, ale gdyby rzeczywiście stało się to, na co – jak deklarujemy – wszystkimi tymi obrzędami czekamy, gdyby dajmy na to 24. grudnia tego roku, na ziemi znów stanął Jezus i obwieścił koniec historii, czy naprawdę moglibyśmy spokojnie spojrzeć Mu w oczy, powiedzieć: „jesteśmy gotowi“?

Jak zmierzyć, czy jesteśmy gotowi? Bóg nie jest wykładowcą ani statystykiem, więc jedyną odpowiedzią, jaką daje człowiekowi zawsze jest drugi człowiek. I ty też tylko w drugim człowieku możesz zobaczyć jak wyglądają twoje relacje z Bogiem, jak Go kochasz, jak na niego czekasz.

Adwent. Czas na konkrety

W jaki sposób Bóg odpowiada na najgłębsze pragnienia Izraela? Nie wykładem, ale Człowiekiem. Gdyby Bóg chciał, mógł przecież przysłać na świat Syna w dojrzałym wieku, by Ten od razu wypełnił swoją misję. Ale Bóg nie chce po prostu „zrealizować zadania“. To nie ratownik medyczny, On jest jak matka. Przychodzi żeby być z ludźmi, a nie żeby im coś „robić“. Całym swoim życiem, ale też życiem swojej Matki i ziemskiego ojca, chce pokazać drogę do szczęścia już tu, na ziemi, choćby wokół paliło się, waliło i grzmiało. Przecież to, co musieli przejść Józef i Maryja w okresie poprzedzającym narodziny Jezusa, to jakiś totalny dramat.

Józef idzie do sezonowych prac budowlanych, wraca, widzi swoją narzeczoną w ciąży. Ta, szczerze go kochająca, co ma mu powiedzieć? Co on ma zrobić w sytuacji, w której wie że za takie rzeczy jego narzeczonej grozi kara śmierci? Nagła ucieczka do Egiptu. Pełen niepewności powrót. A później trzydzieści lat bez (jak możemy się domyślać), codziennych cudownych odwiedzin anielskiej gwardii, która śpiewała dla otuchy piękne pieśni i zapewniała, że wszystko będzie dobrze. Śmierć Józefa, a później lęk, gdy Jezus odchodzi z domu i zaczyna nauczać. I ta egzekucja na Golgocie, gdy serce jej pękło.

Przez cały ten czas Maryja miała na wszystkie swoje pytania tylko jedną odpowiedź: Człowieka, który przy niej rósł. Nie miała podpisanych przez anioła dokumentów, kamiennych tablic. Jedynym dowodem, że Bóg rzeczywiście złożył jej obietnicę i że jej dotrzyma, był jej Syn.

Adwent. Czas na konkrety

Tyle teoretycznych wstępów, teraz czas na konkrety.

Oba zadania, które wyznaczyłem sobie na ten Adwent, mają związek z Maryją. O niej jest ten mój tegoroczny Adwent, u niej przez te cztery tygodnie codziennie szukam inspiracji, wsparcia i natchnienia. Po pierwsze, zdaje się mi mówić, jeśli masz jakieś pytania czy trudności, odpowiedzi nie szukaj w swojej głowie, w myślach, w mocniejszym zaciskaniu powiek na modlitwie – spójrz na stojącego obok człowieka. A jeśli nic nie widzisz, zrób mu coś do jedzenia, okryj, przytul, ułóż do snu. Zadbaj. Tak jak matka dba o swojego syna.

Po drugie: zawierzenie (jak ja strasznie nie lubię tego „skościelniałego“ słowa!). Jak modliła się Maryja? Znajoma wypatrzyła ostatnio w „Gościu Niedzielnym“ tekst o żyjącym w XX wieku w Neapolu mistyku, ks. Dolindo Rutolo, któremu Jezus miał podyktować zamieszczoną niżej modlitwę o skutku piorunującym.

Maryja przeżyła życie tak, jak przeżyła i jest tam, gdzie jest, bo chciała zastosować się do tych wskazań. Niczego innego na ten Adwent sobie i Wam nie życzę. Nie trzeba nic więcej, by być już dziś gotowym na przyjście naszego Pana.

Modlitwa ks. Dolindo Ruotolo

Z jakiegoż to powodu wzburzony ulegasz zamętowi? Oddaj Mi swoje sprawy, a wszystko się ułoży i uspokoi. Zaprawdę powiadam wam, każdy akt prawdziwego oddania i zawierzenia mi przyniesie owoc i rozwiąże napięte sytuacje. Całkowicie zdać się na Mnie oznacza nie zadręczać się i nie wzburzać, nie popadać w desperację, nie napinać się nerwowo, prosząc Mnie, bym idąc waszym zamysłem, przemienił wzburzenie w modlitwę. Całkowicie zdać się na Mnie znaczy zamknąć ze spokojem oczy duszy, odwrócić niespokojną myśl i zamęt i zdać się tylko na Mnie, modląc się słowami:

»Ty się tym zajmij«”.

„(…) Zamknij oczy i pozwól Mi działać, zamknij oczy i pomyśl o teraźniejszości, odwróć wzrok od przyszłości jak od pokusy; odpocznij we Mnie, ufając w Moją dobroć, a zapewniam cię na Moją miłość, że kiedy zwrócisz się do mnie słowami: »Ty się tym zajmij«, oddam się tej sprawie całkowicie, pocieszę cię, wyzwolę i poprowadzę. I kiedy będę musiał poprowadzić cię inną drogą niż tą, którą zaplanowałeś, będę ci przewodnikiem, wezmę na ramiona, przeprowadzę cię, niosąc jak matka niemowlę na rękach, na drugi brzeg. To twój racjonalizm, tok rozumowania, zamartwianie się i chęć, by za wszelką cenę zająć się tym, co cię trapi, wprowadza zamęt i jest powodem trudnego do zniesienia bólu. Ileż to mogę zdziałać, czy mając na względzie potrzeby duchowe, czy też materialne, kiedy dusza zwróci się do mnie słowami: »Ty się tym zajmij«, kiedy zamknie oczy i się uspokoi.

Otrzymujecie niewiele łask, kiedy się zamartwiacie. Wiele zaś łask spada na was, jeśli tylko modlitwa wasza staje się pełnym zawierzeniem i oddaniem się Mi. W bólu i cierpieniu prosisz, bym działał, ale tak jak ty tego chcesz… Nie zwracasz się do Mnie, a chcesz jedynie, bym się dopasował do twoich potrzeb i zamysłów. Nie jesteś chory, skoro prosząc lekarza o pomoc, sugerujesz mu leczenie.

Wesprzyj nas
KUP Z RABATEM! - 52 furtki do nieba
Szymon Hołownia

Szymon Hołownia

Zobacz inne artykuły tego autora >
Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >