Hejt za hejtem. Za hejtem hejt!

Miewam czasem wrażenie, że nasze polskie chrześcijaństwo odeszło od formowania nas na apostołów. My dziś robimy z siebie stróży. Gości, którzy zamiast zarażać świat pięknem Ewangelii, radością Dobrej Nowiny, najpierw muszą ten świat wysterylizować. A z tabernakulum zrobić izolatkę z kodami dostępu i masą ochronnych ubrań w poczekalni.

Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Od niemal dekady jestem posiadaczem wiejskiego obejścia, z ekspercką pewnością mogę więc stwierdzić: to, co wyrasta z ziemi i ma liście (albo igły), ma też korzenie pod ziemią. Korzeni nie widać, ale one są. To co widać wyrasta więc z tego, czego nie widać.

Eksperci od życia duchowego twierdzą, że podobnie jest z ludźmi. Wszystko co widać: całe nasze świadome zachowanie, gesty, słowa, emocje – ma swoje korzenie w sferze duchowej, z niej wyrasta. Co można by więc powiedzieć o życiu duchowym Polaków na podstawie analizy mediów, których ostatnio przestałem używać, ale coś mnie podkusiło i właśnie zerknąłem sobie, co w nich słychać?

Jasne, mam świadomość, że wszystkie generalizacje są naciągane, a to co proponuję to tylko intelektualna zabawa. Ale jak obfitująca w doznania! Wspomniane przeglądanie zakończyłem po kwadransie, niemal pozwoliłem by trafił mnie szlag, tego nie dało się wytrzymać. Nie wiem, może po długim okresie siedzenia głową w zupełnie innej atmosferze (Afryki i mojej fundacji), wchodząc na polskie portale reaguję jak ktoś, kto życie spędza w Dolinie Strążyskiej, a nagle każą mu się przyssać do rury wydechowej warszawskiego samochodu. Skąd w tych ludziach tyle niechęci do innych, tak rozszalała skłonność do osądzania?

Hejt za hejtem. Za hejtem hejt!

Ktoś nienawidzi i osądza dziennikarzy, których rodzice byli komunistami. Odpowiedzią jest nienawiść i osądzanie tych, co pierwsi znienawidzili i osądzili tamtych. Podobny proces z Owsiakiem: jedni go nienawidzą i osądzają (znany prawicowy publicysta pisze nawet na Facebooku: "Jak ja się tym Jurkiem brzydzę…"), w reakcji natychmiast mieszanie z błotem tych, co mordobicie zaczęli. Nawet o decyzjach papieża Franciszka (np. tych kasujących kolorowe księże fatałaszki, albo o chrzcie nieślubnego dziecka) opowiada się w tym samym kluczu: przecież wiadomo, że Franciszek zrobił to po to, by upokorzyć polskiego infułata, który lubił swoją mitrę oraz gamoniowatego proboszcza, który takiego dziecka ochrzcić nie chciał (bo nie lubił i osądzał z kolei jego rodziców).

Jasne, można próbować przebijać się do takich debat z tak zwanym zdrowym rozsądkiem. Absurdalnym lustratorom przodków przypomnieć choćby genealogię Jezusa, w której występuje Dawid (cudzołóżnik i morderca, fakt że później nawrócony). Hejterom Owsiaka uświadomić, że wpadli w pułapkę niedojrzałości: oni w każdej wystającej trochę ponad tłum postaci natychmiast szukają sobie ojca, skończonego autorytetu, drugiego papieża. Każdy kto przelatuje im przed nosem natychmiast musi więc zostać opisany na zerojedynkowej skali, dlatego nasze życie publiczne to dziś przemieszany katalog mesjaszy oraz antychrystów. Ludzie, spokojnie! Prowadzący dobroczynną fundację nie musi być święty, przez wszystkich kochany oraz może mieć poglądy polityczne i rozrywkowe różne od kilku milionów Polaków. Robi to, co robi najlepiej jak umie, a jak się z nim nie zgadzasz – po prostu daj temu, z kim się zgadzasz. Nie poprzestawaj na negacji, nie młotkuj Owsiaka Caritasem. Już nawet o dobro nie jesteś w stanie walczyć tak, żeby nikogo przy tym nie znienawidzić?

Hejt za hejtem. Za hejtem hejt!

Wszystkim antyklerykałom, którzy tłuką teraz polskiego księdza Franciszkiem można by pokazać, że i u nas takich Franciszków znajdzie się kilku (podobnie jak w Watykanie znajdzie się kilku abp Głódziów).

Moim chrześcijańskim współbraciom, którzy niepytani biegają ludziom po sypialniach, badając kto się z kim rozwiódł i jak jeszcze grzeszy, serdecznie pragnę polecić, by zamiast obszczekiwać moralne podwórko "dając świadectwo prawdzie", dawali je raczej stałym doskonaleniem własnego życia. No chyba, że pokażą mi kogoś, kto nawrócił się, kto zakochał się w Jezusie, słysząc jak bracia "katole" głoszenie Ewangelii zastąpili redagowaniem "Etycznego Pudelka", jeżdżeniem np. po skomplikowanym życiu osobistym byłego agenta Tomcia. Wtedy zwrócę honor.

Gdzie szukać duchowego korzenia tych szkodliwych wyziewów?

Stawiam tezę, że w nieuświadomionej a mocno w nas zakorzenionej pysze. Mającej chyba korzeń w naszych mesjańsko – martyrologicznych dziejach, toczącej nas od spodu melancholii ewangelicznych starszych synów. Przekonanych, że chrześcijańskie życie to wyścig, na którego mecie czeka Jezus, który udekoruje tych, którzy okażą mu najbardziej okazałe nagniotki od klęczenia oraz wykażą największą moralną punktacją (czyli nas, bośmy się dla Niego napocili). Niezdolnych do szaleństwa w miłości. Pisałem już o tym na stacji7.pl: miewam czasem wrażenie, że nasze polskie chrześcijaństwo odeszło od formowania nas na apostołów. My dziś robimy z siebie stróży. Gości, którzy zamiast zarażać świat pięknem Ewangelii, radością Dobrej Nowiny, najpierw muszą ten świat wysterlizować. A z tabernakulum zrobić izolatkę z kodami dostępu i masą ochronnych ubrań w poczekalni.

Dobra Nowina w takim naszym wydaniu staje się nie wybawieniem dla słabych, ale nagrodą dla mocnych. Ludzie odwracają się od niej, widząc ile warunków wstępnych należy spełnić by do naszego klubu się zapisać. Zamiast snuć jednak czcze i smętne analizy (i samemu wpadać w opisane wyżej sidła), może lepiej od razu "zapodać" lekarstwo?

Ilekroć wchodzę na facebookowy profil mojej fundacji, nie mogę się nadziwić temu, co tam się teraz dzieje. Tysiące ludzi, którzy poruszeni śmiercią jednego z naszych chorych na AIDS wychowanków połknęli bakcyla, odkryli ile frajdy daje wspólnota, robienie dobra nawet najmniejszymi krokami i modlą się razem, poznają, budują więzi, spotykają, wpłacają, cieszą się jak dzieci, a wielu z nich zauważa: wreszcie uwierzyliśmy, że ludzie są dobrzy i od razu zaczęliśmy oddychać.

Hejt za hejtem. Za hejtem hejt!

Bo ludzie są dobrzy. Czasem miewają debilne zachowania (na naszym profilu też co parę godzin trzeba blokować jakiegoś matołka, który wypisuje, żeby czarnych wysłać do Afryki albo kupić im banany), ale to wynika z ich dramatycznej niewiedzy lub ze zbyt małej ilości przytulania w dzieciństwie. Najfajniejsze jest to, że każdy może zrobić coś dobrego. Codziennie. Prawie w każdej chwili. To byłaby chyba najbardziej potrzebna nam dzisiaj Wielka Orkiestra: taka, która zachęciłaby rodaków, by znów się do siebie uśmiechnęli. By zobaczyli, że tak mogą. Jestem pewien, że w następstwie to tchnęłoby życie i w nasze chrześcijaństwo i w akcje dobroczynne, ba – nawet w głupiejące media.

Banalne? To spróbujcie dziś wprowadzić to w życie.


Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas
Szymon Hołownia

Szymon Hołownia

Zobacz inne artykuły tego autora >
Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Na starość zmieniam poglądy

W wydawnictwie "Znak" marudzą, że bardzo się przez ostatni rok postarzałem. To prawda, a kolejny dowód zamierzam właśnie przedstawić. Na starość zmieniam poglądy.

Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Dotąd byłem na ten przykład gotów dać się pokroić za tezę, że noworoczne postanowienia są bez sensu, są rodzajem nisko przeze mnie cenionej (w czasie pokoju) zrywowo – powstańczej mentalności. Zamiast metodycznie, centymetr po centymetrze, powiększać przestrzeń wolności w sobie, ruszamy na bój, wdrażamy wielki program zamiany ciała na ducha, zwieńczony gromkim hasłem (autorstwa genialnego dominikańskiego kaznodziei): "Przyjaciele! Wolą w gruczoł!"

1. stycznia zakładam więc sobie, że teraz skoczę wzywż dziesięć metrów, schudnę dwadzieścia kilo, przestanę palić, jeść słodycze, brzydko się wyrażać, będę dla wszystkich miły, pójdę na siłownię, na jogging, będę co rano wstawał godzinę wcześniej na modlitwę, w weekendy wyłączę komórkę i nie będę przedawkowywał seriali (Nie! Nie! Tylko nie zabierajcie mi seriali! Jak żyć bez mojego ukochanego "Downton Abbey"?!).

5. stycznia jest już zwykle po robocie. Zaliczone dwie lub trzy wtopy w każdej "postanowionej" dziedzinie prowadzą do machnięcia ręką i odłożenia poprawy na tzw. Święty Nigdy. Gorycz porażki topimy jeszcze zwykle wtedy w małym samobiczowanku ("ech, człowiek jest jednak taki grzeszny, tak słaby"), względnie żałosnej aprecjacji ("a co, a co, i tak mam zawsze pod górkę, to może mi się też coś od życia należy").

Na starość zmieniam poglądy

Ja ten mechanizm znam już aż za dobrze. Wiem też doskonale ile spustoszeń na przykład w życiu duchowym potrafi zrobić takie właśnie "etapowe", "odcinkowe" (nie umiem tego nazwać inaczej) myślenie. Przekonanie, że życie to nie bycie, a robota. Teraz jest źle, ale się zepnę i będzie już tylko dobrze. Teraz męczy mnie ziemska egzystencja na tym łez padole, ale później przyjdzie po mnie Jezus i odtąd będę "robił" w raju. To jest naprawdę kopernikański przewrót: zobaczyć swoje życie nie jak sumę odrębnych odcinków, ale jako całość. Zobaczyć przyszłość i przeszłość w swojej teraźniejszości. Oj, jak dobrze znam to zjawisko z autopsji: czasem najzacieklej czekają na Jezusa ci, do których on już dawno przyszedł. Usychają z tęsknoty za znakami z nieba ci, którym wszystkie znaki (tylko nie takie, jak oni chcą) codziennie spadają na głowę. Królestwo Boże nie tyle nadejdzie, co już jest. Zbawienie nie nastąpi po śmierci, ono już w nas pracuje. Życie to nie schemat: "ziemia – przerwa – niebo". Niebo zaczyna się tutaj, a ziemia kończy się tam.

Nie wiem, co mnie trafiło, ale w tym roku, dokładnie pierwszego stycznia przyszły mi więc do głowy zupełnie nowe postanowienia. Nie mające zmienić mojej przyszłości, ale zwiększyć gęstość teraźniejszości, którą będzie całe moje życie. Nie z dziedziny: co mam zrobić, ale jaki mam próbować być. Tu i w wieczności. Gdy mi się tutaj nie uda – nie przestając próbować. Bo wciąż będzie na to przestrzeń: mogę machnąć ręką i stwierdzić, że nie ma sensu już czegoś robić, ale nie mogę przecież machnąć ręką i powiedzieć: dobra, to przestaję być.

Na starość zmieniam poglądy

Nie wiem, czy te postanowienia dla kogoś jeszcze będą miały sens, dla mnie mają. Nie bardzo nawet chyba umiem je jakoś obszernie komentować, wierzę że są w stanie wypowiedzieć się same, za siebie. Idą tak:

1. Być w tym roku mniej sędzią, a bardziej kimś, kto współczuje. Bo sędziów ma ten świat już w nadmiarze, za mało ma troski i czułości.

2. Nigdy nic (od nikogo i od świata) nie oczekiwać. Na wejściu uznać że nie ma się prawa do niczego, a więc jeśli coś się dostanie – wypada być wdzięcznym. Nie czekać nerwowo przebierając nogami, ale tymiż nogami zatańczyć dziki taniec radości, gdy jednak coś się stanie.

3. Sprawić światu wokół jak najmniej ambarasu swoim istnieniem. Spalić jak najmniej tlenu z atmosfery. Swoimi emocjami, sądami, problemami. Złote zasady ekologów przełożyć na życie duchowe – zostawiać po sobie jak najmniej śladów, które niszczą wszystko wokół. Uważać na to co się duchowo je, na to co się mówi, nie narzucać się, nie napinać, w porę gasić światło.

Osiem dni z tym chodzę, raz mi się udaje, raz nie. Ale właśnie dlatego, że chodzi o bycie, a nie robienie, jest łatwiej, bo każdego dnia mogę zacząć być zupełnie od początku. Chrześcijanin w tym akurat powinien być specjalistą. Powinien – kolejne bolesne doświadczenie z autopsji – to słowo robi wielką różnicę. 


Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas
Szymon Hołownia

Szymon Hołownia

Zobacz inne artykuły tego autora >
Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >