Ekumenizm to nie wizyta w ZOO

Oni przez szybkę popatrzą sobie na katolickiego dziwoląga, my zobaczymy brodacza z dziwną stułą. I będziemy sobie później opowiadać: no, patrzcie państwo, i takie cuda chodzą dzisiaj między chrześcijanami.

Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

W moich rodzinnych stronach żyje wielu prawosławnych. Gdy zaczynałem tam swoje kościelne życie, doroczny "Tydzień Modlitw o Jedność Chrześcijan" bywał raczej "Tygodniem Modlitw o Nawrócenie Schizmatyków oraz Utwierdzenie Nas w Przekonaniu Jacy Jesteśmy Fajni". Obie strony pilnowały, by do swoich świątyń delegować niską rangą delegację, zdarzało się, że z okazji "modlitw o jedność" rozkręcały się jakieś nowe bitwy.

Dziś głupiej wojny już nie ma. Wciąż nie ma jednak jeszcze radości z tego, że za ścianą żyje nasza najbliższa rodzina. Jest szacunek, ale po obu stronach brak głodu jedności, celebrowania wspólnej tożsamości. OK, pokłóciliśmy się dziesięć wieków temu o politykę, o styl, o organizację, o papieski prymat oraz o "filioque" (zdanie w wyznaniu wiary, chrześcijanie wschodni nie zgadzają się na to, że Duch Święty pochodzi "od Ojca i Syna", ich zdaniem pochodzi "od Ojca przez Syna"), ale ile pozwolimy jeszcze owej paranoi żyć? Nie wiem: może musimy jeszcze bardziej dostać od otoczenia w kość, żebyśmy się zaczęli wreszcie trzymać razem i wspierać? Przecież mamy na tym świecie tylko siebie.

Bo ekumenizm to przecież nie wizyta w ZOO: oni przez szybkę, popatrzą sobie na katolickiego dziwoląga, my zobaczymy brodacza z dziwną stułą. I będziemy sobie później opowiadać: no, patrzcie państwo, i takie cuda chodzą dzisiaj między chrześcijanami. Prawdziwy kłopot z ekumenizmem tkwi w tym, że dla wielu z nas rozłam chrześcijaństwa nie jest żadnym bólem ani problemem. Że nie tęsknimy za naszą rodziną. My powtarzamy: pełnia Objawienia trwa w katolicyźmie, prawosławni mogą się do nas przyłączyć. Prawosławni powtarzają: katolicy zrobli schizmę, jak chcą to niech przyjdą i przeproszą. A przecież, choć nasi przodkowie poróżnili się co do interpretacji, istota naszej wiary pozostała ta sama: z prawosławnymi łączy nas przecież to, co najważniejsze: Eucharystia (którą rozumiemy i przeżywamy praktycznie tak samo), niepodzielny Chrystus.

Ekumenizm to nie wizyta w ZOO

Moim domem jest Kościół katolicki, ale strasznie mi w nim moich braci prawosławnych brakuje. Autentycznie boli mnie to, że nie mogę przystępować u nich do komunii (a oni zasadniczo u mnie też nie, ale już np. w warunkach zagrożenia życia obustronne obostrzenia – co ciekawe – nie obowiązują). Może ten mój ból to antycypacja przyszłego życia, bo głęboko wierzę, że u Boga nie ma specjalnej sekcji dla jednych i dla drugich. W katolicyźmie czuję się świetnie, ale przebywając wśród nich dostaję dodatkowych skrzydeł, moich wschodni bracia i siostry pomagają mi głębiej przeżywać moją własną tożsamość, bez nich – coś ważnego tracę.

Inspiruje mnie u nich inna od mojej, zachodniej, wrażliwość. W naszej wierze wielką rolę odgrywa prawo i rozumowe rozkminiania. W prawosławiu jest prawie wyłącznie ascetyka i mistyka. My przeistoczenie w czasie mszy tłumaczymy transsubstancjacją, oni nic nie tłumaczą, mówią: to cud i kropka. My kochamy Boga głównie mózgiem, oni całą resztą człowieka. To od prawosławnych wziąłem (i wdrożyłem do swojego katolicyzmu) Modlitwę Jezusową, ikonę, przeżywanie liturgii jako rzeczywistości zanurzającej w kontemplacji nie tylko duszę, ale i psyche i ciało.

Ekumenizm to nie wizyta w ZOO

To prawosławni pomogli mi na nowo odkryć pierwszych chrześcijan, Ojców Pustyni (bo u nas można czasem mieć wrażenie, że chrześcijaństwo zaczęło się od świętego Tomasza). To oni przechowali u siebie dziedzictwo (czasem realne, czasem legendarne – zawsze inspirujące) pierwszych świętych Kościoła. U nas zdaje się obowiązywać zasada: "im święty bliższy nam, tym lepszy", u nich jest odwrotnie. Więc czczą np. świętą Fotynę, czyli Samarytankę, z którą Jezus rozmawiał przy studni. Pierwszych męczenników mają na ikonach tylu, że nie zmieściliby się nawet na hektarach licheńskich polichromii.

To prawosławni utwierdzili mnie w potrzebie posiadania przewodnika duchowego (w prawosławiu nazywa się go często "starcem"). To oni zmusili mnie do przemyślenia sobie na nowo kwestii czyśćca (tyle razy się z nimi o to spierałem, w ich teologii czyśćca nie ma). To oni kazali mi jeszcze raz przepracować w sobie kwestię soborowości Kościoła. To z grubsza pytanie, na czym buduje się Kościół – na autorytecie jednostek, czy na słynnym zdaniu "Duch Święty i my" (wierząc w zmysł wiary całej wspólnoty wiernych, przez którą – gdy zbiera się razem – mówi Bóg). To jasne, że jak każdą zbiorowość trzeba ich ułożyć w jakieś struktury. U prawosławnych obowiązuje model, w którym nie ma kościelnej centrali, a każda z lokalnych wspólnot jest samodzielnym Kościołem (teoria i tak rozjechała im się jednak w końcu z praktyką, bo w tych samodzielnych Kościołach robią dziś dokładnie to samo, co my w swoim, zarządzanym centralnie, formując sobie "mini-Watykany").

Wgryzam się coraz głębiej w prawosławną teologię małżeństwa. Gdzie materią sakramentu jest nie tyle "akt woli" (jak u nas), ale miłość. Jeśli małżonkowie ją zniszczą (co jest ciężkim grzechem), po zbadaniu sprawy przez Kościół, można jednak z takiego związku zdjąć błogosławieństwo i pozwolić dokonać wyboru jeszcze raz. Zdaniem prawosławnych nie łamie to ewangelicznego zakazu rozwodów (bo sam Chrystus zrobił przecież, ich zdaniem, jeden wyjątek). Jasne, człowiek zawierając ślub przed Bogiem wchodzi w Jego rzeczywistość i włącza swoją miłość w Jego miłość (a Pan Bóg kocha niezmiennie, wiernie i nie bierze rozwodów), ale człowiek to jednak nie anioł, naturę ma upadłą i choć jego akt woli może być szczery, to w ziemskich warunkach realizację może schrzanić na amen, miłość redukując do zaciskania zębów. Czy nie ciekawie byłoby dowiedzieć się więcej od prawosławych, jak oni to widzą? Czy nie warto – pozostając na katolickich pozycjach – wgryźć się w temat dogłębnie, by lepiej zrozumieć, dlaczego my myślimy tak, jak myślimy, żyjemy jak żyjemy?

Ekumenizm to nie wizyta w ZOO

Wnioski?

Może z okazji "Tygodnia Modlitw o Jedność Chrześcijan" katolik przeczytałby choć jedną prawosławną książkę? Zaszedł na chwilę do cerkwi, poszukał ikony? Albo choćby wszedł na serwis cerkiew.pl i przez kwadrans sobie poczytał, co u kuzynostwa słychać (prawosławni, nawiasem mówiąc, też mogliby zresztą zerknąć do naszych rzeczy bez właściwego im czasem podejścia: ojej, nie będę tykał, bo to na pewno schzimatyckie)?

Dlaczego tyle miejsca poświęcam prawosławnym, a nie protestantom? Z prawosławnymi łączy mnie i chrzest i Eucharystia i Pismo, z protestantami – chrzest i Pismo (zasadniczo, bo np. u luteran, choć msza nie jest ofiarą i nie jest sprawowana przez kapłana, wierzą oni, że Jezus jest realnie obecny w Najświętszym Sakramencie, choć tylko do momentu spożycia komunii). Ale też mam się czego od nich uczyć.

Do listy ekumenicznych zadań chętnie dodam więc wysłuchanie jednej z (dostępnych w sieci) konferencji świetnej protestanckiej "kaznodziejki" Joyce Meyers, a przede wszystkim: odkurzenie i otwarcie Biblii (umówmy się, że zadanie zalicza również klik na twojabiblia.pl). Zażyłość jaką protestanci mają z Żywym Słowem Boga jest dla nas zawstydzająca. Coś wreszcie można by z tym zrobić.

Ekumenizm to nie wizyta w ZOO

A czego oni mogą nauczyć się od nas? Mają u nas przecież prawdziwe skarby w megaobfitości. W Polsce jest im czasem psychicznie trudniej zdobyć się na takie otwarcie, bo będąc w mniejszości skupiają się na pielęgnowaniu własnej tożsamości. Jednak jeśli tego nie zrobią – ich strata.

Ja zaś bardzo nie lubię zajmować się formowaniem innych, póki sam mam wiele do zrobienia w zakresie formowania samego siebie. A skoro ostatnio chodzi za mną głębokie natchnienie, że mogę i powinienem uczyć się od mrówki (która ma dwa żołądki, jeden do odżywiania samej siebie, drugi – do żywienia innych), to chyba od ludzi, z którymi łączy mnie ten sam chrzest, mogę uczyć się tym bardziej?


Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas
Szymon Hołownia

Szymon Hołownia

Zobacz inne artykuły tego autora >
Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Hejt za hejtem. Za hejtem hejt!

Miewam czasem wrażenie, że nasze polskie chrześcijaństwo odeszło od formowania nas na apostołów. My dziś robimy z siebie stróży. Gości, którzy zamiast zarażać świat pięknem Ewangelii, radością Dobrej Nowiny, najpierw muszą ten świat wysterylizować. A z tabernakulum zrobić izolatkę z kodami dostępu i masą ochronnych ubrań w poczekalni.

Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Od niemal dekady jestem posiadaczem wiejskiego obejścia, z ekspercką pewnością mogę więc stwierdzić: to, co wyrasta z ziemi i ma liście (albo igły), ma też korzenie pod ziemią. Korzeni nie widać, ale one są. To co widać wyrasta więc z tego, czego nie widać.

Eksperci od życia duchowego twierdzą, że podobnie jest z ludźmi. Wszystko co widać: całe nasze świadome zachowanie, gesty, słowa, emocje – ma swoje korzenie w sferze duchowej, z niej wyrasta. Co można by więc powiedzieć o życiu duchowym Polaków na podstawie analizy mediów, których ostatnio przestałem używać, ale coś mnie podkusiło i właśnie zerknąłem sobie, co w nich słychać?

Jasne, mam świadomość, że wszystkie generalizacje są naciągane, a to co proponuję to tylko intelektualna zabawa. Ale jak obfitująca w doznania! Wspomniane przeglądanie zakończyłem po kwadransie, niemal pozwoliłem by trafił mnie szlag, tego nie dało się wytrzymać. Nie wiem, może po długim okresie siedzenia głową w zupełnie innej atmosferze (Afryki i mojej fundacji), wchodząc na polskie portale reaguję jak ktoś, kto życie spędza w Dolinie Strążyskiej, a nagle każą mu się przyssać do rury wydechowej warszawskiego samochodu. Skąd w tych ludziach tyle niechęci do innych, tak rozszalała skłonność do osądzania?

Hejt za hejtem. Za hejtem hejt!

Ktoś nienawidzi i osądza dziennikarzy, których rodzice byli komunistami. Odpowiedzią jest nienawiść i osądzanie tych, co pierwsi znienawidzili i osądzili tamtych. Podobny proces z Owsiakiem: jedni go nienawidzą i osądzają (znany prawicowy publicysta pisze nawet na Facebooku: "Jak ja się tym Jurkiem brzydzę…"), w reakcji natychmiast mieszanie z błotem tych, co mordobicie zaczęli. Nawet o decyzjach papieża Franciszka (np. tych kasujących kolorowe księże fatałaszki, albo o chrzcie nieślubnego dziecka) opowiada się w tym samym kluczu: przecież wiadomo, że Franciszek zrobił to po to, by upokorzyć polskiego infułata, który lubił swoją mitrę oraz gamoniowatego proboszcza, który takiego dziecka ochrzcić nie chciał (bo nie lubił i osądzał z kolei jego rodziców).

Jasne, można próbować przebijać się do takich debat z tak zwanym zdrowym rozsądkiem. Absurdalnym lustratorom przodków przypomnieć choćby genealogię Jezusa, w której występuje Dawid (cudzołóżnik i morderca, fakt że później nawrócony). Hejterom Owsiaka uświadomić, że wpadli w pułapkę niedojrzałości: oni w każdej wystającej trochę ponad tłum postaci natychmiast szukają sobie ojca, skończonego autorytetu, drugiego papieża. Każdy kto przelatuje im przed nosem natychmiast musi więc zostać opisany na zerojedynkowej skali, dlatego nasze życie publiczne to dziś przemieszany katalog mesjaszy oraz antychrystów. Ludzie, spokojnie! Prowadzący dobroczynną fundację nie musi być święty, przez wszystkich kochany oraz może mieć poglądy polityczne i rozrywkowe różne od kilku milionów Polaków. Robi to, co robi najlepiej jak umie, a jak się z nim nie zgadzasz – po prostu daj temu, z kim się zgadzasz. Nie poprzestawaj na negacji, nie młotkuj Owsiaka Caritasem. Już nawet o dobro nie jesteś w stanie walczyć tak, żeby nikogo przy tym nie znienawidzić?

Hejt za hejtem. Za hejtem hejt!

Wszystkim antyklerykałom, którzy tłuką teraz polskiego księdza Franciszkiem można by pokazać, że i u nas takich Franciszków znajdzie się kilku (podobnie jak w Watykanie znajdzie się kilku abp Głódziów).

Moim chrześcijańskim współbraciom, którzy niepytani biegają ludziom po sypialniach, badając kto się z kim rozwiódł i jak jeszcze grzeszy, serdecznie pragnę polecić, by zamiast obszczekiwać moralne podwórko "dając świadectwo prawdzie", dawali je raczej stałym doskonaleniem własnego życia. No chyba, że pokażą mi kogoś, kto nawrócił się, kto zakochał się w Jezusie, słysząc jak bracia "katole" głoszenie Ewangelii zastąpili redagowaniem "Etycznego Pudelka", jeżdżeniem np. po skomplikowanym życiu osobistym byłego agenta Tomcia. Wtedy zwrócę honor.

Gdzie szukać duchowego korzenia tych szkodliwych wyziewów?

Stawiam tezę, że w nieuświadomionej a mocno w nas zakorzenionej pysze. Mającej chyba korzeń w naszych mesjańsko – martyrologicznych dziejach, toczącej nas od spodu melancholii ewangelicznych starszych synów. Przekonanych, że chrześcijańskie życie to wyścig, na którego mecie czeka Jezus, który udekoruje tych, którzy okażą mu najbardziej okazałe nagniotki od klęczenia oraz wykażą największą moralną punktacją (czyli nas, bośmy się dla Niego napocili). Niezdolnych do szaleństwa w miłości. Pisałem już o tym na stacji7.pl: miewam czasem wrażenie, że nasze polskie chrześcijaństwo odeszło od formowania nas na apostołów. My dziś robimy z siebie stróży. Gości, którzy zamiast zarażać świat pięknem Ewangelii, radością Dobrej Nowiny, najpierw muszą ten świat wysterlizować. A z tabernakulum zrobić izolatkę z kodami dostępu i masą ochronnych ubrań w poczekalni.

Dobra Nowina w takim naszym wydaniu staje się nie wybawieniem dla słabych, ale nagrodą dla mocnych. Ludzie odwracają się od niej, widząc ile warunków wstępnych należy spełnić by do naszego klubu się zapisać. Zamiast snuć jednak czcze i smętne analizy (i samemu wpadać w opisane wyżej sidła), może lepiej od razu "zapodać" lekarstwo?

Ilekroć wchodzę na facebookowy profil mojej fundacji, nie mogę się nadziwić temu, co tam się teraz dzieje. Tysiące ludzi, którzy poruszeni śmiercią jednego z naszych chorych na AIDS wychowanków połknęli bakcyla, odkryli ile frajdy daje wspólnota, robienie dobra nawet najmniejszymi krokami i modlą się razem, poznają, budują więzi, spotykają, wpłacają, cieszą się jak dzieci, a wielu z nich zauważa: wreszcie uwierzyliśmy, że ludzie są dobrzy i od razu zaczęliśmy oddychać.

Hejt za hejtem. Za hejtem hejt!

Bo ludzie są dobrzy. Czasem miewają debilne zachowania (na naszym profilu też co parę godzin trzeba blokować jakiegoś matołka, który wypisuje, żeby czarnych wysłać do Afryki albo kupić im banany), ale to wynika z ich dramatycznej niewiedzy lub ze zbyt małej ilości przytulania w dzieciństwie. Najfajniejsze jest to, że każdy może zrobić coś dobrego. Codziennie. Prawie w każdej chwili. To byłaby chyba najbardziej potrzebna nam dzisiaj Wielka Orkiestra: taka, która zachęciłaby rodaków, by znów się do siebie uśmiechnęli. By zobaczyli, że tak mogą. Jestem pewien, że w następstwie to tchnęłoby życie i w nasze chrześcijaństwo i w akcje dobroczynne, ba – nawet w głupiejące media.

Banalne? To spróbujcie dziś wprowadzić to w życie.


Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas
Szymon Hołownia

Szymon Hołownia

Zobacz inne artykuły tego autora >
Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >