Chłonna wola

Wolna wola jest jak ręcznik, którym możesz otrzeć twarz potrzebującemu, ale jeśli położysz go obok trującej substancji, nasiąknie nią i będzie narzędziem zbrodni.

Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Przyłapałem się kiedyś na tym, że wolną wolę, w którą wyposażył mnie Stwórca (upodabniając tym samym do Siebie), patrzę zwykle tylko w jednym kontekście: człowiek przez wolną wolę sprowadził na świat grzech, główną jej funkcją winno być pilnowanie, bym następnym razem umiał być mądry przed szkodą.

Niedoinwestowana jest druga strona medalu: uświadamianie sobie, że milion razy dziennie mam, dzięki wolnej woli, szansę zrobić jakieś ekstra, ponadnormatywne dobro. Bo robienie dobra nie polega przecież wyłącznie na nie robieniu zła, na nie nabluzganiu, nie ukradzeniu, nie zabiciu, nie cudzołożeniu. Mogę minąć smutnego człowieka na ulicy, ale przecież MOGĘ się też do niego uśmiechnąć! Nie ciąży na mnie formalna odpowiedzialność za losy dajmy na to ofiar ukraińskiego, czy kongijskiego konfliktu, a mimo to „z własnej, nieprzymuszonej woli“, MOGĘ zrobić krok ponad standard, zainteresować się, jak można im pomóc. Właśnie to w wolnej woli jest dla mnie najbardziej fascynujące: że ona nie służy wyłącznie do praktycznej egzekucji pojęć „powinno się“, „nie powinno się“, ale że przy jej pomocy da się też robić to, co zrobić (tylko i aż) „można“!

Chłonna wola

Wolna wola, która popsuła świat, może też go skutecznie leczyć, ratować. Pod warunkiem, że stosujący ją ludzie, wiedzą jak potężne, ale zarazem delikatne mają w ręku narzędzie.

Napatrzyłem się właśnie w Rwandzie na skutki szalejącego tam dwadzieścia lat temu ludobójstwa. Memoriały pełne powykręcanych, zmumifikowanych zwłok. Tysiące piszczeli i czaszek. Ludzi, na zawsze już niepełnosprawnych, z pociętymi twarzami, odciętymi kończynami. Byłem w kościele, do którego przedstawiciele jednego z plemion zapędzili swoich sąsiadów z drugiego, wyjęli z muru cegły, a przez otwory wrzucili granaty. Takich kościołów jest w Rwandzie (kraju wielkości województwa mazowieckiego) mnóstwo.

Kiedy słucha się relacji tych, co przeżyli tamte czasy, najbardziej porażające jest to, z jaką metodyczną precyzją ta rzeź byłą realizowana. Założone specjalnie w tym celu radio (Radio Tysiąca Wzgórz) nadawało precyzyjne komunikaty: tu jeszcze tylu do zabicia, jutro tam tylu innych. Ludzie umawiali się – OK, to jutro idziemy wyrżnąć w pień tych sąsiadów i ich dzieci, ale dziś jeszcze pożyczymy od nich coś do jedzenia i pobawimy się z ich dziećmi (a nierzadko o całej sytuacji uprzedzimy, oni i tak będą wiedzieli, że nie mają gdzie uciec). Jak to się jednak stało, że normalni, porządni, empatyczni, lubiący sąsiadów ludzie, bez żadnego afektu, bez żadnego nagłego bodźca po prostu szli do szopy, brali pałki maczety i szli wyłupywać matkom, ojcom i dzieciom oczy, odcinać uszy, ręce (by najpierw uszkodzić ich zmysły, upokorzyć i zniewolić ich dodatkowo przed i tak nieuchronną śmiercią)?

Chłonna wola

Przecież oni wszyscy mieli wolną wolę! Tak, ale jej właściwością jest jednak duża chłonność. Przepraszam za banał porównania – ona jest jak ręcznik, którym możesz otrzeć twarz potrzebującemu, ale jeśli położysz go obok trującej substancji, nasiąknie nią i będzie narzędziem zbrodni.

W raju ludzie nie byli przecież Bożymi kukiełkami, po prostu ich wolna wola była nasiąknięta Bożą obecnością. W świecie po grzechu na każdym kroku łapie z otoczenia zarówno woń raju jak i odorek zgnilizny. Po pierwsze należy trzymać ją więc w precyzyjnie kontrolowanej atmosferze. Po drugie – często kalibrować (a do tego mamy sporo narzędzi – kierownictwo duchowe, rachunek sumienia itd.) 

W Rwandzie, na pytanie: dlaczego ludzie zabijali, najczęściej słyszałem odpowiedź: bo inni też zabijali.  Nie chodziło nawet o emocjonalną reakcję tłumu, w którym jeden nakręca drugiego, ale o klimat w którym pozbawienie życia człowieka stało się akceptowaną normą, w którym oddychało się śmiercią. Jeśli siedzisz całe życie w papierosowym dymie, możesz mieć szczerą wolę, by być zdrowym, a i tak umrzesz na raka. Jeśli będziesz siedział wyłącznie wśród ludzi psioczących na wszystko i widzących wszędzie zagrożenia – żebyś nie wiem jak był silny, w końcu trafisz do psychiatry albo zrobisz sobie lub komuś krzywdę.

Chłonna wola

Wnioski? Jeśli chcesz robić dobro, musisz robić dobro (wspinacze powtarzają: żeby się wspinać, trzeba się wspinać), szukać towarzystwa dobrych ludzi, trzymać się po jasnej stronie mocy, nasiąkać optymizmem, patrzeć na każdy dzień jak na szansę, nie jak na ciąg pułapek.

Można sobie o tym przypominać choćby przy okazji przygotowywania się do spowiedzi, gdy dojdzie się do punktu „postanowienie poprawy“. Nie chodzi w nim  przecież o to, by postanawiać, że się nie zgrzeszy, ale że będzie się unikało okazji do grzechu. Pomyśl o tym twórczo – nie tylko stawiaj zasiek i zaciskaj powieki, twoja doba i twój umysł mają ograniczoną pojemność, jeśli napakujesz je dobrymi rzeczami, te ciągnące ku złu, po prostu się w nich nie zmieszczą.

I najważniejsza lekcja jaką ze swoich miniautorekolekcji nad wolną wolą wyniosłem – muszę się uczyć używać wolnej woli, do tego czego zrobić nie muszę. Nie tylko na zakupach odkrywać przyjemność jaka spotyka człowieka, gdy zanurza się w świecie rzeczy niekoniecznych, a możliwych.

Wesprzyj nas
Szymon Hołownia

Szymon Hołownia

Zobacz inne artykuły tego autora >
Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Wyrównanie rachunków

Robiąc rachunek sumienia obok minusów, policz też plusy. Wszystko, co od Boga w tym czasie dostałeś. Nie po to, by się tym chwalić, ale żeby mieć realny obraz swojego życia: dostrzec, że czasem większym grzechem jest niewykorzystanie danej przez Boga szansy niż jakieś nasze autorskie drobne moralne potknięcia.

Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Gdy słucham rozmów moich znajomych o spowiedzi mam wrażenie, że zbyt często tkwią w nich wciąż te same błędy. Po pierwsze: ludzie (w tym czasem księża) nie mogą się zdecydować, czy spowiedź ma być spłatą moralnej pożyczki, czy otrzymywanym darmo uzdrowieniem. Po drugie: nie umieją znaleźć właściwej relacji między spowiedzią, a kierownictwem duchowym. Po trzecie (i chyba najważniejsze) – mylą (księża też) spowiedź z sakramentem pojednania.

O historii tegoż sakramentu nabrzmiałe od wiedzy eseje z pewnością napiszą mądrzejsi ode mnie kapłani, ja przypomnę tylko, że na początku chrześcijaństwa obowiązywał system, w którym pojednanie i towarzysząca mu pokuta, najczęściej publiczna, mogła mieć miejsce raz w życiu (więc zapobiegliwie odkładano całą tę sytuację na momenty przedśmiertne). Później mnisi iroszkoccy rozpowszechnili zwyczaj pokuty prywatnej, powtarzalnej, i szczegółowo staryfikowanej w tzw. penitencjałach (rozkoszna lektura, detalicznie opisująca ile dni postu należy się za współżycie z żoną w niedzielę, za urządzanie polowań, za jedzenie padliny albo za przepowiadanie pogody). Obecne minimum minimorum, czyli przynajmniej jedna spowiedź w roku, to ustalenia Soboru Laterańskiego IV (rok 1215).

Wyrównanie rachunków

I z jednej strony chciałoby się wspomnianych mnichów iroszkockich wyściskać, za to że doprowadzili do sytuacji, w której ze spowiedzią nie trzeba czekać na śmiertelną anginę, z drugiej – to zaproponowane przez nich myślenie zabija nam dziś piękno tego sakramentu. Od początku najważniejsze były w nim przecież nie buchalteryjne wyliczanki, ale obudzenie w człowieku świadomości, że spotyka się ze Zmartwychwstałym, który z całego serca chce mu wybaczyć wszystkie głupoty i błędy, mocne postanowienie poprawy (bez którego cała ta historia zmienia się w okresową, rytualną odklepywankę) i zadośćuczynienie (które pokazuje, czy rzeczywiście żałujesz za to co zrobiłeś, masz świadomość, że to było złe i chcesz to naprawić).

Gdzieś nam się dziś rozmyła świadomość, że wyrecytowanie grzechów to tylko jeden z pięciu kroków, który powinien zrobić człowiek, który chce skorzystać z Bożego miłosierdzia. Przede wszystkim jednak ci, którzy mają kłopot z sakramentem pojednania, zdają się mieć go głównie dlatego, że w konfesjonale spotykają się z księdzem, nie z Chrystusem.

Kupują (za pokutne zdrowaśki albo lektury) moralną amnestię od przedstawiciela kościelnej instytucji, a nie zanurzają się w spotkaniu z Kimś, kto do szaleństwa i bezwarunkowo ich kocha.

Akcentują przy tym swój wysiłek: "zrachunkowania" sumienia, przekroczenia własnych lęków przed kompromitacją i wystawieniem się na inną wrażliwość (a czasem brak wrażliwości) siedzącego w konfesjonale człowieka, a gdy na dodatek on też pogrąża się w rachunkowości i oczekuje od człowieka przedstawienia wydruku z duszy, nie ma już zupełnie miejsca na uświadomienie sobie, że przecież w myśl kościelnej nauki sakrament pojednania jest jednym z dwóch sakramentów uzdrowienia (obok namaszczenia chorych). A uzdrowienie to coś, co dostaje się od kogoś, nie od siebie. Za darmo. Jedynym warunkiem, by je otrzymać, jest otworzyć się na nie. I ograniczyć tempo kolejnego zachorowania (bo na coś się chorować zawsze będzie). I po to jest tych pięć kroków, żebym był zdrowy, a nie żeby "Bozia" już się nie dąsała, nie zsyłała chorób i wypadków, i żeby generalnie przez chwilę było jej fajnie.

Wyrównanie rachunków

Dygresja: OK, wszystko super, żal, wyrównanie krzywd, postanowienie zmiany, jasna sprawa. Ale co tu robi pokuta? Co zmieni odmówienie z przymusu jednej części różańca, co to za logika: zrobiłeś coś złego, to teraz zrób coś dobrego, to będziemy kwita?

Pokuta to nie wyrównanie rachunków z Bogiem i światem, ale przekopanie gleby swojego serca, tak by postanowienie poprawy głębiej się w nim zakorzeniło, żeby uzdrowienie było trwalsze. Pokuta ma ci pomóc otworzyć się na to, na co się zamknąłeś.

Trzeci i pierwszy punkt mamy zdiagnozowany. A co z drugim: spowiedź, czy kierownictwo duchowe? Szybka interwencja na Izbie Przyjęć, czy stałe konsultacje z lekarzem rodzinnym? Osobiście obstawiam wariant drugi, wierząc, że gdy łączy się sakrament pokuty z prowadzeniem przez doświadczonego księdza, do którego i Kościół i ja mamy zaufanie – duchowe życie nie tyle przebiega szybciej, co jest się w nie znacznie bardziej zaangażowanym. Rozumie się procesy, zauważa, że jedne grzechy mają źródło w mojej własnej słabości, inne to skutek bezpośredniej działalności kusiciela. Pewnych rzeczy uczy się unikać, formuje się sumienie do tego, by samo rozsądzało, a nie ze wszystkim latało do księdza. Itd.

Wyrównanie rachunków

Co bym więc zalecał człowiekowi, który u spowiedzi nie był lata, boi się do niej iść, nie wie, jak się do tego wszystkiego zabrać? Po pierwsze, aby uwierzył, że o Boga tu chodzi, o Boga, który aż się pali do tego by wyleczyć wszystkie ludzkie rany. Po drugie – by z namysłem i rozwagą (tu naprawdę nie piekarnia) wybrał księdza, który w tym spotkaniu będzie pośredniczył i sakramentu w imieniu Chrystusa udzielał. Po trzecie – by robiąc rachunek sumienia obok minusów, policzył też plusy. Wszystko, co od Boga w tym czasie dostał. Nie po to, by się tym chwalić, ale żeby mieć realny obraz swojego życia: dostrzec, że czasem większym grzechem jest niewykorzystanie danej przez Boga szansy niż jakieś nasze autorskie drobne moralne potknięcia. Policz swoje grzechy, ale też – jak chętnie mawiają protestanci: "count your blessings".

A do oglądania się w świetle przykazań Starego Prawa dołóż też Nowe Prawo: przeczytaj Osiem Błogosławieństw. Bo to jest rozpisane na konkrety podstawowe przykazanie, którego gdy nie zrozumiemy, wszystkie nasze moralne wyliczanki będą pobożnym pustosłowiem. To przykazanie brzmi: "macie się nazwajem kochać". Cała reszta to didaskalia, dodatki, komentarze.

Wesprzyj nas
Szymon Hołownia

Szymon Hołownia

Zobacz inne artykuły tego autora >
Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >