Adwent. Czas na konkrety

On, z krwi i kości, za chwilę znów może stanąć w drzwiach. I co ja mu wtedy powiem?

Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

W Wielkim Poście częściej niż zwykle przemykają mi przez duszę refleksje dotyczące mojej relacji z Panem Bogiem i z sobą samym, w Adwencie zaś nachodzi mnie potrzeba przemyślenia swoich relacji ze światem. Nie będę kokietował, przekonując, że oba te okresy przeżywam w szczególnym wewnętrznym odosobnieniu, że wystrzeliwują mnie na inną duchową planetę. Jest inaczej – do wody, w której pływam na codzień, w Wielkim Poście i w Adwencie codziennie staram się wrzucić coś, co choć trochę zmieni jej skład. Na stałe. Tak by moje życie również w maju i w lipcu było też trochę Adwentem, a trochę Wielkim Postem. Czasem czekania i czasem czyszczenia miłości.

Adwent w kształcie zbliżonym do tego, który znamy dziś, po praz pierwszy pojawia się w Hiszpanii i Galii w okolicach IV w. Związany wtedy jest ze świętem Objawienia Pańskiego, wówczas znacznie ważniejszym dla chrześcijan od zaczynającego właśnie swoją „karierę“ Bożego Narodzenia. Jak podają encyklopedie, ów galijski adwent ma pokutny charakter. Wkrótce zaczyna być obchodzony również w Rzymie, ale tu nabiera innego odcienia: radości, nadziei na spotkanie. Ostatecznie usankcjonowany w 999 r., staje się tym, czym jest dzisiaj: skupionym wokół czterech niedziel czasem czekania nie tylko na doroczną pamiątkę pierwszego przyjścia Chrystusa na świat, ale i przypomnieniem (o czym chyba niewielu naprawdę pamięta), że nastąpi też drugie. Że żyjemy nie tylko w 2014 r. „po Chrystusie“, ale i w piątym, szóstym a może tysiąc czwartym roku przed Chrystusem.

Te Święta to więc nie przeglądanie rozczulających rodzinnych zdjęć z małym bobo, ale jasny komunikat: On, z krwi i kości, za chwilę znów może stanąć w drzwiach. I co ja mu wtedy powiem? Co zrobię? Jak „zdam sprawę ze swego zarządu“?

Adwent. Czas na konkrety

W Wielkim Poście idę z Chrystusem na pustynię, by znów uczyć się oddzielać to, co jest mirażem od rzeczywistego głosu Boga, w Adwencie przypominam sobie, że każdego dnia dostaję do rąk czas, kapitał 86.400 sekund. Zmarnowałem? Schowałem w skarpecie? Pomnożyłem?

Ostatnio powtarzam wszystkim (bo nie mogę się od tego uwolnić), dane wyczytane w raporcie brytyjskiej organizacji Oxfam. Żyjemy na świecie, w którym 85. najbogatszych osób zgromadziło tyle pieniędzy, co 3,5 miliarda najbiedniejszych. W którym (to już raport Credit Suisse) 10 proc. ludności trzyma w ręku 87 proc. zasobów globu. W którym pół miliarda ludzi umiera z obżarstwa, a miliard z głodu. Oto prawda o stanie naszego Adwentu, o tym jak ludzkość przygotowana jest na przyjście Pana. Możemy zapalić jeszcze milion adwentowych świec, zaśpiewać trzysta kolęd, wewnętrznie wyciszać się i odpływać w klimacie „tej magicznej nocy“, ale gdyby rzeczywiście stało się to, na co – jak deklarujemy – wszystkimi tymi obrzędami czekamy, gdyby dajmy na to 24. grudnia tego roku, na ziemi znów stanął Jezus i obwieścił koniec historii, czy naprawdę moglibyśmy spokojnie spojrzeć Mu w oczy, powiedzieć: „jesteśmy gotowi“?

Jak zmierzyć, czy jesteśmy gotowi? Bóg nie jest wykładowcą ani statystykiem, więc jedyną odpowiedzią, jaką daje człowiekowi zawsze jest drugi człowiek. I ty też tylko w drugim człowieku możesz zobaczyć jak wyglądają twoje relacje z Bogiem, jak Go kochasz, jak na niego czekasz.

Adwent. Czas na konkrety

W jaki sposób Bóg odpowiada na najgłębsze pragnienia Izraela? Nie wykładem, ale Człowiekiem. Gdyby Bóg chciał, mógł przecież przysłać na świat Syna w dojrzałym wieku, by Ten od razu wypełnił swoją misję. Ale Bóg nie chce po prostu „zrealizować zadania“. To nie ratownik medyczny, On jest jak matka. Przychodzi żeby być z ludźmi, a nie żeby im coś „robić“. Całym swoim życiem, ale też życiem swojej Matki i ziemskiego ojca, chce pokazać drogę do szczęścia już tu, na ziemi, choćby wokół paliło się, waliło i grzmiało. Przecież to, co musieli przejść Józef i Maryja w okresie poprzedzającym narodziny Jezusa, to jakiś totalny dramat.

Józef idzie do sezonowych prac budowlanych, wraca, widzi swoją narzeczoną w ciąży. Ta, szczerze go kochająca, co ma mu powiedzieć? Co on ma zrobić w sytuacji, w której wie że za takie rzeczy jego narzeczonej grozi kara śmierci? Nagła ucieczka do Egiptu. Pełen niepewności powrót. A później trzydzieści lat bez (jak możemy się domyślać), codziennych cudownych odwiedzin anielskiej gwardii, która śpiewała dla otuchy piękne pieśni i zapewniała, że wszystko będzie dobrze. Śmierć Józefa, a później lęk, gdy Jezus odchodzi z domu i zaczyna nauczać. I ta egzekucja na Golgocie, gdy serce jej pękło.

Przez cały ten czas Maryja miała na wszystkie swoje pytania tylko jedną odpowiedź: Człowieka, który przy niej rósł. Nie miała podpisanych przez anioła dokumentów, kamiennych tablic. Jedynym dowodem, że Bóg rzeczywiście złożył jej obietnicę i że jej dotrzyma, był jej Syn.

Adwent. Czas na konkrety

Tyle teoretycznych wstępów, teraz czas na konkrety.

Oba zadania, które wyznaczyłem sobie na ten Adwent, mają związek z Maryją. O niej jest ten mój tegoroczny Adwent, u niej przez te cztery tygodnie codziennie szukam inspiracji, wsparcia i natchnienia. Po pierwsze, zdaje się mi mówić, jeśli masz jakieś pytania czy trudności, odpowiedzi nie szukaj w swojej głowie, w myślach, w mocniejszym zaciskaniu powiek na modlitwie – spójrz na stojącego obok człowieka. A jeśli nic nie widzisz, zrób mu coś do jedzenia, okryj, przytul, ułóż do snu. Zadbaj. Tak jak matka dba o swojego syna.

Po drugie: zawierzenie (jak ja strasznie nie lubię tego „skościelniałego“ słowa!). Jak modliła się Maryja? Znajoma wypatrzyła ostatnio w „Gościu Niedzielnym“ tekst o żyjącym w XX wieku w Neapolu mistyku, ks. Dolindo Rutolo, któremu Jezus miał podyktować zamieszczoną niżej modlitwę o skutku piorunującym.

Maryja przeżyła życie tak, jak przeżyła i jest tam, gdzie jest, bo chciała zastosować się do tych wskazań. Niczego innego na ten Adwent sobie i Wam nie życzę. Nie trzeba nic więcej, by być już dziś gotowym na przyjście naszego Pana.

Modlitwa ks. Dolindo Ruotolo

Z jakiegoż to powodu wzburzony ulegasz zamętowi? Oddaj Mi swoje sprawy, a wszystko się ułoży i uspokoi. Zaprawdę powiadam wam, każdy akt prawdziwego oddania i zawierzenia mi przyniesie owoc i rozwiąże napięte sytuacje. Całkowicie zdać się na Mnie oznacza nie zadręczać się i nie wzburzać, nie popadać w desperację, nie napinać się nerwowo, prosząc Mnie, bym idąc waszym zamysłem, przemienił wzburzenie w modlitwę. Całkowicie zdać się na Mnie znaczy zamknąć ze spokojem oczy duszy, odwrócić niespokojną myśl i zamęt i zdać się tylko na Mnie, modląc się słowami:

»Ty się tym zajmij«”.

„(…) Zamknij oczy i pozwól Mi działać, zamknij oczy i pomyśl o teraźniejszości, odwróć wzrok od przyszłości jak od pokusy; odpocznij we Mnie, ufając w Moją dobroć, a zapewniam cię na Moją miłość, że kiedy zwrócisz się do mnie słowami: »Ty się tym zajmij«, oddam się tej sprawie całkowicie, pocieszę cię, wyzwolę i poprowadzę. I kiedy będę musiał poprowadzić cię inną drogą niż tą, którą zaplanowałeś, będę ci przewodnikiem, wezmę na ramiona, przeprowadzę cię, niosąc jak matka niemowlę na rękach, na drugi brzeg. To twój racjonalizm, tok rozumowania, zamartwianie się i chęć, by za wszelką cenę zająć się tym, co cię trapi, wprowadza zamęt i jest powodem trudnego do zniesienia bólu. Ileż to mogę zdziałać, czy mając na względzie potrzeby duchowe, czy też materialne, kiedy dusza zwróci się do mnie słowami: »Ty się tym zajmij«, kiedy zamknie oczy i się uspokoi.

Otrzymujecie niewiele łask, kiedy się zamartwiacie. Wiele zaś łask spada na was, jeśli tylko modlitwa wasza staje się pełnym zawierzeniem i oddaniem się Mi. W bólu i cierpieniu prosisz, bym działał, ale tak jak ty tego chcesz… Nie zwracasz się do Mnie, a chcesz jedynie, bym się dopasował do twoich potrzeb i zamysłów. Nie jesteś chory, skoro prosząc lekarza o pomoc, sugerujesz mu leczenie.


Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas
Szymon Hołownia

Szymon Hołownia

Zobacz inne artykuły tego autora >
Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Surfer na ołtarzach

Surfer naprawdę nie musi rezygnować z brykania po falach, żeby zostać świętym

Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Kongregacja ds. Świętych dała zielone światło: w Archidiecezji Rio de Janeiro ruszają właśnie procedury, które mogą się skończyć wyniesieniem na ołtarze (chyba) pierwszego surfera w historii. 34 – letni Guido Schaffer pięć lat temu utonął podczas zmagań z falami w Barra da Tijuca. Kilka tygodni później miał przyjąć święcenia kapłańskie.

Wszyscy, którzy go znali nazywali go „anjo surfista“, anielskim surferem.

Jako kleryk intensywnie współpracował z Misjonarkami Miłości działającymi wśród najbiedniejszych rdzennych mieszkańców Brazylii.

Był po prostu fantastycznym, kochającym Boga i ludzi człowiekiem.

I cóż w tym wielkiego: normalny chłopak, wierzący, wrażliwy na biednych, mający jakieś hobby. Czy to naprawdę wystarczy, żeby zostać świętym?

Surfer na ołtarzach

Gdyby to ode mnie zależało, rękami i nogami podpisywałbym się (oczywiście po wszystkich niezbędnych sprawdzeniach) pod wszystkimi dokumentami, które mogą doprowadzić do beatyfikacji Guido Schaffera. To okazja, by po raz kolejny przypomnieć ludziom, że świętość to nie nagroda za perfekcyjne odczłowieczenie.

Świętość to po prostu spełnione ludzkie życie. Jeden by dojść do tego punktu, w którym wydobywa z siebie to, co najczystsze i najlepsze, potrzebuje osiemdziesięciu lat, innemu wystarczy piętnaście. Księga Mądrości, czytana chętnie na pogrzebach młodych ludzi, mówi wyraźnie: „Starość jest czcigodna nie przez długowieczność i liczbą lat się jej nie mierzy: sędziwością u ludzi jest mądrość, a miarą starości życie nieskalane“. Zawsze, gdy słyszę ten fragment robi mi się ciut słabo: mam cztery dychy na karku, a przeganiają mnie smarkacze!

Do tej pory dyżurnym orędownikiem tej prawdy był wszak dla znacznej części katolików błogosławiony Pier Giorgio Frassati, 24 – latek, który choć nie surfował (ale np. jeździł na nartach), był zdaje się bardzo podobny do swojego in spe „kumpla po aureoli“, Guido Schaffera.

Surfer na ołtarzach

W spisach świętych sporo jest młodych ludzi, którzy do świętości szli drogą wyniszczającego ich od najmłodszych lat koszmarnego cierpienia. Frassati zmarł na polio, którym zaraził się od ubogiego chorego, to nie dlatego jednak został ogłoszony błogosławionym. On po prostu to życie, które dostał od Boga wycisnął „na maksa“. Ustawił je tak, że w jego centrum był Bóg i ludzie i wszystko podporządkowane było tej miłości. Nie rezygnował z radości, miał swoje słabości, otaczały go piękne kobiety, na jednym z obrazków (niezbyt popularnym) błogosławiony Pier Giorgio jest chyba na jakiejś górskiej wycieczce i trzyma w ręku papierosa. Dlaczego takie właśnie postaci wywołują w niektórych szok, ba – oburzenie? Bo oni wciąż nie rozumieją, że życie to nie rachunek tego co zrobiłeś (lub nie), w życiu znacznie bardziej chodzi o to, jakim człowiekiem jesteś.

Surfer naprawdę nie musi rezygnować z brykania po falach, żeby zostać świętym (poczytajcie sobie, co pisze ks. Donald Calloway, fathercalloway.com, praktykujący surfer, który stworzył nawet coś w rodzaju „teologii sufringu“). Modelarz może nadal sklejać swoje modele, piekarz wypiekać, reżyser – kręcić filmy. Nieważne co i jak długo robisz, ważne, czy robisz to z miłością. Jeśli asceza nie sprawia, że bardziej kochasz – to znaczy, że stałeś się duchowym „pakerem“ budującym mięśnie dokładnie po nic.

Recepta moich młodszych kolegów Guido i Pier Giorgio jest inna: zachwyt światem, który stworzył Bóg, a nie negowanie stworzenia by uciekać myślami do przyszłego świata. Tam gdzie jesteś. Nie czekając na święcenia, na to aż podrosną dzieci, aż spłaci się kredyt – już teraz!

Guido,

specjalisto od wyczuwania,

która fala poniesie nas najpiękniej w stronę domu

już teraz

pomódl się tam za nami.

Anielski surfer


Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas
Szymon Hołownia

Szymon Hołownia

Zobacz inne artykuły tego autora >
Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >