Jak spotkać się z Bogiem w Jego Słowie?

"Jestem przekonana, że modlitwa Słowem za każdym razem coś w nas zostawia, nigdy nie pozostaje bezowocna, nawet, jeśli to owocowanie będzie odłożone w czasie." O tym jak spotkać żywego Boga w Słowie, rozmawiamy z s. Magdaleną Wielgus MChR, Misjonarką Chrystusa Króla dla Polonii Zagranicznej.

Anna Koźlik
Anna
Koźlik
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Anna Koźlik: Czy można rozkochać w Piśmie Świętym?

Siostra Magdalena Wielgus MChR: U mnie było to doświadczenie żywego Słowa, które jest spójne z moim życiem, które ze mną dialoguje, precyzyjnie mnie diagnozuje i zaprasza do odpowiedzi. Ale takie czytanie Pisma Świętego to dopiero kwestia ostatnich 11 lat. Wcześniej traktowałam Biblię jak coś w rodzaju świętej „instrukcji obsługi” życia. Owszem, to Słowo Boga, ważne i najświętsze –  ale jednak „instrukcja”. Sytuacja zmieniła się pewnego dnia, podczas rekolekcji Lectio divina. Najpierw Pan mnie delikatnie prowadził do tego, abym zobaczyła swoją kondycję i kiedy już dokładnie ją nazwałam, dał mi tekst Ewangelii, który zwalił mnie z nóg!

 

To znaczy?

Byłam w totalnym szoku, że we fragmencie, którym mieliśmy się modlić w czasie rekolekcji (a więc nie szukałam go specjalnie dla siebie, nie otwierałam też Pisma na chybił-trafił, po prostu to Słowo było dane nam wszystkim) odnalazłam wprost sformułowania, którymi wcześniej określiłam swój stan. W dodatku zobaczyłam także jego konsekwencje i – co najważniejsze – kierunek, co dalej z tym zrobić. I wolność! To było niesamowite doświadczenie spotkania nie tyle z tekstem, co z Osobą. Trzymając wtedy Pismo Święte przekonywałam się, że mam w rękach coś żywego, że to Słowo nie tyle mnie poucza, co wchodzi ze mną w interakcję: słucha, mówi, dostosowuje się do mojego tempa i cierpliwie prowadzi… Do dziś tamto wydarzenie jest dla mnie przełomem nie tylko w czytaniu Pisma Świętego, ale w ogóle w życiu. Dopiero po nim z mądrych książek o Biblii dowiedziałam się, że jej sens moralny, czyli to, co ja nazywałam „świętą instrukcją jak żyć”, jest ważny, ale nie najważniejszy. Pierwszorzędne jest spotkanie z żywą Osobą Jezusa Chrystusa. Stąd wynika cała reszta, czyli choćby to, jak postępować, co robić, a czego unikać. Z tego właśnie powodu my, chrześcijanie, choć mamy swoją świętą Księgę, nie jesteśmy religią Księgi, ale Osoby. Jeśli ktoś przeżyje takie doświadczenie spotkania z Osobą, to myślę, że nie może nie rozkochać się w Biblii.

 

Siostra jest siostrą, osobą konsekrowaną. Z punktu widzenia żony, mamy – czyli kobiety, która wybrała inną drogę, wydaje się, że ma Siostra więcej czasu na medytację Słowa, a to przecież nie do końca tak. Jakie “lifehacki” usprawniają regularną modlitwę? Pora dnia, wygospodarowany czas?

Rzeczywiście mnie jest o tyle łatwiej, że mam z góry zaplanowany czas na medytację, ujęty w planie dnia, a szerzej w Konstytucjach mojego Zgromadzenia. Ale jak wiemy przewrotna ludzka natura zawsze znajdzie powód, żeby sobie odpuścić. Zwłaszcza, że w zakonie też pracy nie brakuje. Nie jestem więc zwolniona z czuwania. Ono jest podwójne. Z jednej strony nad wiernością temu czasowi na medytację, a z drugiej nad tym, aby nie popaść w rutynę, kiedy modlę się Słowem każdego dnia, ale właśnie ożywiać w sobie świadomość spotkania z Osobą, ciekawość Jej, tego, co ma mi do powiedzenia, tego dialogu, który ma szansę między nami zaistnieć. Tym, co pomaga w regularnym czytaniu Biblii jest wygospodarowanie czasu z uwzględnieniem realiów swojego życia. Bywa tak, że w początkowym zapale robimy postanowienia, które nie mają szans się ostać w zderzeniu z realizmem codzienności. I kiedy kilka razy nam nie wyjdzie stwierdzamy, że to nie ma sensu i dajemy sobie spokój. A to nie tak. Błąd był na samym początku. Jeśli spojrzymy realnie na swoje obowiązki i swoją kondycję, a jednocześnie naprawdę zależy nam na czytaniu Słowa, odpowiedni czas się znajdzie. A potem już tylko wytrwałość i konsekwencja.

 

 

Zagrożenie literalnego czytania Słowa jest dość powszechne. Kiedy otwieram przypadkowo i czytam „Poszedł i się powiesił” a potem „Idź ty i czyń podobnie” to co wtedy? Czy w czytaniu Pisma osoby wierzące potrzebują przewodnika?

Ja w ogóle nie jestem fanką otwierania Biblii na chybił-trafił. Rozumiem, że w życiu niektórych rzeczywiście w taki sposób Pan zadziałał, natomiast ja o wiele bezpieczniej czuję się na drodze modlitwy Słowem z dnia, które cały Kościół czyta w liturgii, bo tu mam pewność, że nie będzie mowy o żadnej przypadkowości. Co w sytuacjach, kiedy nie rozumiemy Słowa, kiedy jest ono dla nas trudne lub szokujące? Przewodnik jest potrzebny. I to nie tylko wtedy i nie tylko osobom, które nie mają przygotowania teologicznego lub nie posiadają komentarzy biblijnych. Nikt nie jest sędzią we własnej sprawie, czasem trudno nam zdroworozsądkowo ocenić poruszenia wewnętrzne, które pojawiają się przy okazji modlitwy Słowem (zwłaszcza, kiedy dochodzą emocje), dlatego ważne jest, aby każde doświadczenie duchowe było poddane obiektywizacji ze strony kogoś drugiego. Mam na myśli spowiednika lub kierownika duchowego. W moim życiu te dwie rzeczy: modlitwa Słowem i poddawanie jej owoców rozeznaniu wraz z kierownikiem idą w parze. I to się najlepiej sprawdza.

 

Od czego zacząć w szukaniu bratniej postaci wprost z Pisma? Która księga, postać? Czym się kierować? Kto jest Siostrze najbliższy?

Chyba po prostu trzeba zacząć od czytania. Czasem będzie tak, że od razu odnajdziemy się w jakichś historiach biblijnych i ich bohaterowie natychmiast staną się nam bliscy. Innym razem „oczytany” wcześniej tekst „uaktywni” się dopiero po czasie i jakaś biblijna postać, którą poznaliśmy wcześniej przypomni się i przeprowadzi nas przez bieżące doświadczenie. Ja tak miałam z Esterą. Najpierw przeczytałam jej historię, a potem pojawiła się w moim życiu bardzo trudna sytuacja – czekała mnie rozmowa, która dla mnie była sprawą wielkiej wagi. I wtedy wróciła Estera. Jej modlitwa przed pójściem do króla Aswerusa stała się wtedy też moją modlitwą. Absolutnie przeprowadziła mnie przez tamto doświadczenie. Mam wiele takich sytuacji, że w jakimś momencie życia tekst, który czytałam dużo wcześniej, nagle „ożywał” – interpretował to, co się działo, pokazywał kierunek… Według mnie najważniejsze jest dać się Panu nakarmić Słowem (nawet, jeśli nie od razu je rozumiemy) i zostawić Mu wolną rękę. W odpowiednim czasie podeśle odpowiedniego człowieka z Biblii. Ja to właśnie tak przeżywam, dlatego mam wiele biblijnych bratnich dusz.

 

Co Siostra dostaje dzięki stałemu kontaktowi ze Słowem? Czy każdy to może dostać, czy jednak to takie “boskie copyright”, indywidualnie dla każdego?

Tym, co dostaję, jest przede wszystkim kontakt z Osobą Jezusa, pogłębienie relacji z Nim. To jest najważniejsze i przy czytaniu Słowa z wiarą, z poddaniem się prowadzeniu Ducha Świętego, każdy ma szansę to dostać. Z tego dopiero wynika poznawanie Jego woli, ale też poznawanie siebie samej (Biblia jest jak lustro, można się w niej przeglądać na każdym etapie życia; Słowo „rośnie” wraz z nami i nawet dobrze znane fragmenty czytane po raz kolejny pokazują nowe rzeczy i o Bogu, i o nas) i to także możemy otrzymać wszyscy. A że jesteśmy różni, każdy z nas ma indywidualną drogę duchową, toteż doświadczenie obecności Boga przez Słowo w życiu każdego z nas także będzie niepowtarzalne. Jestem przekonana, że modlitwa Słowem za każdym razem coś w nas zostawia, nigdy nie pozostaje bezowocna, nawet, jeśli to owocowanie będzie odłożone w czasie. W końcu sam Pan obiecał, że słowo, które wychodzi z Jego ust, nie wraca do Niego bezowocne, zanim wpierw nie dokona tego, co chciał, i nie spełni pomyślnie swego posłannictwa (por. Iz 55, 10-11).

 

Anna Koźlik

Anna Koźlik

Mgr teologii, doradca rodzinny, nauczyciel Instytutu Naturalnego Planowania Rodziny, założycielka strony Płodna.pl. Lubi mówić i pisać o małżeństwie, seksualności i teologii ciała.

Zobacz inne artykuły tego autora >

Reklama

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


Reklama

Reklama

Anna Koźlik
Anna
Koźlik
zobacz artykuly tego autora >
NAUKA. TO LUBIĘ

Tomasz Rożek: Chciałbym dzieciakom podarować frajdę

"Chciałbym dzieciakom podarować frajdę. Chciałbym je zaprosić do wspólnej podróży ku odkrywaniu nieznanych światów. Marzę o tym, żeby jakieś dziecko dzięki 'Nauka to lubię JUNIOR' zainteresowało się czymś tak mocno, by odnalazło w tym swoją pasję." Z Tomaszem Rożkiem – doktorem fizyki, dziennikarzem popularnonaukowym, autorem książek i twórcą vloga „Nauka to lubię” rozmawiamy o jego nowym projekcie skierowanym do dzieci – Nauka to lubię JUNIOR.

Anna Hazuka
Anna
Hazuka
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Anna Hazuka: Nauka to lubię JUNIOR to naturalna kontynuacja rozwoju marki „Nauka to lubię” czy realna potrzeba stworzenia dla dzieciaków przyjaznego i wiarygodnego miejsca w sieci?

Tomasz Rożek: Jedno nie stoi w sprzeczności z drugim. Od dawna widziałem potrzebę zrobienia czegoś dla dzieci. Sensownych popularnonaukowych treści dla dzieciaków w sieci jest niewiele. Inna sprawa to ten rozwój marki, o którym wspomniałaś. Trochę to dla mnie brzmi bezdusznie, bo to nigdy nie był mój cel. To raczej rodzaj zwykłej powinności, przeświadczenia, że mam robić to, co uważam za wartościowe i przyszłościowe.

 

Najważniejsze zadanie dla rodziców to podtrzymywać w dzieciakach ich naturalną ciekawość.

W filmiku reklamującym nowy kanał mówisz, że to pandemia przyspieszyła Twoją pracę nad nim. Kiedy obserwuję teraz moje dzieciaki, widzę, że to, co dopada je – w niespotykanym dotąd stopniu – to nuda. Nuda do kwadratu. Jaki masz pomysł na obudzenie w dzieciach ciekawości?

Wydaje mi się, że w dzieciach nie trzeba budzić ciekawości, trzeba ją tylko utrzymać. To my – dorośli – jesteśmy często tymi, przez których ta ciekawość obumiera. Ile razy nasze dzieciaki, podchodząc do nas słyszą „Nie teraz”, „Za chwilę”, „Co za głupie pytanie!”? Niewielu się do tego przyznaje, ale kiedy człowiek jest zmęczony i ma na głowie tysiące spraw, to po prostu tak mówi. Ja tak czasami zwracałem się do moich dzieci. I – o ile dorosły potrafiłby to sobie jakoś wytłumaczyć, o tyle u dziecka tak to chyba nie działa. Coś w nim może niebezpiecznie tąpnąć, jakiś wewnętrzny świat może się bezpowrotnie skurczyć. Ten proces może postępować naprawdę szybko, gdy – dla świętego spokoju – damy dziecku telefon komórkowy czy tablet do zabawy. Do tego przecież jeszcze jest szkoła, która niestety nie jest miejscem otwartości i podążania za dziecięcą ciekawością. W takich warunkach to naturalne zainteresowanie światem, z którym przecież nasze dzieciaki się rodzą – obumiera. Można je na pewno później obudzić, ale naprawdę szkoda je tłamsić na początku. Dlatego najważniejsze zadanie dla rodziców to podtrzymywać w dzieciakach tę naturalną ciekawość.

 

Ale współcześnie to wcale nie jest proste…

Zgadza się. Wszyscy cały czas pędzimy, a do tego jest cała masa urządzeń, które tę ciekawość tłamszą albo wygaszają.

 

„Ekrany-tyrany”…

Wiesz… ekran może rozwijać, ale może też zabijać. To nie on sam jest problemem, ale to jak go używamy. Znam wiele dzieciaków, które rozwijają swoje zainteresowania tylko dlatego, że znalazły do nich inspirację w Internecie. Znam też takie, które dzięki ekranom komunikują się z rówieśnikami z drugiego końca świata po to, by dzielić z nimi tę samą pasję. Nie obwiniajmy „ekranu” – oznaczającego w przenośni wszelką komunikację elektroniczną – o całe zło. Jeżeli już mamy kogoś obwiniać to dorosłych, którzy nie potrafili wprowadzić w życie młodego człowieka elementarnej równowagi pomiędzy światem, w którym funkcjonujemy tylko poprzez ekrany, a światem, w którym trzeba się wysilić na kontakt z rzeczywistością.

 

Mam wrażenie, że pomagasz trochę w tej równowadze rodzicom, publikując filmiki z prostymi eksperymentami. Włączyłam dzisiaj z dzieciakami Twój kanał, licząc na chwilę wytchnienia na kanapie, a już po chwili wylądowałam w kuchni szukając misek i folii spożywczej… Czy eksperymenty będą stałym elementem Nauka to lubię JUNIOR?

Na pewno. Mam taki pomysł, żeby były przerywnikami między większymi seriami tematycznymi. Eksperymenty są bardzo ważne, bo my tak poznajemy świat. Małe dziecko jeszcze nie potrafi raczkować, a już bierze coś do buzi, dotyka, ściska, przypatruje się. Jednym słowem, robi typowe eksperymenty! Nauka bez doświadczeń fizycznych jest możliwa, ale jeśli mamy szansę sprawdzić jakąś prawdę, doświadczyć jej – wtedy taka wiedza zostaje w nas na dłużej.

 

Nauka to lubię JUNIOR to projekt długofalowy?

Mam nadzieję, że tak. Liczę, że pójdzie w ślady „dużego” kanału „Nauka to lubię” i będzie się rozwijać.

 

Kanał imponuje oprawą graficzną. Doczekałeś się nawet swojego avatara, który moje dzieci nazwały „Śmieszny Pan Rożek”. Animacje to też Twoje dzieło?

Gdyby było moje – trauma oglądających dzieciaków byłaby murowana (śmiech). To efekt współpracy z profesjonalistami. Niektóre zjawiska czy obiekty, które opisuję, są dla dziecka abstrakcyjne, dlatego chcę je pokazać w animacjach czy obrazach. To na nich dzieci skupiają uwagę dużo bardziej niż na dźwięku.

 

 

Zdradzisz nam najbliższe plany na kanale?

W styczniu rozpocznie się emisja cyklu o człowieku. W całości animowana, ośmioodcinkowa seria, która będzie moim pierwszym autorskim projektem. Tak samo jak na Netflixie mamy seriale oryginalne, wyprodukowane specjalnie dla tej platformy, tak i ten mały serial o człowieku będzie oryginalną serią stworzoną dla kanału Nauka to lubię JUNIOR. Dużym wsparciem w tym projekcie są dla mnie naukowcy z łódzkiego Uniwersytetu Medycznego. Bardzo się na tę serię cieszę.

 

Adresujesz swój kanał do konkretnej grupy wiekowej?

I tak, i nie. Trudno postawić tu jasną granicę. Tworząc go, myślałem o kilkulatkach, ale nieraz już czytałem w komentarzach wyznanie rodzica, który przyznawał, że z ciekawością sam obejrzał odcinek i że się czegoś dowiedział.

 

To nie jest tak, że dzieciom można coś powiedzieć po łebkach albo pomydlić oczy jakimiś frazesami. O nie! Ja zawsze dzieciaki traktowałem serio. Dlatego za tymi kilkoma minutami filmiku stoją długie godziny mojej pracy.

Ja doskonale rozumiem takiego rodzica! Czy tworzenie treści dedykowanych dzieciom różni się w sposób znaczący od tych, które tworzysz dla dorosłego odbiorcy?

Tworzenie filmów dla dzieci to zupełnie inna youtube’owa liga. Niby tworzysz film z założenia krótki, maksymalnie 4-minutowy, ale jego produkcja jest dużo trudniejsza. W całej mojej działalności popularnonaukowej bardzo często mam do czynienia z dziećmi. Nigdy nie pozwalałem sobie na „taryfę ulgową” w kontaktach z nimi. To nie jest tak, że dzieciom można coś powiedzieć po łebkach albo pomydlić oczy jakimiś frazesami. O nie! Ja zawsze dzieciaki traktowałem serio. Dlatego za tymi kilkoma minutami filmiku stoją długie godziny mojej pracy. Jak coś przekazać w sposób zrozumiały, jakich użyć analogii? No i dochodzi też cała strona techniczna – animacje, montaż. To są czasem tygodnie pracy.

CZYTAJ: O nauce dla dzieci. Tomasz Rożek otworzył nowy kanał edukacyjny

 

Czy podczas tej pracy konceptualnej zdarza Ci się odkryć jakąś prawdę naukową głębiej? Właśnie dzięki temu, że musi być przemyślana pod kątem „małego odbiorcy”?

Mam takie wspomnienie sprzed wielu laty, kiedy byłem nauczycielem fizyki w gimnazjum i liceum. Pamiętam, że przygotowując się do lekcji, niejednokrotnie zaczynałem rozumieć coś, nad czym będąc na studiach przechodziłem do porządku dziennego. Kiedy zaczynasz uczyć – nie masz wyboru – nie możesz udawać, że coś rozumiesz. Musisz się w to wgryźć do końca. To kwestia wiarygodności.

 

Masz jakieś marzenie, jakiś cel związany z tym kanałem dla dzieciaków?

Oj! Pewnie, że mam! Chciałbym dzieciakom podarować frajdę. Chciałbym je zaprosić do wspólnej podróży ku odkrywaniu nieznanych światów. Marzę o tym, żeby jakieś dziecko dzięki Nauka to lubię JUNIOR zainteresowało się czymś tak mocno, by odnalazło w tym swoją pasję. A na koniec, tak trochę przyziemnie – chciałbym, żeby ten kanał dotarł do jak największej liczby dzieci.

 

Nie sądzę, żebyś musiał się o to martwić.

Wbrew pozorom to nie jest takie proste. Algorytmy mediów społecznościowych nie działają, niestety, na korzyść takich materiałów. Kiedy wyłączy się opcję reklam, czyli tzw. monetyzację, duża platforma traci zainteresowanie promowaniem takich treści, bo na nich – najzwyczajniej w świecie – nie zarabia. Do tego jeszcze kwestia aktualności, czyli tzw. gorących hashtagów. Nie będę sztucznie nakręcał odcinka z jakimś chodliwym tematem tylko po to, żeby algorytm to wychwycił. Tematy popularnonaukowe dla dzieciaków to tzw. evergreeny i nie zamierzam tego na siłę zmieniać. Jednym słowem – robienie kanału dla dzieci to taki trochę pomysł „nie z tego świata”. Wszystko tu przeczy regułom gry na YouTube, ale ja mimo wszystko spróbuję.

 

W zajawce Nauka to lubię Junior zapraszasz do współtworzenia kanału….

Tak! Jeżeli ktoś ma ochotę mi pomóc podsyłając pomysły, oferując współpracę czy swoje moce twórcze – zapraszam do kontaktu!

 

Czy Tomasz Rożek wciąż zachwyca się nauką?

Tomasz Rożek zachwyca się światem. Nauka to bezpieczny sposób na dochodzenie do prawdy. I tylko temu służy. Nie zachwycam się nauką, ale tym, co ona opisuje.

 

Chciałabym na koniec zadać Ci pytanie, które może Cię trochę wybije ze strefy komfortu, ale patrząc na Twoje osiągnięcia, nie sposób go nie zadać. Tomku, jak to się robi? Jaka jest tajemnica Twojego sukcesu?

(długa cisza) Nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. Wielu ludzi uważa, że mam jakąś receptę, że poznałem tajną strategię, którą teraz realizuję krok po kroku. Nie mam czegoś takiego. Sukces, o którym wspomniałaś, to dla mnie przede wszystkim lata ciężkiej pracy, którą zawsze traktowałem jako inwestycję. Być może kluczem jest ta gotowość do włożenia swojej energii w coś, co nie zawsze od razu jest opłacalne. Czasem mam wrażenie, że ludzie, którzy słyszą ode mnie hasło: „Idź za głosem serca” czują się – delikatnie mówiąc – zawiedzeni. Tylko, że to nie jest slogan, który wyczytałem w poradniku motywacyjnym, ale moje życie, w którym naprawdę niezwykle rzadko robiłem to, na co nie miałem ochoty. Oczywiście na początku trzeba mieć z czego żyć. Jakiś zdrowy rozsądek jest jednak w życiu wskazany. I ja też najpierw miałem pracę, a gdzieś na boku dodatkowo realizowałem swoje pasje. Kluczowy był moment, w którym rozpoznałem, że nadszedł czas na przestawienie zwrotnicy. Wielu ludzi dochodzi do tego momentu, ale w tej kluczowej chwili – wycofuje się. Mają swoją pasję, istnieje w ich życiu przestrzeń, dzięki której czują, że żyją, ale boją się zaryzykować i uczynić z niej główne źródło dochodu. Obawiają się, co będzie, jak nie wyjdzie. A potem dopada człowieka ciężki kryzys zwany wypaleniem zawodowym, bo od lat wykonuje pracę, która przynosi mu pieniądze, ale nic więcej. Ja naprawdę nie mam tu za wiele do powiedzenia. Jedyne, czym się kieruję, to intuicja, która mi podpowiada, że musisz robić to, co lubisz. Bardzo wielu ludzi ciężko pracuje, ale mam takie wrażenie, że tylko ci, którzy w którymś momencie uczynili z pasji swoją profesję, czują w życiu ten przysłowiowy wiatr w żagle. Ja go też czuję. I wiesz… świat ci go nie da. On pochodzi z wewnątrz.

 

Anna Hazuka

Anna Hazuka

Żona Wojtka, mama Marysi, Ulci, Elenki, Basi i Jasia. Z życiowej pomyłki – prawnik, z naprawionego błędu – dziennikarz. Absolwentka pierwszej edycji Akademii Dziennikarstwa.

Zobacz inne artykuły tego autora >

Reklama

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


Reklama

Reklama

Anna Hazuka
Anna
Hazuka
zobacz artykuly tego autora >
Copy link
Powered by Social Snap