Nasze projekty
Anna Hazuka

Naucz swoje dzieci widzieć niewidzialne

Tak naprawdę nie pytamy jak nauczyć nasze dzieci modlitwy, ale jak sprawić, żeby ją pokochały, żeby zrozumiały jej sens. Jednym słowem – szukamy odpowiedzi jak nauczyć nasze dzieci widzieć niewidzialne.

Reklama

To oczywiście nie jest prosta sprawa. Jedno przy piersi, drugie chce myć jeszcze raz zęby, trzecie marudne, czwarte ze zmęczenia pogrąża się w kryzysie, a piąte – najstarsze chciałoby w spokoju czytać już Narnię. I w tym wszystkim my – chrześcijańscy rodzice – usiłujący zlepić z tych rozpadających się na miliony kawałeczków elementów, jedną modlitewną całość. Padamy więc sami na kolana w pokoju najmłodszego i spokojnie czekamy. Zwykle towarzystwo schodzi się dość żwawo. Lubimy ten moment. Lubimy być razem przed Panem Jezusem z naszymi dziećmi, lubimy opowiadać Mu wspólnie o naszym dniu, lubimy prosić Go w ich małych – wielkich sprawach, ale przede wszystkim lubimy słuchać modlitw naszych dzieci. Czujemy się wtedy jak nauczyciele pływania, którzy stoją na brzegu i patrzą jak podopieczni coraz śmielej i coraz lepiej radzą sobie w wodzie. Ale coraz częściej czujemy też, że Ktoś inny uczy już je pływać. I wtedy przeszywa nas prawdziwy dreszcz szczęścia.

Temat dziecięcej modlitwy można potraktować bardzo dosłownie. Pisać o zapalaniu świeczki, o piosenkach (koniecznie z pokazywaniem), o modlitwie spontanicznej. Pisać o nauce skupienia, o wyciszaniu, o tym jak skutecznie stworzyć wieczorny rytuał „Siusiu, paciorek, spać”, ale przecież tak naprawdę nie o to nam chodzi. Na dobrą sprawę prostej modlitwy moglibyśmy chyba nauczyć jakąś zdolną papugę, a nabożnie składać łapki potrafiłby pewnie – przy odrobinie wprawy – każdy szympans. Tak naprawdę nie pytamy jak nauczyć nasze dzieci modlitwy, ale jak sprawić, żeby ją pokochały, żeby zrozumiały jej sens. Jednym słowem – szukamy odpowiedzi jak nauczyć nasze dzieci widzieć niewidzialne.

Jeżeli w porę zrozumiemy, że naszym najważniejszym obowiązkiem jako rodziców jest przyjęcie naszych pociech z całym ich bogactwem, ale i z całą ułomnością, wtedy przekaz wiary wydarzy się niespodziewanie.

Reklama

Na początku naszej rodzicielskiej podróży wpadła nam w rękę dobrze znana książka Moniki i Marcina Gajdów „Rodzice w akcji”. Ma ona podtytuł „Jak przekazywać dzieciom wartości”. Jednak – wbrew pozorom – konkretnie temu zagadnieniu poświęcony jest jeden, ostatni rozdział książki. Cała reszta traktuje m.in. o umiejętnym stawianiu granic dzieciom, o nieprzyklejaniu im definiujących łatek, o obowiązkach i uczeniu samodzielności. Co chcieli nam przez to powiedzieć Gajdowie? Że w temacie przekazywania wiary, zagadnienia „techniczne” są dużo mniej ważne od całokształtu naszej więzi z dziećmi. Jeżeli uda się nam stworzyć z dziećmi relację opartą na zaufaniu i wzajemnym szacunku, jeżeli w porę zrozumiemy, że naszym najważniejszym obowiązkiem jako rodziców jest przyjęcie naszych pociech z całym ich bogactwem, ale i z całą ułomnością, wtedy przekaz wiary wydarzy się niespodziewanie. Nasze dzieci zobaczą w nas miłość Boga i wiara zjawi się w ich życiu jak ewangeliczny złodziej w nocy, będzie jak ziarnko gorczycy, rosnące bez naszego udziału.

Ale mądre wychowanie to nie wszystko. Aby udało się zaszczepić w naszych dzieciach głód Boga konieczna jest też piękna relacja między nami – rodzicami. Ilekroć czytam w Ewangelii św. Jana mowę pożegnalną Pana Jezusa, przeszywa mnie dreszcz przy słowach: „Po tym wszyscy poznają, żeście uczniami moimi, jeśli miłość wzajemną mieć będziecie” (J 13,35). To najskuteczniejsza rada ewangelizacyjna świata. Każde małżeństwo wie też jednak jaka trudna. Ale nie ma odwrotu! Chcemy, aby nasze maluchy miały w Bogu przyjaciela i obrońcę? Chcemy, żeby wiara dodawała im odwagi, a w chwilach rozpaczy nie pozwalała zwątpić do końca? To pracujmy do utraty tchu nad naszą jednością! Jeżeli ochronimy w sobie wyjątkowość naszej małżeńskiej miłości, wtedy nasze dzieci zobaczą w nas uczniów Chrystusa.

Aby udało się zaszczepić w naszych dzieciach głód Boga konieczna jest też piękna relacja między nami – rodzicami.

Reklama

I wreszcie trzeci warunek: to nasze autentyczne życie wiarą. Bardzo podoba mi się sposób, w jaki ujmowała to śp. Mariola Wołochowicz. Odpowiadając na pytania rodziców jak sprawić, aby dzieci uwierzyły w Pana Jezusa mówiła m.in.: prowadźcie atrakcyjny tryb życia. Pokażmy dzieciom do czego jest zdolny człowiek niesiony mocą Ducha św.! Pokażmy, że mamy w sobie Jego wolność. Pokażmy, że można zdobywać świat służbą! A nade wszystko współpracujmy z łaską w sklejaniu naszego połamanego serca. Stawiajmy mężnie czoła naszym lękom i zranieniom po to, aby nie przekazać ich naszym dzieciom. Jeżeli nasze dzieciaki zobaczą w nas odwagę, siłę i wolność nie pójdą, ale pobiegną w nasze ślady.

Czyli trzy warunki: piękna miłość rodziców, mądre wychowanie i autentyczne życie wiarą. A już samo uczenie dzieci modlitwy jest wielką przygodą. Dzieci mają w sobie naturalną głębię; warto pomóc im ją odkrywać. Jak? Każdy dom jest z pewnością inny, ale uniwersalnym narzędziem jest prosta modlitwa biblijna. Czytajmy dzieciakom Biblię od początku. Dostosowujmy wydania pod wiek dziecka i czyńmy z opowiadań biblijnych kanwę naszej modlitwy. Pomóżmy dzieciom odnajdywać się w konkretnych scenach z życia Pana Jezusa i pokażmy im jak można z takiej modlitwy czerpać siłę. Pomocne może okazać się „Pismo Święte dla młodych„, które zawiera grafiki, komentarze, objaśnienia, ciekawostki, didaskalia, przygodową stylizację, kolorowe mapy i wiele innych elementów, które pozwolą dzieciom w pełni i ze zrozumieniem poznawać Słowo Boże. Kiedy nasza najstarsza córeczka zmagała się z lękiem przed snem, bardzo często czytaliśmy w jej osobistej Biblii fragment o burzy na jeziorze. Zachęcaliśmy też ją do stworzenia własnej ikony przedstawiającej tę scenę. Pokazywaliśmy, że obok Pana Jezusa na łodzi jest miejsce gdzie może koło Niego spokojnie zasnąć, nawet jeśli na około szaleje sztorm. Potem ta ikona towarzyszyła nam na rodzinnej modlitwie, aż wreszcie Marysia sama zaczęła przez ten obrazek rozmawiać z Panem Jezusem o swoim lęku. Takich obrazów – ikon w Ewangelii jest bardzo dużo. Warto ich szukać razem z dziećmi.

Czytajmy dzieciakom Biblię od początku. Dostosowujmy wydania pod wiek dziecka i czyńmy z opowiadań biblijnych kanwę naszej modlitwy.

Reklama

Młodsze dzieciaki, poza uczestniczeniem w rodzinnej modlitwie, lubimy zachęcać do modlitwy gestem. Wiosną zbieramy kwiatki dla Maryi, kiedy zapalamy świeczkę mówimy, że robimy to dla Pana Jezusa, żeby widział jak gorące są nasze serduszka, w czasie Boże Narodzenia okrywamy w żłóbku Dzieciątko, machamy naszemu Aniołowi Stróżowi przed wyjściem z domu i uśmiechamy się do św. Tereski, której fotografia stoi w salonie. A w czasie smutku dajemy dzieciom do przytulenia nasz wielki rodzinny skarb – podarowaną przez przyjaciół figurkę Dzieciątka ze zgromadzenia Małych Sióstr Jezusa. Nie ma takiego smutku, którego by nie utulił ten uśmiechnięty, malutki Król.

To, co jako rodzice możemy – zrobimy. Reszta będzie należała do naszych dzieci. Nadejdzie dzień, kiedy same zdecydują czy pójdą za Mistrzem z Nazaretu. Mamy nadzieję, że tak się stanie. Ale nawet jeśli wybiorą inaczej, jeżeli pogubią drogę, a nam rodzicom pozostanie uczyć się od ojca syna marnotrawnego czekania, nawet wtedy jednego będziemy pewni – On – ich mały Król na pewno pójdzie za nimi.

ZAMÓW PERSONALIZOWANĄ BIBLIĘ JUŻ TERAZ!

Reklama

Najciekawsze artykuły

co tydzień w Twojej skrzynce mailowej

Raz w tygodniu otrzymasz przegląd najważniejszych artykułów ze Stacji7

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ
Reklama
WIARA I MODLITWA
Wspieraj nas na Patronite