Relikwie bł. Karola de Foucauld między bezdomnymi

Podczas zakończonej właśnie dwutygodniowej peregrynacji po archidiecezji poznańskiej, relikwie bł. Karola de Foucauld dotarły nie tylko do parafii, wspólnot, zgromadzeń zakonnych i seminarium duchowego, ale też do osób bezdomnych

Peregrynacja stanowiła kolejny etap wędrówki relikwii tego Małego Brata Jezusa po Polsce z okazji obchodzonej w grudniu tego roku setnej rocznicy męczeńskiej śmierci błogosławionego.
Organizacji peregrynacji relikwii bł. Karola de Foucauld po archidiecezji poznańskiej podjął się diakon Jakub Drosik, należący do grupy osób odpowiedzialnych za obchody 100. rocznicy narodzin dla nieba bł. Karola de Foucauld w Polsce, a zarazem do wywodzącej się od błogosławionego duchowej rodziny składającej się z osób różnych stanów na całym świecie.

 

– Zależało mi na tym, aby relikwie nie docierały jedynie do świątobliwych miejsc, ale były też obecne w niekiedy bardzo trudnej codzienności. Dlatego wyruszyłem z nimi do bezdomnych przebywających w okolicach dworca kolejowego Poznań Główny – opowiada Drosik dodając, że wielu z nich było poruszonych, kiedy opowiadał im o bł. Karolu de Foucauld.

– Bezdomnych dotykała przede wszystkim historia życia Karola, to, że był przed nawróceniem wielkim grzesznikiem i prowadził hulaszcze życie. Niektórzy przyznawali, że słuchając o nim uświadamiali sobie, że Bóg czeka na każdego człowieka. A tym, którzy dziwili się, dlaczego przyszedłem do nich z relikwiami tłumaczyłem, że brat Karol wychodził właśnie do ubogich i bezdomnych – wspomina Jakub Drosik.

Jak dodaje diakon, czas peregrynacji był także dla niego okazją do jeszcze głębszego poznania duchowości nazaretańskiej bł. Karola de Foucauld zawierającej się w słowach: kochać Boga, być Mu oddanym i posłusznym oraz naśladować Go całym swoim życiem. – Zaskoczyło mnie też, jak wiele osób, które uczestniczyły w peregrynacji, już żyje duchowością brata Karola. W rozmowach podkreślali, jak jest ona dla nich ważna – przyznaje.

 

Karol de Foucauld przyszedł na świat w 1858 r. w katolickiej rodzinie we Francji. Kiedy miał sześć lat zmarli oboje mu rodzice, a jego wychowaniem zajęli się dziadkowie. Jako nastolatek stracił wiarę, został kadetem szkół wojskowych i prowadził beztroskie życie.

W wieku 23 lat, będąc już żołnierzem w randze podporucznika, trafił do Algierii, gdzie po raz pierwszy spotkał się z pustynią i z islamem. Już w 1882 r. porzucił wojsko i w przebraniu wędrownego kupca żydowskiego przemierzył Maroko, a następnie przebywał w Algierze. Po powrocie do Paryża w 1886 r. i spotkaniu charyzmatycznego spowiednika, doświadczył nawrócenia i rozpoczął zupełnie inne życie: odbył pielgrzymkę do Ziemi Świętej, gdzie m.in. odwiedził Nazaret, przebywał na rekolekcjach w klasztorach trapistów i benedyktynów.

Ostatecznie w 1890 r. wstąpił do zakonu Trapistów, a z czasem odkrył swoje powołanie nazaretańskie. Udał się ponownie do Ziemi Świętej i w 1899 r. stworzył Regułę Pustelników Najświętszego Serca i Konstytucje Małych Braci Jezusa. Po powrocie do Francji przyjął święcenia kapłańskie, a następnie wyjechał do Algierii. Tam podjął się pracy charytatywnej, walczył z niewolnictwem praktykowanym przez miejscową ludność.

Osiadł w krainie Tuaregów, muzułmańskiego ludu koczowników i wśród nich, w masywie górskim w środkowej Saharze, zbudował pustelnię, gdzie w 1911 r. odprawił pierwszą Mszę św. W 1914 r. postanowił pozostać na zawsze w Tamanrasset, głównym mieście Tuaregów. W 1916 r. zamieszkałe przez nich regiony zaatakowało plemię Senussów, z rąk których poniósł śmierć.

 

W 2005 r. brat Karol został wyniesiony na ołtarze przez papieża Benedykta XVI, który już wiele lat wcześniej mówił o aktualności duchowości Nazaretu zainspirowanej w Kościele przez tego błogosławionego.

Po zakończeniu peregrynacji po archidiecezji poznańskiej, relikwie bł. Karola de Foucauld trafiły do archidiecezji wrocławskiej.


bt / Poznań

Katolicka Agencja Informacyjna

 

Show comments

Obcowanie świętych. Żółte liście czy święte obrazy?

Obcowanie świętych, bo to w głównej mierze ten fakt celebrujemy Uroczystością Wszystkich Świętych, przez wieki było dla niektórych niczym sól w oku

Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >

Kult świętych istnieje niemal równie długo jak samo chrześcijaństwo. Już w starożytnych wspólnotach kultywowano pamięć o wybitnych chrześcijanach, którym udało zbliżyć się do ewangelicznego ideału. Wątpliwości oparte na pytaniu, czy nie jest bałwochwalstwem czcić kogokolwiek poza Jedynym Bogiem, były oczywiście obecne, ale tego rodzaju sceptycyzm szersze kręgi zaczął zataczać dopiero dużo później, gdy kult ten był już w Kościele dogmatycznie i liturgicznie ustabilizowany.

 

Katechizm uczy – za konstytucją soborową Sacrosanctum Concilium – że zbliżającym się liturgicznym szczytem kultu świętych Kościół „przedstawia wiernym ich przykłady, pociągające wszystkich przez Chrystusa do Ojca, a przez ich zasługi wyjednywa dobrodziejstwa Boże” (KKK 1173).

 

Pokazuje to dwie bardzo istotne kwestie.

Kult świętych nie jest tworzeniem nowych bożków, które przyciągają do siebie, ale uznaniem – zresztą zgodnie z prawdą – że święte postaci wskazują swoim życiem na Chrystusa i udowadniają, że człowiek jest w stanie żyć zgodnie z zasadami Ewangelii, co światu przekonanemu, że Dobra Nowina jest tylko dla herosów, jest potrzebne niczym tlen

Po pierwsze kult świętych nie jest tworzeniem nowych bożków, które przyciągają do siebie, ale uznaniem – zresztą zgodnie z prawdą – że święte postaci wskazują swoim życiem na Chrystusa i udowadniają, że człowiek jest w stanie żyć zgodnie z zasadami Ewangelii, co światu przekonanemu, że Dobra Nowina jest tylko dla herosów, jest potrzebne niczym tlen. Po drugie – co jest może jeszcze ważniejsze – Uroczystość Wszystkich Świętych pod każdym możliwym względem jest dniem radosnym!

 

Niestety obie prawdy wydają się być zapomniane przez samych katolików i cieszy mnie rozkwitająca powoli wśród księży moda na to, by o sensie tego wspaniałego święta przypominać. Zwracanie uwagi na dalekie od jakiejkolwiek magii właściwości tego, co nazywamy obcowaniem świętych, to potrzeba, która wydaje się nie gasnąć nawet na moment. Z opowieści księży znam sytuacje, w których ludzie przychodzą do parafii po odpowiedź na pytanie, jaką modlitwę należy odmówić, aby stało się to lub tamto. I podobnie jak utożsamianie modlitwy z zaklęciami jest dużo bardziej popularne, niż byśmy tego chcieli, zrównywanie świętych z nadprzyrodzonymi algorytmami do wykonywania zadań specjalnych i omijania Boga również nie należy do rzadkości.

 

W sprawie smutnego, tęsknego nastroju, jaki towarzyszy nam 1 listopada, zaistniało kilka czynników zewnętrznych, które walnie przyczyniło się do zatracenia tożsamości jednego z najistotniejszych dni katolickiego roku liturgicznego. Najważniejszym z nich była propaganda komunistyczna

I o ile przy tym problemie trzeba się uderzyć w pierś i nie szukać winnych poza sobą, o tyle w sprawie smutnego, tęsknego nastroju, jaki towarzyszy nam 1 listopada, zaistniało kilka czynników zewnętrznych, które walnie przyczyniło się do zatracenia tożsamości jednego z najistotniejszych dni katolickiego roku liturgicznego. Najważniejszym z nich była propaganda komunistyczna.

 

candle-1216603_1920

 

Marksistowska ideologia nie akceptowała jakichkolwiek elementów alienujących człowieka – w domyśle: robotnika – co w przełożeniu na praktykę oznaczało, że każda idea odciągająca jego uwagę od prozaicznych, ziemskich wysiłków dając przy tym złudną, jak twierdzono, nadzieję na szczęście inne niż pochodzące z pracy rąk, miała na pieńku z reżimem. W pierwszym rzędzie musiał zatem stanąć Kościół wierzący w świętość definiowaną inaczej, szerzej niż jedynie jako rzetelność i sumienność fizycznej pracy.

 

Świętość zbliżała do Chrystusa żyjącego w niebie pośród liturgii aniołów i świętych – śmiercionośna dla marksistowskiego materializmu kombinacja tych trzech elementów z miejsca stawiała Kościół na przeciwległym biegunie. Po pierwsze mówiła o zbliżaniu się do Chrystusa, który w opinii komunistów nie zmartwychwstał ergo nie żył od 2000 lat. Po drugie, był w niebie, w perfekcyjnym królestwie, raju, który nie został zbudowany ludzkimi rękami na ziemi. Wreszcie po trzecie – Kościół uznaje obcowanie świętych w radości i uwielbieniu wobec Boga, w które świat ziemski może się włączyć dzięki liturgii. Suma tych twierdzeń musiała finalnie spotkać się z reakcją.

 

Na szczęście – nieskuteczną, a przynajmniej skuteczną nie w pełni.

 

Co ciekawe, było to stałą strategią komunistów – podobnie jak włączenie do Kościoła poprzez chrzest św. próbowano, bez spektakularnych sukcesów, zastąpić ceremonią uroczystego nadania imienia w Urzędzie Stanu Cywilnego, tak i inne obrzędy istotne z punktu widzenia katolickiej tradycji miały swoje odpowiedniki bardziej przyjazne komunistycznej wizji świata. Nie inaczej było z Uroczystością Wszystkich Świętych.

 

Komuniści ze względu na silną w Polsce tradycję pozostawili pierwszy listopada dniem wolnym od pracy. W międzyczasie jednak próbowali nadać mu zupełnie inne znaczenie, dalekie od katolickiej radości z obcowania świętych. Nowe, państwowe święto z premedytacją wyciszało atmosferę mobilizacji, jaka dotychczas towarzyszyła katolickiej celebracji – z oczywistych powodów nie nawiązywało w żadnym elemencie do wezwania, jakie stoi przed każdym człowiekiem: wezwania do świętości.

 

A czy nie to właśnie jest najistotniejszym brakiem, jaki możemy dostrzec w powszechnym stylu świętowania Uroczystości Wszystkich Świętych?

 

Komunistyczne Święto Zmarłych, promowane jako dzień głębokiej zadumy nad przemijalnością życia i nieuchronnością ostatecznej i nieodwracalnej śmierci, pozostawiło po sobie zaskakująco trudne do wykorzenienia, neopogańskie chwasty również w myśleniu katolików

Innymi słowy, komunistyczne Święto Zmarłych, promowane jako dzień głębokiej zadumy nad przemijalnością życia i nieuchronnością ostatecznej i nieodwracalnej śmierci, pozostawiło po sobie zaskakująco trudne do wykorzenienia, neopogańskie chwasty również w myśleniu katolików. Główną bolączką nadchodzących dni jest bowiem takie pomieszanie, w którym radosna uroczystość staje się festiwalem tęsknoty bez nadziei.

 

Pożółkłe liście i nostalgiczna muzyka, które w oficjalnym, medialnym przekazie zastąpiły portrety świętych i pełne radości hymny, stanowią najlepszy przykład, że ułożona przed laty narracja, jak ognia unikająca religijnych skojarzeń, jest wciąż żywa.

 

Nie dajmy się jej zdominować. Na zadumę przyjdzie czas.

2 listopada.

 

Tomasz Adamski

Tomasz Adamski

Zobacz inne artykuły tego autora >
Show comments
Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >