STYL ŻYCIA

Ciampi. Historia pięknej miłości

Była  u  jego  boku od 18 roku życia. Zachęcała go  do  kolejnych zawodowych kroków, a potem do  polityki. Trochę, jak Nancy  Raegan, ale Franca Ciampi, w przeciwieństwie  do  amerykańskiej Pierwszej Damy, była lubiana. Dla obojga najważniejsze w życiu  były  dwie rzeczy: rodzina i praca.

Urszula Rzepczak
Urszula
Rzepczak
zobacz artykuly tego autora >

Tego dnia nie przypominała tamtej uśmiechniętej, pełnej  energii i planów  na  przyszłość osiemnastoletniej dziewczyny, która go zachwyciła. Wtedy, na uniwersytecie Normale w Pizie, gdzie oboje  studiowali, od  razu przykuła jego  uwagę.  – Poznaliśmy  się na potańcówce u  kolegi –  wspominała po latach. - Nie  było  wówczas dyskotek, chodziliśmy  na prywatki, które kończyły  się herbatką przy stole i pogaduszkami.  On był przystojny i spokojny ale lubił adorować dziewczyny.

 

Ale  to ona: niewielka, szczuplutka okazała  się  być tą  wybraną i  tą  jedyną  na zawsze. Nigdy się nie  rozstawali. Była  wojna. Carlo skończył prawo, ona  literaturę. Wcielony do służby  wojskowej przebywał  jakiś  czas poza Włochami, potem przeszedł  na stronę  oddziałów wyzwoleńczych. Po wojnie mogli  się wreszcie pobrać. Uwielbiali  rozmawiać.  Ale  to  było  wieki  temu, prawie siedemdziesiąt lat!  Dziś już nic  nie  mogła mu doradzić, a on nie  mógł odpowiedzieć tak jak lubił: łacińską maksymą.

 

Ciampi

Franca Ciampi z mężem

Tego dnia założyła perły – symbol swojego  głębokiego żalu i  łez, starannie uczesała swoje siwiejące, ale nadal bujne  włosy, co odejmowało co  najmniej  dziesięć  z jej blisko 96  lat, i  cała  w czerni przyszła na ostatnie pożegnanie z mężem. Kiedyś Tam, znowu  będą  razem: Franca Pilla Ciampi  i Carlo Azeglio Ciampi, były  prezydent Republiki  Włoskiej, ukochany prezydent  Włochów.

 

Pochowała go 19 września w rodzinnym grobowcu w Livorno. Zdjęcia z mszy w kościele św. Saturnina  w Rzymie obiegły świat. Na nich osobistości  świata  polityki i kultury: Giorgio Napolitano, też  już były prezydent kraju, Romano  Prodi i Mario Monti – byli premierzy, setki zwyczajnych  Włochów, którzy  dzień wcześniej ustawiali  się w długiej  kolejce do gmachu  senatu, by  oddać hołd temu, który „przynosił zaszczyt ojczyźnie i rodzinie”- jak spontanicznie napisali  na skromnym transparencie przed kościołem. I ona. Nie  rozpaczała-  przecież dożył pięknego  wieku – tylko tuż  przed odwiezieniem trumny sprzed  kościoła-  schowała twarz w dłoniach,  jakby chciała przypomnieć sobie  jego  żywym.

 

Ależ  to  było  małżeństwo! Przeżyli  razem 70 lat. To  dziś, właśnie  dziś, kiedy włoskim zwyczajem: oklaskami , po mszy pogrzebowej żegnano jej Carla, przypadała okrągła rocznica ich ślubu – siedemdziesiąta! Na chrzcie otrzymał dwa imiona: Carlo Azeglio – to drugie  po dziadku ze  strony  ojca, ale ona  wolała mówić mu Carlo. – Tyle pięknych  chwil przeżyliśmy  razem!- dzieliła się wspomnieniami  z  dziennikarzem tuż  po  śmierci męża. – Mój  Carlo do  końca  tak bardzo  przejmował  się losem młodego pokolenia,   naszych  prawnuków. Tego  jakże oddanego ojczyźnie Włocha, ojczyzna teraz  rozczarowywała, nie  gwarantując przyszłości młodym, zmuszonym do imigracji. Ubolewał, że chcąc budować przyszłość, muszą  uciekać  za granicę. – Przecież dążyliśmy  do  czegoś  zupełnie innego: i  ja i  „tata”,  jak  go często pieszczotliwie, po  domowemu nazywałam. Chcieliśmy  mniej  skomplikowanej  przyszłości  dla naszych  prawnuków  i  dla kolejnych  pokoleń – mówi Franca.  

 

To  ona namówiła Carla do polityki. Po  wojnie uczył literatury i  łaciny w  liworneńskim liceum. Uwielbiał to, ale kiedy  ogłoszono  konkurs  na wysokie stanowisko w banku  narodowym Włoch, zachęciła go: – Carlo, wystartuj. Dużo  zarobisz, a się  nie  napracujesz- mówiła. –  Boże mój, ależ  się wtedy  myliłam – przyznała po  latach.

 

Przez  kolejne  33 lata Carlo pracował jak szalony. Jeździł od oddziału  do oddziału, nawet kiedy w 1979 r. został  gubernatorem Banku.  – Ale my byliśmy szczęśliwi!  Wciąż razem, na dobre i  na złe. A tych gorszych momentów  nie  brakowało – dodaje.

 

Dla obojga  najważniejsze w życiu  były  dwie rzeczy: rodzina i praca. I to im poświęcili swoje  życie, czując –  jak  to  podkreślali niejednokrotnie –  boską pomoc. Przydawała się. I kiedy był ministrem, a potem premierem, i w czasie  jego siedmioletniej  prezydentury, po tym jak w 1999 r. został wybrany większością  absolutną  głosów  włoskiego parlamentu.

 

- Pamięta pani, co  powiedziała, kiedy  męża  zapytano o jego zgodę  na drugą  kadencję? – zapytał po  latach dziennikarz. –  A  jakże! – odpowiedziała. –  Krzyknęłam wówczas: „Nie, za ojczyznę umierać  nie będziesz!”. Bo już do  tego  czasu  ojczyźnie dał z siebie  wszystko co mógł. Dyplomacja  nie  jest  moją  silną  stroną –  dodała –  dużo gadam i  nie umiem się  powstrzymać. Oczywiście, pamiętam tę  maksymę Horacego „Słodko i  zaszczytnie  jest umierać za Ojczyznę”, którą  wtedy  sparafrazowałam.

 

Jeśli  za  ojczyznę  nie  umarł, to  na pewno  żył dla kraju i  zgodnie  ze swoimi  zasadami. Franca jest  pewna, że  Carlo jest  już  w niebie, bo  był dobry i  czynił  dobro.  Nie  należał  do  tych, którzy  głośno  mówią o  swojej  wierze, ale Jezusa traktował poważnie. Tak jak i  ona. Wynieśli  to ze szkoły: oboje wyedukowani w  domach i szkołach  katolickich, on  przez  jezuitów. To trudna edukacja –  także  jako  szkoła życia –  uczy  bowiem, że nad przyjemności  należy  przedkładać obowiązki.

 

Jakże odbiegała  od ówczesnego  schematu  włoskiej  żony! Była silna,  nie  lubiła  spędzać czasu  w domowym zaciszu. Z resztą – jak  przyznawała-  nie  przepadała za gotowaniem. Za  to chętnie wychodziła poza ramy  protokołu i  dyskutowała z politykami.

fot. EastNews

Była  u  jego  boku przez całe życie. Zachęcała go  do  kolejnych zawodowych kroków, a potem do  polityki. Trochę, jak  Nancy  Raegan, ale Franca Ciampi, w przeciwieństwie  do  amerykańskiej Pierwszej Damy, była lubiana. On polityki  nie  traktował jako zawodu, a jako  służbę  krajowi. Takim też zapamiętano go – zwyczajni  Włosi i politycy  różnych  ugrupowań. On  sam, poza wojennym epizodem, nigdy  nie  był  w żadnej  partii. Zapytana  w dniu  zaprzysiężenia Ciampiego, czy  jest  wzruszona,  odpowiedziała: – Franca Ciampi nigdy  nie  płacze. Ale była zawsze u  jego  boku: kiedy został szefem banku Włoch, szefem rządu, ministrem skarbu i  wreszcie  głową  państwa. Uchodziła  za prawdziwą Pierwszą  Damę, pierwszą prawdziwą  „first  lady” , bo udało  jej  się tą  swoją  obecnością przybliżyć opinii publicznej postać  prezydenta jako  człowieka.  Jakże odbiegała  od ówczesnego  schematu  włoskiej  żony! Była silna,  nie  lubiła  spędzać czasu  w domowym zaciszu. Z resztą – jak  przyznawała-  nie  przepadała za gotowaniem. Za  to chętnie wychodziła poza ramy  protokołu i  dyskutowała z politykami.  Słynne  stało  się  jej  określenie ” ogłupiająca telewizja” . Miała wówczas na myśli  negatywnie  wpływające na wychowanie  młodzieży treści płynące z telewizji. Innym razem w  Neapolu określiła mieszkańców południa kraju, jako tych „najlepszych i  najbardziej  inteligentnych” narażając  się na niezadowolenie  polityków  Ligi Północnej.   Nie była cieniem męża, działała. Wymyśliła i patronowała dorocznej Nagrodzie Małżonki Prezydenta Republiki premiującej  kobiety o  wybitnych zasługach  dla społeczeństwa.

 

Carlo został wybrany  na prezydenta w święto  Matki Boskiej Fatimskiej, 13 maja, w  dniu  zamachu  na życie  papieża Polaka. Nadto Ciampi składał prezydencką przysięgę  w  dniu urodzin Karola Wojtyły

Towarzyszyła mężowi  i  w pracy, i  w pielęgnowaniu  jego  przyjaźni.  Jednym z przyjaciół  rodziny  był Karol Wojtyła, Jan Paweł II . W  pewnym momencie o obu  zaczęto nazywać przyjaźnie  „dziadkami Włoch”. Tak wiele ich łączyło, że to spotkanie nie  mogło  być  tylko  przypadkiem. Mieli  tak samo  na  imię: Karol. Obaj obchodzili  tego samego  dnia  imieniny i  odkąd się oficjalnie  poznali  w Pałacu  Apostolskim w 1999 roku , na początku  prezydentury  Ciampiego, składali  sobie  wzajemnie tego  dnia życzenia. Były  to  więzi  niemal  rodzinne –  do  tego stopnia zacieśnione, że Franca pozwalała sobie  na  przyjacielskie uwagi  kierowane do papieża. Już podczas pierwszej audiencji, po pożegnaniu, wróciła do papieża  i szepnęła mu: – Niech Wasza Świątobliwość uważa na siebie, niech  się  nie przemęcza!. Zaskoczyła tym samego prezydenta, który zszedłszy kilka kroków  przed nią , o  tym co  jego  żona  przekazała papieżowi, dowiedział się kilka  godzin później z przekazu  telewizyjnego. Po latach wspominał, że to  było wyjątkowe spotkanie – w ciągu kilu minut z oficjalnej  wizyty przekształciło się, w szczerą  rozmowę, która  zapadła mu  w sercu i  zaczęła długoletnia  przyjaźń trojga. Była  między  nimi  jakaś  spójność intelektualna. Spotykali  się  wielokrotnie, jadali  wspólnie obiady, żartowali i rozmawiali  na poważnie: o polityce, o świecie i  o ryzyku widma bezdusznej Europy wyzutej z idei, bez woli rodzenia dzieci i pozostawiania  po  sobie kolejnych pokoleń. Później Jan Paweł II podkreślał, że Carlo został wybrany  na prezydenta w święto  Matki Boskiej Fatimskiej, 13 maja, w  dniu  zamachu  na życie  papieża Polaka.

Nadto Ciampi składał prezydencką przysięgę  w  dniu urodzin Karola Wojtyły , o  też papież podkreślał.  Urodzili  się  tego samego 1920  roku. Jak  dziś  podkreślają  dziennikarze, mimo  tak odmiennych  biografii, obaj  stali się pozytywnymi bohaterami najnowszej  historii.  Mieli umówione  spotkanie na 29 kwietnia 2005  roku, dzień świętej  Katarzyny, patronki Włoch –  Ciampi  był wtedy  jeszcze prezydentem. Do  tego  spotkania  nie doszło. Jan Paweł II  2 kwietnia zmarł.

 

EN_00950291_1784

fot. EastNews

Cierpiący od  kilku  lat, podobnie  jak  Karol Wojtyła, na chorobę Parkinsona, zmarł 16 września w jednym z rzymskich  szpitali. Dożył 95 lat. Do  końca  niemal zachowując  bystrość umysłu. I do końca przy nim trwała…

- Starość nieźle dała mi w kość –  mówił pod koniec życia Carlo Ciampi. Cierpiący od  kilku  lat, podobnie  jak  Karol Wojtyła, na chorobę Parkinsona, zmarł 16 września w jednym z rzymskich  szpitali. Dożył 95 lat. Do  końca  niemal zachowując  bystrość umysłu. Przy nim do  końca trwała  jego rówieśniczka – żona. Dumna z tego, że gazety  wspominając byłego prezydenta piszą  o  jego ” neutralnej aktywności” , że przypominają najchętniej  cytowaną  przez  niego frazę z „Metamorfoz Owidiusza” o tym, że Bóg stworzył zwierzęta z pyskiem zwróconym w  dół, a ludzi z twarzą podniesioną  w  górę: do  nieba, do  gwiazd. Tacy  byli  oboje. Patrzyli  w górę ale  z pokorą. France teraz pęka serce, zastanawia się i  pyta raz po  raz: – Teraz, kiedy  zawieźliśmy Carla do  Livorno, co ja  zrobię. Co zrobię?…..

Urszula Rzepczak

Urszula Rzepczak

Zobacz inne artykuły tego autora >
Show comments
Urszula Rzepczak
Urszula
Rzepczak
zobacz artykuly tego autora >

Inteligencja dyskutuje. Mądrość rozmawia

Wraz z powszechnym dostępem do szkolnictwa wyższego i uznaniem, że każdy powinien mieć maturę, powoli obumiera i inteligencja i mądrość

Sabina Treffler
Sabina
Treffler
zobacz artykuly tego autora >

Inteligencja a mądrość

Podejmując temat mądrości, człowiek boi się, żeby czegoś głupiego nie napisać. Patrząc w przeszłość i swój słownik z definicjami życia “mądrość” widniała na pierwszym miejscu w zakładce “dary Ducha Świętego”. A “inteligencja”? Pod tym hasłem początkowo było zapomniane pokolenie, a z czasem pojawiły się nazwiska ludzi, którzy mieli szansę na rozwój, a z których osiągnięć dzisiaj jestem dumna.

Z wiekiem i doświadczeniem pojęcia “mądrość” i “inteligencja” coraz bardziej się dla nas od siebie oddalają. Inteligencja jawi się jako tkwiący w nas potencjał, który należy wykorzystać i talent, który należy rozwijać. Mądrość jest umiejętnością, którą rozwijamy samoistnie patrząc nieśpiesznie na świat. Porównując te dwa terminy widzimy, że inteligencja jest błyskotliwa, przebojowa, ale towarzyszy jej żmudna praca, a mądrość jest prosta, nieskomplikowana i przepełniona spokojem. Mądrość ma czas. Podczas, gdy człowiek mądry już coś wie, to inteligentny dopiero musi się nad tym zastanowić i dojdzie do podobnych wniosków. A przynajmniej powinien. Inteligencja dyskutuje, a mądrość rozmawia. Można też powiedzieć, że inteligencja dużo mówi i czasami jest przegadana, a mądrość wystarczy, że milczy, a i wtedy wiadomo, że jest.

 

Cechy niezależne

Oczywiście można być jednocześnie i mądrym i inteligentnym. Teraz zapewne przeszukujemy w katalogu znanych nam osób właśnie takich ludzi. Dla mnie takim przykładem jest o. Leon Knabit, benedyktyn z Tyńca. Jego proste recepty na życie i oczywiste rozwiązania problemów nie pozostawiają wątpliwości. Tak już jest i już. Na końcu wszystkiego i tak jest Bóg i tyle. A większość rozwiązań naszych problemów jest w Piśmie Świętym. Proste.

 

pexels-photo

 

W świecie, w którym możemy mieć wszystko w szybkim tempie, często nie wiemy, gdzie szukać mądrości. Tę znajdziemy nie tylko w książkach (choć nie we wszystkich), ale przede wszystkim w ludziach. Bardzo lubię wyjeżdżać na polską wieś. To tam znajduję mądrych ludzi, szczególnie wśród tych starszych. Niejednokrotnie nie są oni wykształceni, ale dużo mądrzejsi od reprezentantów młodszych pokoleń. To autorzy tzw. mądrości życiowych, wokół których zbudowali swoją codzienność. Są skromni i mają świadomość swoich braków. Nie próbują wychylać się ponad to, do czego są dysponowani. I właśnie ta ich świadomość budzi największy podziw i szacunek.

Czy można być mądrym, ale nieinteligentnym? Tę kwestię pozostawiam otwartą i zachęcam do dyskusji. Moim zdaniem nie, ale zawsze mogę się mylić.

Oczywiście pozostaje jeszcze jeden przypadek, nie licząc ludzi nieinteligentnych i niemądrych, czyli człowiek inteligentny, ale niemądry. Wedle staropolskiej definicji, tacy ludzie to “głupcy”. Bez pejoratywnych konotacji. Z chęcią pominęłabym ten przykry przypadek w rozważaniach, ale jest to problem, który coraz bardziej nam doskwiera. Tym ludziom brakuje czasu na zastanowienie się. Sprawa jest o tyle poważna, że w grę wchodzi wykształcenie i towarzysząca temu tytulatura.

 

books-magazines-building-school

 

Kwestia wykształcenia i smutna konstatacja

I tutaj dotykamy kolejnego pojęcia jakim jest wykształcenie. Wraz z powszechnym dostępem do szkolnictwa wyższego i uznaniem, że każdy powinien mieć maturę, powoli obumiera i inteligencja i mądrość. Inteligencji jako klasy społecznej nie udało nam się w Polsce odbudować po latach zaborów, wojen i wszelkiego rodzaju zniewoleń. Ostatnie próby spaliły na panewce wraz z kryzysem autorytetów. Wraz z ich zniknięciem z życia codziennego, ginąć zaczęła również mądrość. Miejsce inteligencji zajęli w ostatnich latach eksperci. A wraz z masowym przyjmowaniem na uczelnie studentów coraz rzadziej spotykana jest tam mądrość. Nie tak często można spotkać indywidualne podejście do słuchaczy i nawiązane na uczelni relacje mistrz-uczeń. Wielu wykładowców żałuje, że nie jest w stanie nawiązać tego typu więzi. Spotykana jest ona chyba już tylko na uczelniach artystycznych, na których nadal obowiązują egzaminy wstępne, co oznacza pewną selekcję i kameralne grono studentów.

Naturalnym dążeniem człowieka jest jednak poszukiwanie mądrości i spełnienie się w tym dążeniu. Nawet jeśli łączenie w pary studentów z ich profesorami okazuje się być nietrafione, to młodzi ludzie w poszukiwaniu mistrza, w którym upatrują mądrość potrafią przemierzyć kawał drogi i poświęcić na to lata. Po drodze czerpią pełnymi garściami z napotkanych ludzi i doświadczają. Życzę, by każdy otaczał się ludźmi inteligentnymi, ale także w tym wszystkim mądrymi i wartościowymi. Poszukiwania zacznijmy od czytania. I to nie tylko książek, a ksiąg.

 

Sabina Treffler

Sabina Treffler

Dyrektor Projektów Medialnych Instytutu Nowych Mediów. Absolwentka Akademii Muzycznej w Katowicach, Dyplomacji Publicznej w Collegium Civitas w Warszawie oraz Marketingu Kultury na Uniwersytecie Warszawskim. Szlify dziennikarskie zdobywała w Dziale Świat "Gazety Polskiej Codziennie". Zastępca red. nacz. Wszystko Co Najważniejsze.

Zobacz inne artykuły tego autora >
Show comments
Sabina Treffler
Sabina
Treffler
zobacz artykuly tego autora >