FELIETONY

Wołyń 1943. Jak do tego doszło?

Nie da się zrozumieć krwawych wydarzeń 1943 r., jeśli nie sięgnie się do źródeł uprzedzeń pomiędzy Polakami a Ukraińcami. Ich erupcja nie była dziełem przypadku – Wołyń był na rękę zarówno Niemcom, jak i Rosjanom

Marcin Makowski
Marcin
Makowski
zobacz artykuly tego autora >

Każda zbrodnia, szczególnie tak bezwzględna, jak ludobójstwo wołyńskie, ma swoją wieloletnią genezę. Zbrodnia wołyńska nie byłaby możliwa gdyby nie trzy rzeczy. Po pierwsze – polityczna próżnia, w jakiej znalazły się tereny dawnego województwa wołyńskiego podczas niemieckiej okupacji. Po drugie – skala zbrodni, bezprawia i przyzwolenia na brutalizację życia codziennego stosowana przez nazistów. Po trzecie – wyrosłe na tym gruncie ukraińskie ruchy partyzanckie, które oczekując odpowiedniego momentu do ataku, chciały odbić ziemię z rąk Polaków i utworzyć na niej niepodległe państwo. Ten nadarzył się latem 1943 r., gdy przegrywająca na froncie wschodnim III Rzesza coraz mniej uwagi mogła poświęcać terytorium etnicznie ukraińskiemu, w zamian za zaangażowanie tamtejszych partyzantów w walkę z Armią Krajową i wstępowanie do jednostek Waffen-SS, przymykając oko na siany przez banderowców terror wśród polskiej ludności cywilnej.

 

pole

Kadr z filmu „Wołyń” w reżyserii Wojciecha Smarzowskiego | fot. YouTube

 

Nawet uwzględniając te fakty trudno pojąć stopień brutalizacji walk na Wołyniu bez próby przyjrzenia się bliżej temu regionowi, który już w czasach II Rzeczpospolitej stanowił trudny do opanowania i utrzymania w ryzach fragment odrodzonej ojczyzny. Głównie z tego względu, że jako ojczyznę postrzegali go nie tylko Polacy.

 

 

Wołyń – daleko od cywilizacji

Województwo wołyńskie, na terytorium którego dokonano większości zbrodni podczas tzw. Rzezi wołyńskiej, przeszło przez sześć lat wojny prawdziwie burzliwą historię. Najpierw 28 września 1939 roku trafiło pod okupację ZSRR, które przekazało je 22 października w ręce Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej. Po ataku Niemiec na Rosję, Wołyń został włączony do utworzonego 1 września 1941 r. Komisariatu Rzeszy Ukraina. Województwo wołyńskie rozciągało się na obszarze 35,7 tys. km². Było drugim co do wielkości (po poleskim 36,7 tys. km²) województwem w II Rzeczpospolitej, zamieszkiwanym przez około 2 mln osób.

 

W jego skład wchodziło 11 powiatów, w których znajdowały się jedynie 22 miasta. Pod tym względem Wołyń z 16 województw, był czwartym od końca pod względem zurbanizowania. Widać to szczególnie w proporcji ludności miejskiej (276,5 tys.) do wiejskiej (1809,1 tys.). Również gęstość zaludnienia należała do jednej z najniższych w II RP, wynosząc 58 osób na km², gdy w tym samym okresie np. na Śląsku mieszkało 299 osób na km².

 

ojciec

Kadr z filmu „Wołyń” w reżyserii Wojciecha Smarzowskiego | fot. YouTube

 

Etniczny galimatias

Wołyń był również niesamowitą mieszanką ludności pod względem narodowości i wyznania. Taki stan jeszcze przed wojną rodził liczne konflikty i niepokoje społeczne. Polacy od samego początku stanowili na nim mniejszość, w niektórych miastach porównywalną ze skupiskami ludności żydowskiej. Wśród używanych na Wołyniu języków, najliczniej reprezentowany był ukraiński (68%), na drugim miejscu polski (16,6%), następnie hebrajski (9,9%), niemiecki (2,3%) oraz rosyjski (1,5%). W innych językach mówiło 1,7% mieszkańców Wołynia.

 

Podobnie jak w przypadku używanego języka przedstawiały się proporcje podziału na wyznania. Według danych statystycznych z 1931 r., wśród 2085,6 tys. mieszkańców województwa wołyńskiego 1455,9 tys. stanowili prawosławni, 327,9 tys. katolicy, 207,8 Żydzi, 53,4 tys. ewangelicy, 11,1 tys. grekokatolicy. Inne wyznania chrześcijańskie praktykowało 28 tys. osób. Do żadnego nie przyznało się jedynie 600 ankietowanych.

 

ogien

Kadr z filmu „Wołyń” w reżyserii Wojciecha Smarzowskiego | fot. YouTube

 

Krwawa niedziela

W wyniku zbrodni okupantów, zsyłek i wyjazdów na roboty do Rzeszy, liczba ludności Wołynia spadła z 2 mln w sierpniu 1939 roku do niespełna 1,7 mln w styczniu 1943 roku. Oprócz Żydów największe straty poniosła mniejszość polska, w tym przypadku mówimy o ubytku około 45 tysięcy osób. W 1942 roku Niemcy szacowali liczbę Polaków na Wołyniu na 306 tysięcy, co stanowiło 14,6% ogółu ludności.

 

niemcy-kobieta

Kadr z filmu „Wołyń” w reżyserii Wojciecha Smarzowskiego | fot. YouTube

 

Choć napięcie etniczne i fala zbrodni na Wołyniu narastały stopniowo, kulminacja nastąpiła 11 lipca 1943 roku, czyli w „Krwawą niedzielę”. Akcja eksterminacji polskich cywilów przez m.in. przez Organizację Ukraińskich Nacjonalistów (OUN-B) oraz Ukraińską Powstańczą Armię (UPA) przybrała przerażające rozmiary. Tego dnia zaatakowano 99 miejscowości, następnego kolejnych 50. Stan permanentnego zagrożenia utrzymywał się do wczesnej wiosny 1944 roku, kiedy UPA przeniosła działania na rejon Lwowa i Podole. Skalę represji wobec ludności polskiej jeszcze lepiej oddają suche statystyki ataków.

 

pole2

Kadr z filmu „Wołyń” w reżyserii Wojciecha Smarzowskiego | fot. YouTube

 

Lipiec 1943 – atak na 520 wsi i osad, zamordowanie około 10-11 tys. Polaków. Sierpień 1943 – atak na 301 wsi i osad, zamordowano około 8300 Polaków. Do grudnia 1943 r. brutalne zabito ponad 40 tys. naszych rodaków ze Wschodu, łącznie w wyniku ludobójstwa śmierć mogło ponieść nawet ponad 60 tys. osób, w tym 2,3 tys. Ukraińców w ramach polskiego odwetu i działań obronnych.

 

stodola

Kadr z filmu „Wołyń” w reżyserii Wojciecha Smarzowskiego | fot. YouTube

 

Krajobraz po ludobójstwie

Rzeź wołyńska poza ofiarami cywilnymi to również niemal całkowita anihilacja fizycznych śladów obecności Polaków. Według szacunków historyków z ogólnej liczby 1150 wiejskich osad polskich Ukraińcy zniszczyli 1048, czyli 91% wszystkich domostw. Na tym straty się nie kończyły. Z istniejących 31 tys. polskich zagród spalono 26 167, a więc dokładnie 84% ówczesnego stanu posiadania. Podobnie sprawy się miały z kościołami. Z istniejących 252 kościołów i kaplic, zniszczono 103 (41%).

 

stodola3

Kadr z filmu „Wołyń” w reżyserii Wojciecha Smarzowskiego | fot. YouTube

 

Nie ma wątpliwości, że widząc tę ogromną skalę mordu i zniszczeń, Rzeź wołyńską należy uznać za zbrodnię ludobójstwa na tle etnicznym. Choć Ukraińcy liczyli, że dzięki swojej bezwzględności metodą faktów dokonanych odbiją ziemię wołyńską i w momencie wkroczenia na nią Armii Czerwonej ogłoszą niepodległość, również ich plany zostały zweryfikowane przez historię. Ponura prawda o Wołyniu jest taka, że krwawe wydarzenia 1943 r. były de facto na rękę Niemców, którzy zostali odciążeni w tym regionie od walki z polską partyzantką oraz Rosjanom, którzy tym łatwiej przejęli i skomunizowali zdewastowaną i niezdolną do oporu ideowego ziemię. Do dziś wydarzenia wołyńskie stanowią niezabliźnioną i nierozliczoną ranę w relacjach polsko-ukraińskich.

 

Marcin Makowski

Marcin Makowski

Dziennikarz i publicysta tygodnika "Do Rzeczy". Współpracuje z Wirtualną Polską, TVP3 Kraków i Radiem Kraków. Z wykształcenia historyk i filozof. Twórca projektu "II wojna światowa jakiej nie znacie".

Zobacz inne artykuły tego autora >
Show comments
Marcin Makowski
Marcin
Makowski
zobacz artykuly tego autora >

Nauczyć się mądrości od rzymskiego cesarza

Najtrudniej dotrzeć do siebie samego - mawiał Marek Aureliusz

Marcin Makowski
Marcin
Makowski
zobacz artykuly tego autora >

Nie pisał, żeby zaimponować potomnym. „Rozmyślania” początkowo nie miały nawet tytułu. Jak sądzą historycy, wydała je i zredagowała po śmierci cesarza sama rodzina. Być może miały stanowić wskazówki dla syna Kommodusa – następcy cesarskich laurów. Nie są one również charakterystycznym dla epoki zbiorem aforyzmów, cytatów, krótkich przemyśleń. To raczej próba wewnętrznego dialogu, swoiste rekolekcje stoika, który w obliczu ciągłych wojen i spadających na Rzym tragedii stara się zachować spokój ducha. „Najtrudniej dotrzeć do siebie samego” – mawiał Marek Aureliusz. Mi w tej drodze pomógł, i choć brzmi to patetycznie, od byłego cesarza jeżdżąc pociągami na studia, uczyłem się jak rozumieć mądrość.

 

Marek Aureliusz był postacią niezwykle ciekawą, nie tylko ze względu na rozważania filozoficzne, które po sobie pozostawił. Był również osobą pełną hartu ducha i konsekwencji w działaniu. Właśnie te przymioty ducha cechowały styl władzy sprawowanej nad największym imperium świata. Urodził się w roku 121 w Rzymie, po śmierci swojego ojca został adoptowany przez wuja Hadriana, ówczesnego cesarza. Rządy wraz z przyrodnim bratem Lucjuszem Werusem objął jako starannie wykształcony 39-latek, który w przeciwieństwie do Werusa, prowadził ascetyczny i pełen wyrzeczeń tryb życia.

Wewnętrzna dyscyplina Aureliusza okazała się niezwykle pomocna nie tylko w praktykowaniu filozofii stoickiej, ale idealnie odpowiadała wyzwaniom czasów, które do spokojnych nie należały. Marek Aureliusz pół życia spędził w podróżach i polach bitew. Pięć lat odbierał najazdy wojowniczych Partów. Właśnie podczas tej kampanii zmarł jego brat, po którym przejął pełnię władzy. Walczył również na północnych rubieżach Imperium Romanum, głównie z dzikimi plemionami Markomanów, Kwadów i sarmackich Jazygów. W międzyczasie musiał również gasić w zarodku punty wewnątrz państwa, gdzie z inspiracji jednego z niegdyś zasłużonych wodzów, Azja i Egipt rozpoczęły spisek przeciw stolicy. Po bracie, pożegnać musiał również swoją żonę Faustynę, która z wyprawy na południe nigdy nie powróciła. Sam cesarz również zmarł niespodziewanie w 180 roku na północnym froncie naddunajskim najprawdopodobniej w Windobonie, czyli obecnym Wiedniu.

Mówi się, że to właśnie w osobie Marka Aureliusza spełnił się platoński ideał filozofa, który zasiadał na tronie. Sam z resztą powtarzał: „Jako cesarz jestem pierwszy w Rzymie, jako człowiek jestem równy wszystkim ludziom na świecie”. Być może to właśnie ta pokora i intelektualna dyscyplina uwiodła mnie w „Rozmyślaniach”, pisanych 1900 lat temu w namiotach na linii frontu. Tą krótką książkę zacząłem czytać w wieku 20 lat, dojeżdżając porannym pociągiem osobowym ze Stargardu do Szczecina. Pamiętam konkretny obraz: 6 rano, zima, wagon pełen stoczniowców, których głowy bujają się miarowo w rytm taktu pociągu, podczas gdy oni starają się wywalczyć jeszcze chwilę snu. W tym czasie przewracam kolejne kartki, i starałem się zrozumieć, jak zachować pogodę ducha, gdy trzeba wstać o 5. „Nasze życie jest takim, jakim uczyniły je nasze myśli” – mówi cesarz. „Straszną jest rzeczą, kiedy dusza zmęczy się życiem szybciej niż ciało” – dodaje.

Czasami takie proste rzeczy wystarczą, aby w kluczowym momencie życia zmienić bieg myślenia. Aureliusz mi imponował swoją niezłomnością. Chciałem zrozumieć jak, spędzając codzienność na krwawych wojnach, zdołał zachować spokój i pogodę ducha. On wtedy, jakby mi odpowiadając, pisał „Nie należy gniewać się na bieg wypadków, bo to ich nic nie obchodzi”. Więc przestawałem się gniewać. W końcu na jak wiele rzeczy w życiu nie mamy wpływu, albo jak wiele może nie mieć na nas wpływu, jeśli po prostu skierujemy myśli gdzie indziej?

„Niezdobytą warownię przedstawia dusza wolna od namiętności” – to była dewiza władcy Rzymu, i dla młodego studenta historii wystarczyło, aby przestać zajmować się tym, co myślą o mnie inni. Zachwycały mnie te proste rady, które nie były subtelną filozofią, ale raczej praktyką codzienności. „Zaczynając dzień, powiedz sobie: Zetknę się z człowiekiem natrętnym, niewdzięcznym, zuchwałym, podstępnym, złośliwym, niespołecznym. Wszystkie te wady powstały u nich z powodu braku rozeznania złego i dobrego. Mnie zaś, którym zbadał naturę dobra, że jest piękna, i zła, że jest brzydkie, i naturę człowieka grzeszącego, że jest mi pokrewnym, bo (…) ma rozum i boski pierwiastek, nikt nie może wyrządzić nic złego”. Odzyskać władzę nad samym sobą, czy to nie jest ciekawe?

Aureliusz nauczył mnie również doceniać rolę szczęścia w życiu, do zdobycia którego nie potrzebujemy tak wiele, jak się może niektórym dzisiaj zdawać. „Zawsze masz możność żyć szczęśliwie, jeśli pójdziesz dobrą drogą i zechcesz dobrze myśleć i czynić. A szczęśliwy to ten, kto los szczęśliwy sam sobie przygotował”, albo „Ty zaś pamiętaj, że tylko istota rozumna otrzymała zdolność chętnego przyjmowania losu, a bezwarunkowo przyjmować go muszą wszystkie”. Owszem, racje mają ci, że refleksje cesarza nie zawsze bywały optymistyczne. Pełno w nich myślenia pozbawionego łatwego zachwytu i iluzji. „Życie – to wojna i przystanek chwilowy w podróży” – pisał, i faktycznie wiedział o czym mówi.

Zmagał się z chrześcijaństwem, którego wiary w życie wieczne nigdy nie zrozumiał. dla niego los świata i człowieka to wielki i nieustanny powrót. Tak czy inaczej, również dzisiaj do „Rozmyślań” sięgam, przypominając sobie, jak rozumiałem je wtedy, i jak rozumiem je dzisiaj. Bez względu na to, ile się przez ten czas zmieniło, dochodzę do wniosku, że ta książka nauczyła mnie myśleć i stawiać pytania. A przede wszystkim, zajmować się i obchodzić tym, co w życiu naprawdę istotne. Po prostu – byciem dobrym człowiekiem. To zadanie nadal w toku.

 

Marcin Makowski

Marcin Makowski

Dziennikarz i publicysta tygodnika "Do Rzeczy". Współpracuje z Wirtualną Polską, TVP3 Kraków i Radiem Kraków. Z wykształcenia historyk i filozof. Twórca projektu "II wojna światowa jakiej nie znacie".

Zobacz inne artykuły tego autora >
Show comments
Marcin Makowski
Marcin
Makowski
zobacz artykuly tego autora >