Służba w dziennikarstwie

Nie ma chyba trudniejszego tematu. Wszyscy wiemy jak powinno być ale też wszyscy wiemy jak jest

Małgorzata Ziętkiewicz
Małgorzata
Ziętkiewicz
zobacz artykuly tego autora >

Dziś jeśli widz, słuchacz, czytelnik chce dostać informację gloryfikującą na przykład działania rządu – doskonale wie jaką stację musi włączyć, jaką gazetę powinien kupić, i na odwrót. Co więcej wszystkim się wydaje, że w informacji o to właśnie chodzi. A gdzie tu jest mowa o rzetelności?

W dziennikarstwie służba powinna być synonimem rzetelności i należytej staranności. Nic więcej, tylko tyle albo aż tyle. Składa się to bowiem na pojęcie prawdy. Jednak, żeby mówić prawdę, trzeba wiedzieć, żeby wiedzieć trzeba się bardzo dobrze przygotować. Do każdej relacji, do każdego wydarzenia, do każdej dziennikarskiej sytuacji. Nie komentować, nie interpretować (to jest najprostsze i słyszymy to prawie wszędzie w wykonaniu moich kolegów  dziennikarzy) ale przygotować się do czegoś.

To co pisze jest tak oczywiste, że aż się wstydzę a jednak…

 

EN_01213932_3207

 

Pamiętamy obrazy sprzed kilkunastu dni – 29 lipca – Papież Franciszek w Auschwitz. Po przejściu przez obozową bramę, Franciszek na dłużej zatrzymał się na Placu Apelowym, tym samym, na którym więźniowie,  rano i wieczorem, w upale i podczas mrozów stali na baczność, w szeregach. Kiedy Niemcom nie zgadzały się „rachunki”, kiedy kogoś z więźniów brakowało – stali tak całą noc.

Papież patrzył na budkę podoficera raportowego – jedyne wygodne (choć to słowo brzmi w tym kontekście tragicznie) miejsce na Placu Apelowym. Hitlerowski strażnik widział stąd wszystkich więźniów. Karał kogo chciał i jak chciał. Obok była szubienica, dziś to rekonstrukcja. Niemcy wieszali na niej niepokornych więźniów. 19 lipca 1943 roku właśnie tu powiesili 12-tu Polaków za to, że pomogli uciec z obozu trzem więźniom. To była największa publiczna egzekucja w Auschwitz. Papież ucałował słup szubienicy, po czym poszedł na niewielki trawnik tuż obok bloku nr 17. Poprosił o krzesło, usiadł na prostym, drewnianym, czarnym krześle i modlił się w ciszy. Parzył na Plac Apelowy.

 

papiez-auschwitz

© CTV / youtube.com

 

Było to kilkanaście minut przed tym, jak wszedł do celi śmierci w bloku  nr 11. Celi, w której umierał ojciec Maksymilian Maria Kolbe – więzień Auschwitz o numerze 16670. Dlaczego papież Franciszek zatrzymał się na Palcu Apelowym? Dlaczego chciał być w tym miejscu tak długo? Dlaczego poprosił ochronę o krzesło przed blokiem nr 17? Czy znajdziecie Państwo dziennikarza, który by o tym opowiedział relacjonując papieską wizytę w Auschwitz? Zgoda. Ja też wtedy nie powiedziałam, bo nie wiedziałam.

Przygotowując się do relacji, konstruując felieton, telewizyjny news z takiego miejsca jak to – należało o Auschwitz wiedzieć wszystko. Nie tyle ile wie każdy. Dziennikarz musi wiedzieć więcej, jeszcze więcej aniżeli przewodnik, czy historyk, bo tylko wtedy jest możliwe natychmiastowe połączenie faktów i zdarzeń.  Tylko wtedy możemy wytłumaczyć widzom, co oznacza na przykład taki niespodziewany postój papieża,  dokładnie w takim miejscu, przed blokiem  nr 17.

 

auschwitz

© Mazur/episkopat.pl

 

Dzisiaj już wiem. Jednak już nie nadrobię tej zaległości w swoim newsie (chyba, że teraz…). Tego dnia – 29 lipca, wróciliśmy z ekipą Wydarzeń (TV  Polsat) do Auschwitz jakieś 6 – 8 godzin po tym jak papież odjechał do Krakowa. Obóz był zamknięty, pusty ale nasze specjalne przepustki na ŚDM jeszcze działały. Musiałam zobaczyć to miejsce przy bloku 17, to miejsce, na którym jeszcze kilka godzin temu stało proste czarne krzesło. – Dlaczego Papież przyszedł właśnie tu? – zapytałam strażnika z Muzeum, który towarzyszył mi w samotnej wyprawie „śladami papieża Franciszka w Auschwitz”. Uśmiechnął się (być może nawet z politowaniem) i wskazał dłonią na obozowy blok nr 17. Nie musiał mówić już nic. Na murze zobaczyłam niewielką mosiężną tablicę – na górze był obozowy numer, który doskonale znałam – 16670 – i dalej napis: W tym miejscu w końcu lipca 1941 roku, podczas apelu bloku 14-go wystąpił z szeregu polski franciszkanin Maksymilian Maria Kolbe, aby ponieść śmierć głodową w zamian za innego więźnia.

Zrozumiałam. To było to miejsce, w którym wszystko się zaczęło. To  z tego miejsca, na którym jeszcze kilka godzin temu stało papieskie krzesło wyszedł przed swój szereg więzień nr 16670 – ojciec Maksymilian (w Auschwitz ludzie przestawali być ludźmi – stawali się numerami). Miał wtedy 47 lat. Powiedział, że chce umrzeć za innego więźnia. Znamy te słowa  z relacji innych: jestem katolickim księdzem, jestem stary, chcę umrzeć za Niego, on ma żonę  i dzieci. Ani wcześniej, ani później podobna historia nie zdarzyła się w żadnym z 1600 niemieckich obozów koncentracyjnych. Do dziś nikt nie potrafi wytłumaczyć dlaczego Niemcy zgodzili się na tę „zamianę” więźniów.

 

sciana-smierci

© Mazur/episkopat.pl

 

Wtedy – 29 lipca – dokładnie 75 lat od owego „Cudu zamiany więźniów” w niemieckim obozie, media całego świata koncentrowały się na innym fragmencie wizyty Papieża Franciszka w Auschwitz. Na celi śmierci w bloku 11. Ja też.

 

Dążenie do zdobycia wszystkich informacji. Wszystkich. I opowiedzenie o nich. Nic więcej. Naprawdę tyle i aż tyle wystarczy. Tak rozumiem służbę w moim zawodzie.

 

 

Małgorzata Ziętkiewicz

Małgorzata Ziętkiewicz

Dziennikarka programów Wydarzenia TV Polsat oraz "Wysokie C" w Polsat News i Polsat News 2

Zobacz inne artykuły tego autora >
Show comments
Małgorzata Ziętkiewicz
Małgorzata
Ziętkiewicz
zobacz artykuly tego autora >
FELIETONY

Pielgrzymowanie – droga przez historię chrześcijaństwa

Podróżowanie wpisane jest w istotę chrześcijaństwa. Nie bez powodu to właśnie w drodze, zmęczeniu i otwarciu na pomoc innych, obnażamy swoje prawdziwe oblicze. To co w nas fałszywe, przytwierdzone na pozór i nieszczere – nie przetrwa próby pielgrzymki. Tak było od zarania dziejów, jej cele również w XXI wieku w dużej mierze pozostały niezmienne.

Marcin Makowski
Marcin
Makowski
zobacz artykuly tego autora >

Po co ludzie opuszczają domy, księża zostawiają wygodne plebanie? Po co pracownicy korporacji biorą urlop, studenci marnują wakacje, a emeryci zamiast oglądać seriale, wybierają się w niemiłosierny upał przeplatany deszczem do stóp cudownego obrazu na końcu Polski? Czym jest dla nich pokłonienie się przed wizerunkiem Matki Boskiej w czasach, w których wszystko można zrobić przez telefon, zobaczyć na monitorze komputera? Paradoksalnie niewiele różni nas od pierwszych chrześcijan, który choć w trudniejszych warunkach przemierzali Europę i Ziemię Świętą, również poprzez szukanie bliskości z Bogiem, definiowali sens swojego życia. Ta potrzeba nigdy w człowieku nie zamiera. Choć obecnie pielgrzymki zmierzają głównie do miejsc poświęconych Maryi, długa tradycja pątnicza bierze swoją genezę z podróży do miejsc związanych z narodzinami, życiem, ukrzyżowaniem i zmartwychwstaniem Chrystusa. Bliskość z Bogiem chciano przypieczętować w niemal namacalnie. Równie często pielgrzymowanie miało wymiar bardziej praktyczny – połączony z chęcią sprawdzenia własnych sił i wiary. Jak się zaczęło?

 

Początki pielgrzymowania

Pomijając odosobniony przykład Orygenesa, który „w poszukiwaniu śladów Jezusa, Jego uczniów i proroków” wyruszył do Ziemi Świętej na początku III wieku, pierwsze podania o pielgrzymkach datuje się dopiero stulecie później. Właśnie wtedy jeden z doktorów Kościoła – Hieronim ze Strydonu, rozpoczął nawoływania do zorganizowania ruchu pątniczego w kierunku Palestyny. Co ciekawe, jedną z pierwszych tego typu indywidualnych wypraw zorganizowała św. Helena, matka cesarza Konstantyna Wielkiego, która po drodze pomagała ubogim, a ze swojej pielgrzymki przywiozła do Rzymu m.in. odnalezione dzięki dziwnym zbiegom okoliczności drzewo Prawdziwego Krzyża oraz… schody, po których stąpał Jezus zmierzając na audiencję u Piłata. Tak też niepostrzeżenie podróżowanie w celach religijnych, przeplatało się w kultem relikwii i wizerunków świętych. Tworzyła się cała specyficzna kultura oraz wrażliwość duchowa.

Poza Ziemią Świętą pielgrzymki przez wieki kierowały się głównie w kierunku Rzymu i innych miejsc związanych z apostołami, męczennikami i objawieniami maryjnymi. Wiedzę o pierwszych pielgrzymkach czerpiemy przede wszystkim z dziennika tajemniczego podróżnika, zwanego Pielgrzymem z Bordeaux, który w latach 333-334 ze swojego rodzinnego miasta dotarł do Palestyny, opisując po drodze zwyczaje pątników. Niestety, kiedy w VII wieku Ziemia Święta została podbita przez muzułmanów, regularny ruch pielgrzymkowy stał się bardzo utrudniony i zwrócił się do wnętrza Europy, gdzie szczególną popularnością od IX wieku cieszył się szlak św. Jakuba do hiszpańskiego Santiago de Compostela. Już jednak w tych podaniach widzimy, że „dynamika” pielgrzymek pozostała podobna. Zostawić bezpieczne pielesze, aby ruszyć z konkretną intencją w miejsce święte, doświadczając po drodze piękna świata i życzliwości napotkanych ludzi.

 

Droga i poświęcenie

Z czasem relacje dyplomatyczne pomiędzy muzułmańskim kalifatem a królestwami chrześcijańskiej Europy doszły do stanu kruchej równowagi, powodując okresowe otwarcie tras pielgrzymek dla bardziej zdeterminowanych pątników. Stan ten nie trwał jednak dłużej niż do XI wieku, kiedy Turcy Seldżuccy rozpoczęli uporczywe nękanie szlaków wędrówek. Jednym z celów ich ataków okazała się kilkunastotysięczna Wielka Pielgrzymka Niemiecka, która w latach 1064-1065 została rozbita w drodze do Jerozolimy. Wydarzenie to pośrednio przyczyniło się do rozwoju ruchu wypraw krzyżowych. Pomimo początkowych sukcesów krucjat i utworzenia królestwa Jerozolimy, w XIII wieku ziemie te zostały ponownie odbite przez wojska Saladyna, a jedną z ostatnich smutnych kart tego okresu stanowi nieudana próba dwóch „krucjat dziecięcych” z 1212 roku, których młodzi uczestnicy w większości zmarli od trudów podróży lub wpadli w ręce muzułmanów, stając się niewolnikami na Bliskim Wschodzie. Naiwnością byłoby twierdzić, że pielgrzymowanie to jedynie romantyczna przygoda. Co zrozumiałe, ma również swoje tragiczne karty, które przypominają nam dzisiaj, że każda droga – aby była prawdziwym zbliżeniem do Boga – musi być również poświęceniem. W średniowieczu pielgrzymki dzielono na trzy rodzaje: błagalne, dziękczynne i pokutne, z czego ta ostatnia funkcja wykorzystywana była przez Kościół jako ekwiwalent odbycia pokuty za ciężkie grzechy.

W związku z narastającym niepokojem na Bliskim Wschodzie, szczególnie wśród pielgrzymów z Europy Wschodniej Rzym ponownie stał się najważniejszym celem wędrówek. Powstawała również literatura podróżnicza, taka jak XII-wieczny przewodnik „Mirabilia Urbis Romane” („Cuda Rzymu”), opisujący najważniejsze miejsca święte w Wiecznym Mieście. Pod panowaniem Imperium Ottomańskiego, Palestyna nadal stanowiła groźne miejsce dla chrześcijanina, jednak mimo tego wraz z rozwojem religii w samej Europie powstawały nowe, ważne miejsca kultu, a mentalność ówczesnych pątników dobrze oddają dzieła takie jak „Opowieści kanterberyjskie” Chaucera, relacjonującego historie opowiadane przez ludzi podążających do grobu Tomasza Becketa w katedrze w Cantenbury. Nowożytne podania rozbudzające wyobraźnie miastami, w których żył i nauczał Jezus, swoją genezę biorą od książki Ernesta Renana, który w 1863 roku spędził niecały miesiąc w Palestynie, dokładnie opisując ślady chrześcijaństwa, na które natrafiał podczas swojej pielgrzymki.

 

Kontynuatorzy tradycji

Być może właśnie od tego okresu pielgrzymowanie stało się stopniowo dobrze zorganizowanym przemysłem turystycznym, jednak już znacznie wcześniej poza ascezą służyło ono również wyrwaniu się z codzienności i zaufaniu w opatrzność. Niemniej obok wyjazdów wakacyjnych połączonych ze zwiedzaniem miejsc świętych nadal – szczególnie w Hiszpanii, Włoszech, Francji i Polsce – tradycje indywidualnego i pieszego pielgrzymowania są bardzo żywe. W Polsce najważniejsza pielgrzymka odbywa się do cudownego obrazu Matki Boskiej na Jasnej Górze, a co roku w jakiejś formie pątnictwa uczestniczy aż siedem mln rodaków.

W dużej mierze jest to nasza narodowa tradycja, która najpełniejszy wyraz znajduje właśnie w lipcowych i sierpniowych tygodniach, gdy kolejne grupy przemierzają szlak do Częstochowy. Podobnie jak w średniowieczu, ludzie po dziś dzień wędrują pokutując, dziękczyniąc i prosząc o wstawiennictwo Boga. Również jak przed wiekami, pątnik cieszy się w społeczeństwie specjalnym statusem i ochroną państwa. Dlatego też idąc kolejny raz przed oblicze Czarnej Madonny, warto pamiętać, że jest się częścią jednej z najstarszych, niezmiennych i najpiękniejszych tradycji chrześcijaństwa.

Marcin Makowski

Marcin Makowski

Dziennikarz i publicysta tygodnika "Do Rzeczy". Współpracuje z Wirtualną Polską, TVP3 Kraków i Radiem Kraków. Z wykształcenia historyk i filozof. Twórca projektu "II wojna światowa jakiej nie znacie".

Zobacz inne artykuły tego autora >
Show comments
Marcin Makowski
Marcin
Makowski
zobacz artykuly tego autora >